
Refleks tego dziecięcego punktu widzenia dostrzec można w późnym wierszu, jak wiele utworów powstających w ostatnich latach życia Zbigniewa Herberta - nieukończonym. Podczas lektury starszym z nas przypominają się jeśli nie dziewiętnastowieczne oleodruki, to w każdym razie nieco kiczowate wizerunki Anioła Stróża strzegącego dziatwę przed upadkiem w rwący strumień z chybotliwego mostku, obrazek, który mogliśmy otrzymać na pamiątkę Pierwszej Komunii i który ręka ojca przy mocowała nad naszym łóżkiem. Mając lat kilka, trudno było nie czuć się w takim towarzystwie bezpiecznie... „Mój Boże, / jak ja go strasznie kochałem / bardziej niż ojca i mamę / bardziej niż Wojsko Polskie i lody waniliowe / szedł zawsze / pół kroku za mną / czułem na plecach jego ciepły oddech / słyszałem jak jego skrzydła ocierają się o siebie / delikatnie i cicho” - pisze Herbert, podkreślając pewność dziecka, któremu urządzenie świata jawiło się jako niezmienne: „wierzyłem mocno że będziemy razem / całe życie od krzyku narodzin / do nagłej i niespodziewanej".
Deszcz w maju
Poczerniała blacha
na piecu
powoli stygnie,
gdy pierwsze krople
uderzają o dach.
Późno: noc ściemniała jak owoc –
i nagły aromat gruszek wypełnia pokój.
Tuż przed świtem
powraca znowu, ale mocniej –
biały, równy werbel dziennego deszczu
złapanego w głęboki cebrzyk księżyca.
Blaszki tłuczonego światła
zasypują ocean i niebo,
wzgórze otwiera się ku wzgórzu,
a ja budzę się ku prostej tęsknocie,
ku wszystkiemu, czego chcę od tej zwykłej godziny,
od tej zwykłej ziemi,
tak długo już poślubionej czasowi:
słyszeć tak, jak morskie kraby słyszą fale,
głośno niczym drugie serce;
widzieć tak, jak zieleń widzi słońce,
z niepodzielną uwagą ślepej miłości.
Jane Hirshfield
Przełożyła Magda Heydel
Zbyt często zakłada się, że życie wewnętrzne pozornie prosperującej społeczności przebiega równie pomyślnie jak kroki, które podejmuje ona na zewnątrz, tymczasem coraz większe tempo zmian rozwijającej się metropolii było często przeżywane niczym gwałtowna, oszałamiająca burza. Ludzie mieli coraz więcej pieniędzy, ale rzeczy miały coraz mniej sensu.
Rana Dasgupta, Delhi.Stolica ze złota i snu
Przez cały romantyzm przewija się idea, że myślenie ogranicza życie, że nadmierna świadomość pozbawia człowieka szczęścia naiwnego istnienia. Sztuka jawi się tu jako stan niewinności, z którego wytrąca człowieka wiedza. Niektórzy sądzą, że ranę tę zdoła wyleczyć tylko broń, która ją zadała, czyli właśnie wiedza. Tak myśli Hegel. Także Kleist mówi podobnie pod koniec opowiadania o teatrze marionetek: „Musimy więc znowu pożywać z drzewa poznania, aby powrócić do stanu niewinności”. U innych, którym wiedza bardziej przeszkadza w twórczości, cierpienie to przemienia się w nienawiść do intelektu, oświecenia i wolnomyślicielstwa. Dlatego Schlegel czyni Eurypidesa typem poety wolnomyślnego.
B. Snell, Odkrycie ducha
Znalezione w:
W.H. Auden, Starożytni i my. Eseje o przemijaniu i wieczności
Biblioteka kwartalnika KRONOS, Warszawa, 2017
Światu grożą trzy plagi, trzy zarazy. Pierwsza – to plaga nacjonalizmu. Druga – to plaga rasizmu. Trzecia – to plaga religijnego fundamentalizmu. Te trzy plagi mają tę samą cechę, wspólny mianownik – jest nim agresywna, wszechwładna, totalna irracjonalność. Do umysłu porażonego jedną z tych plag nie sposób dotrzeć. W takiej głowie pali się święty stos, który tylko czeka ofiary. Wszelka próba spokojnej rozmowy będzie mijać się z celem. Nie o rozmowę mu chodzi, tylko o deklarację. Żebyś mu przytaknął, przyznał rację, podpisał akces. Inaczej w jego oczach nie masz znaczenia, nie istniejesz, ponieważ liczysz się tylko jako narzędzie, jako instrument, jako oręż. Nie ma ludzi – jest sprawa. Umysł tknięty taką zarazą to umysł zamknięty, jednowymiarowy, monotematyczny, obracający się wyłącznie wokół jednego wątku – swojego wroga. Myśl o wrogu żywi nas, pozwala nam istnieć. Dlatego wróg jest zawsze obecny, jest zawsze z nami.
Imperium, Ryszard Kapuściński
Pozwólcie jednak: nie ma postawy duchowej, która by, doprowadzona do ostateczności i konsekwentna, nie była godna poważania. Może istnieć siła w słabości, stanowczość w chwiejności, konsekwencja w niekonsekwencji, a także wielkość w małości. Odważne tchórzostwo, miękkość ostra jak stal, atakująca ucieczka.
Dziennik 1959-1969, Witold Gombrowicz
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013
Odwiedza nas 28 gości oraz 0 użytkowników.