Kim zatem jest półinteligent? Co charakteryzuje postawę półinteligencką?

Przede wszystkim na pewno błędem byłoby sądzić, że półinteligent to po prostu człowiek na poły inteligentny. Doświadczenie uczy, że jego horyzonty co do zakresu wartości, jakie potrafi ogarnąć, nader często bywają szersze niż u wielu innych osób, których nigdy byśmy tak nie nazwali. Półinteligencja jest wszak pochodną - przynajmniej ja to tak rozumiem - nie skali wykształcenia, tylko jego jakości. Wykształcenie półinteligenta ma bowiem swą specyficzną strukturę wynikającą z pewnego - charakterystycznego dla postawy półinteligenckiej - stosunku do wartości kulturalnych. Półinteligencję należy zatem postrzegać nie pod kątem zakresu przyswojonych wartości, lecz wyłącznie zasady ich przyswajania.

 

Popełnilibyśmy jednakże kolejny błąd, uważając, że ów specyficzny stosunek do wartości kulturalnych jest pod każdym względem wątły, połowiczny, chłodny; wprost przeciwnie - na zewnątrz jest bardzo aktywny, żywy, pobudzony. Ambicją półinteligenta jest być maksymalnie kulturalnym i wykształconym, cechuje go przesadny wręcz „pęd do kultury”.

Istota tej postawy polega zatem - jak widać - nie tyle na braku kulturalności jako takiej, ile raczej na trwałym kompleksie niekulturalności związanym ze strachem, że owa rzeczywista lub domniemana niekulturalność wyjdzie na jaw. Postawa półinteligencka uzewnętrznia się więc jako kompensacja tego kompleksu, czyli przez pospieszne i usilne „pozyskiwanie” oraz „gromadzenie” wartości, pogoń za nimi i pragnienie, by chełpliwie się nimi popisać - aby, broń Boże, nikt sobie nie pomyślał, że tego czy owego nie znamy lub nie podziwiamy. Albo odwrotnie - że nie potępiamy żarliwie tego czy tamtego, co na pierwszy rzut oka jest ewidentnie niekulturalne.

(Już teraz rysuje się jedna zależność, którą chcemy wykazać: postawa półinteligencka w społecznym rozumieniu słowa pozostaje nie w związku z sytuacją kulturalnego zacofania, lecz kulturalności mocno okazywanej na zewnątrz).

Kulturalność półinteligenta jawi się zatem nie jako coś oczywistego, bezwiednego, danego i naturalnego, lecz jako coś bardzo chcianego, sztucznego, desperacko uświadamianego i mającego o sobie dobre mniemanie. Półinteligent nigdy zresztą nie kryje swej kulturalności, przy każdej okazji wystawiają na pokaz, wszelkimi sposobami starając się, by nie pozostała niezauważona.

Półinteligenckość jest więc ściśle związana ze snobizmem, stanowi jego zaplecze i pożywkę.

Będąc zawsze wewnętrznie niepewnym swej kulturalności, ciągle w nią podświadomie wątpiąc i niczym diabeł wody święconej bojąc się każdego postępku, który mógłby zostać uznany za niekulturalny, półinteligent odznacza się - co logiczne - nabożnym wielbieniem wszystkiego, co kulturalne, głębokim i bezkrytycznym; oddaje kulturze cześć i na każdym kroku manifestuje swe do niej przywiązanie; jego hasło brzmi: „Bez kultury ani rusz”.

Ta cecha czołobitnego podziwu dla wartości kulturalnych (podziwu ostatecznie nader niekulturalnego, ponieważ bezmyślnego) doprowadza nas do pierwszego z kilku zjawisk typowych dla naszej współczesnej sytuacji kulturalnej, o których ma tu być mowa i za które - jak mniemam - w pewnym sensie odpowiada również postawa półinteligencka.

Zjawisko to możemy nazwać chroniczną nowoczesnością lub - krócej - pseudonowoczesnością. Mam tu na myśli oczywiście sferę twórczości artystycznej - z tego, co powiedziano dotychczas, chyba jasno wynika, że w niniejszych rozważaniach chodzi nie o ilustrację półinteligenta w sensie konkretnego psychologicznego typu konsumenta kultury, ale o tropienie postawy półinteligenckiej w kulturze rozumianej ogólnie, czyli przede wszystkim w obszarze twórczości.

(...)

Jednak dotąd nie powiedzieliśmy, jak postawa półinteligencka przejawia się w tym typie twórczości.

