Share

w cieniu totalitaryzmuPaul Valery (cytowany przez Czapskiego) powiadał: „przeszkody - to znaki niejasne, przed którymi jedni wpadają w rozpacz, drudzy zaś rozumieją, że jest coś do zrozumienia, ale są i tacy, którzy tych znaków nawet nie widzą...”.

Zastanawiałem się, jak odczytać ten znak? Leżała przede mną książka, a ja myślałem o spotkaniu w ogrodzie, kiedy Józef Czapski ofiarował mi pisma Simone Weil ze swymi adnotacjami na marginesie. Widziałem jego wzruszoną twarz, słyszałem drżący głos. Albo inna scena: jak ofiarował mi piękny obraz, „martwą naturę”. Obrazy tańczyły. Wokół milicjanci podrzucający kajdanki, a ja widzę nasze pierwsze spotkanie. Czapski zastał mnie w łazience, goliłem się. A on - starszy o 50 lat, wielki polski malarz i pisarz - wtargnął i wycałował mnie serdecznie. To było dziewięć lat temu... Chwilę potem jechaliśmy kolejką z Maison-Laffitte do Paryża. Mam w oczach tę kolejkę. Siedzimy obok siebie. Rozmawiamy o Simone Weil i o... Matejce. (Właśnie dzisiaj, 23 czerwca 1985 roku, przeczytałem wywiad z ks. prof. J. Pasierbem, pisarzem i historykiem. Mówi Pasierb o obrazie Matejki „Sobieski pod Wiedniem”: „w sali poświęconej malarstwu XIX wieku to jedyny obraz namalowany z rozmachem, z pasją i z talentem”. Co ty na to, Józiu?). Ale oto już Paryż. Jedziemy na wspólny obiad z Zygmuntem Hertzem i Kotem Jeleńskim. Patrzę: Czapski, wysoki i szczupły, siwy i piękny, mądry i dobry. „Niechludow” - mawiał o nim Zygmunt Hertz. Było coś celnego w tym nieco złośliwym określeniu przyjaciela. W tym człowieku ocalałym cudem z katyńskiej rzezi była ufność, która nie jest nieznajomością świata, ale świadomym wyborem. I była dobroć, bezgraniczna dobroć. Niechludow? Ależ tak! Determinacja Niechludowa i odwaga Don Kichota. (Nie bał się nikogo poza Giedroyciem).

 

A oto siedzimy już w restauracji: Czapski, Jeleński, Hertz i ja. Rozmawiamy. O coś tam pytają, odpowiadam. W pewnym momencie Zygmunt spytał mnie: „No, jak ci się oni podobają?”. Speszony, jąkając się, spojrzałem na Czapskiego, potem na Jeleńskiego i wykrztusiłem: „Wiesz, Zygmunt, to jest ta Polska, dla której na zawsze pozostanę Polakiem”.

Ten moment wyznania stanął mi przed oczami, gdy siedziałem w milicyjnej dyżurce z książką Czapskiego. W sąsiednich pokojach były inne duże cząstki tej „mojej” Polski: Władek Frasyniuk i Bogdan Lis. Dokoła mnie rozpościerał się inny świat. Ci ludzie w mundurach mówili jakimś obcym językiem o obcych mi sprawach. A za chwilę czekała mnie sala sądowa, gdzie poprzedniego dnia dowiedziałem się, że nie jestem Polakiem.

Wciąż gapiłem się na książkę Czapskiego. On zaś spoglądał na mnie z autoportretu - rysunku ofiarowanego w 1981 roku Wackowi Kisielewskiemu, memu przyjacielowi. Jakby czekał...

I wtedy podjąłem decyzję. Zdolność przebaczenia jest kryterium siły - napisał Czapski. To była wskazówka. Tylko jak ją rozumieć?

Herbert napisał w Przesłaniu pana Cogito:

nie przebaczaj
zaiste nie w twojej mocy
przebaczać w imieniu tych
których zdradzono o świcie.

Te słowa są mi bliskie. Do pasji doprowadzało mnie odpuszczanie win w imieniu tych, którzy sami odpuścić już nie mogli. Odpuszczać można tylko swoim krzywdzicielom; nigdy cudzym, nigdy krzywdzicielom bliźnich. Odpuszczanie krzywd cudzych nie jest aktem miłosierdzia, ale aktem zdrady.

Gdy rozum zawodzi - powiada Herbert - kieruj się odwagą i smakiem. Czapski dodaje: i przebaczeniem. Myślę przeto: przebaczyć mogę tylko wtedy, gdy prawdziwie nazwę winnych. Inaczej - myślę - będzie to akt tchórzostwa, a nie gest odpuszczenia.

Na salę sądową wszedłem z gotową decyzją. Jako pierwszy zostałem wywołany. Wstałem więc i patrząc w twarze prokuratora Muszyńskiego, prezesa Zieniuka, mnąc w rękach książkę Czapskiego, powiedziałem: „Po tym, co tu zobaczyłem i usłyszałem, jeśli mam pozostać wierny sobie i swemu sumieniu, powiedzieć mogę tylko jedno. Moim oszczercom i moim oprawcom - przebaczam”.

Czy dobrze zrobiłem? Powiedz, Józiu...

[Gdańsk, areszt śledczy, czerwiec 1985]

Adam Michnik

W cieniu totalitaryzmu, Adam Michnik, Wyd. Agora 2019

w cieniu totalitaryzmu