Kazimierz Kamiński jako Stańczyk. Scena z prapremiery WeselaW wieczornym wydaniu krakowskiego "Czasu" z wtorku, 19 marca 1901 roku pojawił się pierwszy odcinek (kontynuowany w kolejnych wydaniach) recenzji prapremiery Wesela Stanisława Wyspiańskiego. I to recenzji nie byle jakiej, bo świetnie napisanej, jawiącej się jako niezwykle wnikliwy tekst o charakterze ogólnym, będącej właściwie nie recenzją, lecz esejem wokół tamtej problematyki.  Autorem owego tekstu jest nie kto inny, jak Rudolf Starzewski, znany dziennikarz krakowski, uczestnik wesela Lucjana Rydla. Czyż może być osoba bardziej kompetentna wypowiadająca się o tym dramacie? Poprzez esej Starzewskiego wchodzimy w środek tamtego świata, w środowisko, o którym traktuje dramat.

***

Przed kilku laty był w Sukiennicach dziwny obraz. Noc chmurna; kawałek plant z zamkiem wawelskim w tle. Przy świetle latarń, odbitych w rozlanej kałuży, majaczeją „pałuby": słomiane okrycia krzewów, owiązanych na zimę. Stoją naprzeciw siebie, rzędami, poprzeginane wiatrem i słotą ponachylane, jakby w takt szumu drzew za chwilę miały ruszyć w tan widmowy. Pod obrazem kartka: „Kadryl". Wiosenne życie - krzew „z zapachem róż, owinięty w słomę zbóż" - drzemie, czeka, aż spadnie zimowy chachoł. Czy go odwiążą? Czy krzew odkwitnie?


Taki żałobny kontredans na nutę polską opisał Wyspiański - malarz w obrazie; podobną „historyę wesołą, a przytem ogromnie smutną" odmalował Wyspiański -poeta w dramacie pod tyt.: Wesele.


I.


Wieś - noc jesienna - „wszędy straśne błotne chlapy". W oparach - „niby arka nakształt czarów łodzi" - domek, na ziemiach polskich niezwykły: pół-dworek, pół-chata. W izbie proste sprzęty: stół i stołki heblowane z białego drzewa; mahoniowy, zdobny świecącymi bronzami stolik z czasów napoleońskich i chłopska wyprawna skrzynia, malowana w pstre kwiatki; na kilimku pałasze, flinty, pistolety; po ścianach kopia matejkowskich Racławic i duża Matka Boska Częstochowska w złotem półkolu promieni. Przez drzwi otwarte widać część alkierza: wiejską kołyskę, i święte obrazy „na listwie". W jednych progach szlachecka tradycya i obyczaj chłopski.

„Chałupa rozświecona, grająca muzyką w noc ciemną" - bo to już drugi dzień wesela. Obok, przez sień, tańczą, grają, śpiewają; co chwila dolatuje piskliwszy ton skrzypiec i głuche, nieustanne dudnienie basetli. Wesele niepowszednie: żeni się młody poeta-literat z wiejską dziewczyną - są zatem goście i z miasta i ze wsi. Od sieni i od alkierza snują się i przewijają poprzez izbę. Ruch bezładny, przypadkowy, jak zwykle w zaciszniejszym pokoju, gdy obok w parnym zamęcie kręci się wir taneczny. Wchodzą, znikają, zatrzymują się: ten papierosa zapali i pogawędzi, ów zaśmieje się lub zaduma. Jak w kalejdoskopie przesuwają się sukmany i karazye, fraki i tużurki, pawie pióra drużbów, drużek krasne wstążki, białe sukienki panienek, bab czepce i wzorzyste kaftany. A wszystko podniecone, rozkołysane...