Sądzę, że sprawa jest oczywista: czyż owo wzmożone pragnienie sztuki, by być sztuką oraz dobitnie wykazać swą nowoczesność, a także ślepa cześć dla tzw. nowoczesnych środków wyrazu, nie jest tylko wariantem owego typowo półinteligenckiego „pędu do kultury” i ślepej dla niej czci oraz półinteligenckiego, kulturalnie ambitnego ekshibicjonizmu?
Niestety, cały ten spotęgowany pęd do kultury mija się z celem.

I nic w tym dziwnego: sztuka nowoczesna była nowoczesną nie dlatego, że taką być postanowiła, lecz wyłącznie dlatego, że nadano jej nowoczesny sposób myślenia. Zresztą sztuka chyba zawsze powstaje nie po to, by na ziemi istniało więcej wartości artystycznych, tylko dlatego, że są ludzie, którzy chcą coś powiedzieć o świecie i jest im dane, że wyrażają się sposobami określanymi jako artystyczne. A tzw. poetyckość - jeśli istnieje - na pewno nie polega na doborze takich ujęć chmur, bielizny pościelowej i mostu kolejowego, które według konwencjonalnego wyobrażenia uchodzą za poetyckie, lecz na umiejętności specyficznego sposobu myślenia i opowiadania o świecie. Przykład filmowy był tylko jednym z wielu. Identycznie mógłbym mówić o dziełach z obszaru poezji, prozy czy dramatu.

Nasuwa się tu pytanie natury ogólnej: skoro wszystko, co powiedziano dotychczas o postawie półinteligenckiej, zachowuje ważność, to dlaczego owa postawa - pomimo jej „pędu do kultury” - pozostaje półinteligencka, na wpół kulturalna? Dlaczego jej wytwory zawsze są jakoś fałszywe, niespełnione, nieautentyczne?

Myślę, że sporo już podpowiedział opisany przykład.
Jak widać, postawa półinteligencka jest na swój sposób zarówno aktywna, jak i pasywna.

Aktywna w tym sensie, że gorączkowo i pospiesznie dąży do poszerzenia swego horyzontu kulturalnego, nieselektywnie i bezrefleksyjnie poszukując wszystkiego, czego jeszcze nie przyswoiła; że jest nieustannie podatna na rozmaite, choćby i krańcowo sprzeczne oraz wzajemnie niespójne wartości, które gromadzi, nie wnosząc do nich ładu ani hierarchii - tym samym beznadziejnie je niweluje i zaciera ich wyjątkowość. W pierwszej fazie zatem postawa taka prowadzi do dziwnego egalitaryzmu i, rzecz jasna, eklektyzmu: Komeński, Breton i Agatha Christie stają się jednostkami o identycznym znaczeniu, mechanicznie poszerzającymi katalog poznanego.

Pasywna - ponieważ wartości będące w danej chwili w centrum powszechnej uwagi (lub bardziej prozaicznie: które się akurat znalazły pod ręką) przyjmuje żywcem, nie oceniając ich ani nie analizując. Zarazem znaczna część ślepej ufności we wszystko, co kulturalne, obligatoryjnie idzie w parze ze specyficzną umiejętnością jej podważenia - gdy tylko się okaże, że koresponduje to z najnowszymi tendencjami w kulturze.

Aktywna jest więc owa postawa poprzez wzmożone zainteresowanie wszystkim, co się dzieje, czemu towarzyszy strach, by czegoś nie przeoczyć; pasywna zaś - gdyż sama nie dba o wniknięcie w istotę tego, co śledzi.

Półinteligent zatem w żaden sposób nie bada, nie systematyzuje ani nie klasyfikuje tego, co sobie przyswoił; sprężyną jego stosunku do wartości jest nie intelekt (mający świadomość i pełnię orientacji w tym, co przyjmuje, a zarazem kierujący się własnym obiegiem wewnętrznym, który sam stwarza), lecz pasywna i zaledwie intuicyjna ufność w obieg zewnętrzny, pod którego przemożnym wpływem półinteligent zawsze się znajduje i który - jako uzależniony od tysiąca reguł i tysiąca przypadków - działa nań w zasadzie irracjonalnie.

