"Grób dzieci nienarodzonych - to było w pierwsze Zaduszki po przeprowadzce do Doliny Szklarki. Chochołowe Skały od północy są wyniosłe i białe. Od południa rosną tylko krzaki tarki i głogu. Krążyłem tam parę razy, ale po co wsadzać dziób, mieszać w głowie sarnom? Tamtego dnia wieczorem szedłem skrajem tej gęstwiny i nagle zrobiło się w niej rzadziej. Powściągliwie zapraszała. Snuły się pasiaste mgły. Na drzewach wisiały zniszczone stacyjki drogi krzyżowej. Ten tunel w gąszczu, uczerwieniony przemarzłym głogiem, prowadził jakby do wewnątrz skał. Na jednej z nich łuna falowała jak złota woda. Chyba wtedy przeszły mnie ciarki. W tym małym skalnym amfiteatrze płonęło dużo zniczy i świec. Co to jest? Pogański cmentarz? Na środku stał metalowy krzyż z tabliczką „GRÓB DZIECI NIENARODZONYCH”. Tam, na górze, wśród tych skał, które błyszczą jak kawałki srebra i wabią z oddali. Opowiadali sąsiedzi: wiosną lądowały na nich naraz dziesiątki bocianów z południa, żeby po chwili odlecieć dalej, ku całodobowej wilgoci Rudawy i Dubia. W takich miejscach zawsze odbywało się coś ważnego. Ponad mozaiką niebieskich chałup w dolinie, wystarczająco daleko od profanum obór. Czy to symbol, czy rzeczywiście tam chowano ludzkie płody, zamiast pod progami domów, co było w chłopskim zwyczaju? Mówiło się w starej wsi: nie łaź sam w takie miejsca. One też zło ściągają. Oblezie cię to i będziesz się przez lata uwalniał. Gubił resztki siebie.
Piąty krąg, ósmy, znoszący ciało coraz dalej, pod opuszczone chałupy z plamami niebieskiej farby, na skalne granie ponad kurnikami, na wapienną iglicę, których dziesiątki świeciły tu po widnokrąg, jak kruszejące buddyjskie stupy w Paganie. A za ósmym kręgiem wciąż nie widać znaku z przyszłości - nic, tylko rozrastająca się z każdym krokiem przeszłość, a to ona była tu prawdziwym piekłem.
Widzę na fotografiach chłopskie ręce, które rozbierały dla zysku kamienne bryły, jak ta biedota w Azji. Spalone już w kwietniu, gdy słońce odbite od luster skał chłoszcze tu jak bicz. Dłonie rozgarniały krzewiny po wapień, po kalcyt dla hut szkła. Rozpalone ciała w jaskiniach w poszukiwaniu guana nietoperzy na nawóz. Fotografia Ignacego Męcika z albumu Wiosna 1915 w Królestwie Polskim, na której trzy kobiety pod Zawierciem ciągną przez pole przypięte brony. Mężczyzna z tyłu, przy bronach. Sparciałe dłonie powożące przez łyse pola konie z zapiętymi furmankami, po kamień na fundament, żeby w końcu pójść na swoje. Choć przez chwilę odetchnąć w cieniu, bo skały nie śpią - kruszeją dzień i noc, a ich strzępy przenoszą wiatr i woda; walają się po polach i to jest krzyż tej krainy. Trzeba zaorać ugór, który odsłoni dywan białych kamieni, wyzbierać je rękami, ułożyć z nich kopczyki, które lśnią do dziś na miedzach jak czaszki na obrazie Apoteoza wojny Wierieszczagina. I to jest właśnie ten dziewiąty krąg: przeżyć, a jak się da, to iść trochę do przodu. Zarobić na konia w wapienniku, w kopalni dolomitu albo dębnickiego marmuru. Przyorać oczyszczone pole. Nauczyć się lawirować pługiem jak piórkiem wzdłuż linii podstawy jurajskiego ostańca, wiedzieć, gdzie odpuścić, a gdzie mocniej przyłożyć, by nie zniszczyć lemiesza, i pozostawić jałową tylko skałę, która sterczy ponad tłustą ziemią jak statua ku pamięci o pańszczyźnie. Nie bać się ich - tych wszystkich Straszydeł i Skał Wernyhory - jak nie bali się matki i ojcowie. Skał ociekających zwęglonym wapniem jak oczy tuszem, które przez wieki budziły w blasku nocy lęk i złe opowieści. Oprzeć się o ich mur i walnąć flaszkę. Skoro nie wyrośnie na nich nic, co da się zjeść, to stanąć na ich czubku jak wolny człowiek, jak tamci, z miasta, z Krakowa, którzy pojawili się tu z początkiem XX wieku i podbierali chłopom miejscowe kobiety, zafascynowani pejzażem malowanych na niebiesko wsi. Opanować gniew. Przestać ich wyklinać, bo są chyba inni niż dziedzice, skoro wiejskie kobiety żyją z nimi w Bronowicach, rodzą im dzieci, a bardziej od majątku interesują ich książka i płótno. Usiąść na łące, patrzeć, jak rozkładają sztalugi, i pojąć, dlaczego zachwycają się bezpłodną skałą, drewnianym spichlerzem na półce skalnej, drzewami sadzonymi gęsto we wsi, żeby związać kruchą skałę, czerwienią strojów Krakowiaków w skalnych kanionach, weselami, gdy wiosną z widnokręgu nie zeszły jeszcze firny, a tu z ciał krew kapie w suche klepisko. Przeobrazić się w nich. Być jak artyści, jak szaleńcy, którzy wspinają się na skały. Podejść i zapytać, jak mają na imię. Być jak Kukuczka i Rutkiewicz, którzy trenowali tu przed wyjazdem w góry, albo Ryszard Malczyk, jeden z pokolenia kaskaderów, który wspinał się na Sokolicę z Brandysówki nocą i na żywca, czyli bez asekuracji. Poznać ich język, ale go udoskonalić. Opisać nim zwykłą skałę tak, żeby człowiek zagubiony na jurajskim bezdrożu bez trudu trafił do celu: to jest najbardziej piekielny z kręgów. Bo komu cokolwiek mówią i jak mogą skierować na właściwą drogę same nazwy: Powroźnikowa, Pochylec, Fiala, Okręt, Płetwa, Brodło?"
Andrzej Muszyński, Dom ojców
Wydawnictwo Czarne, 2022