Któż jest w tej „rozśpiewanej chacie", w tej „roztańczonej gromadzie?"

wesele okladka 3 wydaniaJest gospodarz - i w szaraczkowej czamarze i w białej sukmanie zawsze jeden „z tych Polaków, co się piękni". Szlachecki animusz, serce jak na dłoni, myśl lotna a fantazya do nadziei, choćby złudnych, skłonna. Ożeniony z chłopką, od lat dziesięciu „z chłopami o miedzę siedzi"; mir ma i miłuje żonę Hannę, gospodynię łagodną, stateczną a roztropną. - Jest pan młody, od rana po ślubie z Jagą, urodziwą „jak jaśminy, jak jagoda". Ona mu „z dusy rada"; on w niej zakochany, szczęśliwy „aż mu serce wali młotem". Jest siostra Hanny i Jagi, Marysia, w sentymencie cicha i trochę smutna, bo jej mąż „słabuje" - a choć mu sercem oddana, naszły na nią wspomnienia, jak i po nią ongi przyszły swaty od pana, co rychło zmarł, pojechawszy „do obcych miest". Jest trzech sióstr ojciec, poważny słowiańskim spokojem; ksiądz dobrotliwy i przezorny; wójt Czepiec, chłop na schwał, barczysty i zamaszysty, z takich „z jakich był Głowacki"; dziad pod drzwiami, dziwujący się, jak się tu kumowi poszczęściło; wiejski żyd arendarz i jego córka Rachela „panna modern całkiem", która „chociaż w domu sama pierze, była w Wiedniu na operze i zna cały Przybyszewski". Są także goście z miasta: brat gospodarza, poeta, ironiczny, flirtujący a chmurny, zrywający się, aby „lecieć, a nie dać się mijać"; dziennikarz, który ma „polityki dość, po uszy, dzień cały"; radczyni filisterska [kostyczna, panna Klara cięta i rezolutna, dwa podlotki: Aniela z powiewnym wdziękiem i odważniejsza Krzysia, pragnąca „coś przecierpieć, coś przeboleć, aby módz miłość szanować" - i dalej jeszcze cały korowód. A wszystko podniecone, rozkołysane, przesuwa się jak w kalejdoskopie, przez pokój obok izby, gdzie roztańczona gromada kręci się przy skrzypcach i basetli.

Taki pokój, obok innego, w którym tańczą od dwóch dni, ma swoją odrębną atmosferę psychologiczną. Obok ogarnia zamęt, płynący z muzyki, wiru, trunku; porywa potok wrzawy i zabawy, pochłania moc zbiorowej sugestyi. Kto nagle wychyli się sam z tego dusznego kręgu, usunie się o kilkanaście kroków w chłód i spokój, drga jeszcze podwyższoną skalą wrażliwości, lecz zarazem, oswobodzony z pod tłumnej hipnozy, tem żywszym odruchem wraca w siebie, w swoje 'ja' własne. Dlatego w takim pokoju tak częste są serdeczne zwierzenia, szczerość wylana, lub wśród wesołości, mocą kontrastu - smutna zaduma z „oczyma wewnątrz zwróconemi".

Zapewne, obok piknikowej sali hotelowej, te wyznania i te zamyślenia są bardziej - egotyczne. Inaczej w tym dziwnym pół-dworku, pół-chacie; w tem upojeniu, które niesie społem „chłopy, pany, pany, chłopy"; w tem weselnem skojarzeniu stanów; w tem doraźnem jakby majaczeniu przymierza, w które i życie i poezya zaklęły wielki, narodowy „cudów cud" przyszłości... Może potem „lokaj z bicza trzaśnie, i wszystko jak trzask z bicza zgaśnie" - ale na razie w każdego oczach, „figurami ludnych", świeci się „jakaś kaskada czułości". Wszak w ten sam takt przytupują nietylko obcasy lakierków i podkówki butów; wszak poza scenerya, zewnętrznym obrazem, ruchami, słowami, poza nawet w tej chwili wyraźnie świadomemi myślami - są w każdym „pod czwartą skibą" nierównie realniejsze, bo istotniejsze, stałe, przeżyte, z duszą zrosłe marzenia i troski, porywy i zwątpienia, bóle i nadzieje. Wszak w tej gromadzie kręcą się nietylko fraki i karazye - lecz ponad nią wirują nierozdzielne, a nieuchwytne i rozpryśnięte, wszystkie te atomy duchowe, które w mózgi i w serca kładzie od stu lat wieszczów poezya i patriotycznego rozumu wysiłek. Wszak w pamięciach złożone i odległe wspomnienia chwały narodowej - i teraźniejszość „nad brzegami Babilonu"; ogromny okrzyk: „z szlachtą polską polski lud" - i okropne dzieje, gdy „brat zabił brata"...