Jednakże postawa półinteligencka w ogólnym rozumieniu słowa nie jest, rzecz jasna, jedynie siłą kulturowo-konsumencką, stanowi bowiem zarazem siłę kulturotwórczą; półinteligent wprawdzie zawsze ugania się za tym, co akurat tkwi w centrum powszechnej uwagi, ale tym samym tę uwagę rozbudza - zatem nie tylko przestrzega norm, lecz także je tworzy. Tak oto powstaje złudzenie twórczości, poglądu, intelektu, podczas gdy w rzeczywistości chodzi ledwie o pseudotwórczość, pseudopogląd i pseudointelekt: punktem wyjścia jest nie świadomość, tylko przypadek. Podobnie jak w sytuacji statku na wzburzonym morzu: sternik z poważną miną dzierży ster, wmawiając nam oraz sobie, że statek go słucha, a tak naprawdę ster ulega pod naporem fal, sternik zaś jedynie się go przytrzymuje i w gruncie rzeczy sam jest sterowany. Zmienna uwaga - aczkolwiek zdaje się przejawem jakiegoś świadomego zabiegu - jest ostatecznie sterowana przez zgoła przypadkowe impulsy (przykładowo odwiedzający Pragę wie, że wychodzi tam to, co wywalczy się własnym zuchwalstwem).

Półinteligenta cechuje to, że z jednej strony ugania się za wartościami, pragnie ich i za nie przepłaca, z drugiej zaś - nigdy nie przeżywa ich naprawdę serio, a one nie wywierają nań trwałego twórczego wpływu: przechodzą przez niego niczym przez pasaż, bez śladu, po czym zostają wydalone równie przypadkowo, jak zostały wchłonięte wcześniej.

Jak widać, ów stosunek do wartości duchowych ma charakter wyraźnie pośredniczący: półinteligenta nie stać na to, by cokolwiek - po swojemu, śmiało i wbrew utartym konwencjom - opracować, przekształcić lub przetrawić, posiada za to niezwykłą zdolność do krzewienia wartości: poda je dalej tak, jak przyjął sam, nierzadko obdarzony lepszą umiejętnością wyjaśniania sprawy niż ten, którego interpretacja byłaby obciążona własnymi przemyśleniami; przekazuje wartości ze względnie małym „szumem”, bez problemów i wątpliwości, szybko. Nieprzypadkowo postawa taka nader często przejawia się u pedagogów: o wiele trudniejsze jest nieuleganie owemu „krzewicielskiemu” stosunkowi wobec wartości tam, gdzie ich przekazywanie stanowi w zasadzie sens działalności.

Stosunek „krzewicielski” bywa jednak zarazem dogmatyczny - biada ci, jeśli piśniesz coś przeciw temu, co się właśnie krzewi, co właśnie przechodzi przez nasz pasaż! Ale jutro gadaj sobie do woli, gdyż krzewiona, przekazywana, propagowana i chroniona będzie inna wartość, ta, o której dziś mówić ci jeszcze nie wolno, która jednak - jeśli przypomnisz ją sobie pojutrze - może sprawić, że przypną ci łatkę notorycznego wstecznika.

(...)

Między ogólnymi refleksjami wynikającymi z tego przykładu (znowu: tylko przykładu!) i wskazanymi tutaj cechami mentalności półinteligenckiej zachodzi kilka związków:

1) Zasada rozwoju kultury podług mody i kampanii jest wyraźnym modelem typowo półinteligenckiego traktowania wartości: nowy impuls nie podlega rzeczowej ocenie, interpretacji i przewartościowaniu, tylko po prostu jest krzewiony w atmosferze znamiennie bezładnego śledzenia wszystkiego, co dzieje się wokół; półinteligent najpierw to sobie niejako globalnie przywłaszcza, następnie bez cienia wątpliwości pospiesznie kolportuje, by już niebawem odrzucić i zastąpić czymś innym.

2) Mechanizm mody, napędzany - co paradoksalne - rosnącym strachem przed modą, znowu wyraźnie odzwierciedla strukturę półinteligenckiego myślenia: jeśli półinteligent żyje w ciągłym lęku, by nie zostać przyłapanym na czymś mało kulturalnym (i właśnie dlatego umacnia oraz rozwija swój stosunek do wartości jako stosunek półinteligencki), to również jego projekcja w dziedzinie, o której tu mowa, swą zależność od mody umacnia przez ciągły strach przed nią: nie mając własnego pomysłu, jest od mody uzależniony, co kompensuje sobie jej zwalczaniem, a potem, gdyby nawet chciał coś wymyślić, brak mu sił, poświęcił je bowiem tej walce.

3) „Krzewicielski” stosunek do wartości, zawsze im ślepo oddany, lecz nigdy nie wiadomo czemu - i właśnie dlatego za każdym razem oddany czemuś innemu - zdradza chroniczny brak intelektu; do sfery sterowanego przez modę obiegu kulturalnego również ten stosunek jak gdyby przenikał wprost z natury postawy półinteligenckiej.

Można kontynuować wyliczankę zjawisk kulturalnych, świadczących o pewnej formie obecności lub uczestnictwa postawy półinteligenckiej.

 

Václav Havel, Obywatel kultury
Wydawnictwo Agora; Warszawa, 2016