Dlatego też w tej chacie, „która stała się rozkochana w polskości", w tym pokoju, obok innego, gdzie tańczą, dobywają się z dusz dziwne głosy i echa. Poecie, który w kraju jest jak „żórawiec, ptak przelotny", który zazwyczaj na pół żartem, na pół seryo, bawi się... galanteryą" - snuje się w wyobraźni „taki dramat, groźny, szumny, posuwisty, jak polonez gdzieś z kazamat"; marzy mu się i „chłop, qui amat", i jakiś „bohater w zbrojej, skalisty, któś jakoby złom granitu"; chciałby „wydrzeć się, skoczyć, ręce po pas w krwi ubroczyć, ramię rozpostrzeć szeroko". Dziennikarz, z przylepionem do oka „mędrca szkiełkiem", rozstrojony jest i obolały, bo „patrzy, lubi - a nie wierzy". Wójt, „zapalny, jak sucha słoma", buńczucznie wykrzykuje: „ino na wsi jesce dusa, co się z fantazyją rusa", i ręczy: „jakby kiedy co do cego, myśmy, wi się, nie od tego, ino ktoby chciał nas uzyć, kosy wisą nad boiskiem". - Stary ojciec z dziadem poszeptują: „jak to dawniej były gniewy, nawet była krew, rzezańce, i splamiła się sukmana". Gospodarzowi „w oczach chłop urasta, do potęgi króla Piasta", i żali się, że z pokolenia w pokolenie „rok po roku idziem po kolendzie, i szukamy i patrzymy: czy kiedyś z tego co będzie?"

Dać tylko tym mgławym poczuciom, tym drżącym przeczuciom plastyczny wyraz, a z tej tęsknoty za potęgą i wielkością wstanie jakiś rycerz z grunwaldzkiego pola chwały; nad krytyczną rozterką myśli pochyli się z bolesnym uśmiechem matejkowski Stańczyk; ponad świąteczne ,,pany, chłopy" urośnie widmo butnej oligarchii szlacheckiej; w ślad za niem podniesie się krwawy cień Szeli - a nad wszystkiem i wszystkimi zapanuje lirnik stepowy, w cudnych strofach wyśpiewany Wernyhora.

zapowiedz wesela Czas 15 marca 1901 wydanie wieczorne

Wszystko podniecone, rozkołysane... Dokładną świadomość poetyczności chwili ma przedewszystkiem panna Rachela, bo przecież „ogromnie dużo wierszy czy tata". Chcąc tę poetyczność „rozdmuchać" radzi poecie „zaprosić na to wesele, wszystkie dziwy, kwiaty, krzewy, pioruny, brzęczenia, śpiewy". „I chochoła" - dodaje, żegnając się z odchodzącą, rozflirtowany poeta. A jednak - myśl to ładna i ucieszna; zwraca się więc do państwa młodych:

Poeta:
Ty dzisiaj jesteś szczęśliwa
panno młoda, zaproś gości:
których bieda, piekło dręczy,
których duch się strachem męczy,
a do wyzwoleństwa rwie się;
niechaj przyjdą na podsłuchy
na wesele, gdzie muzyka;
muzyka ich chwilę popieści
duch chwilę przystanie,
a potem, jako dym znika.

Ach, pan młody, ty pan młody,
słuchaj, przecie ty poeta
i ty dzisiaj sprawiasz gody.

Pan młody:
Ja szczęśliwy, do gospody
sprosiłbym dziś cały świat,
takim rad, takim rad.

Poeta:
Zaproszę tego chochoła;
Tam za oknem, skrył się w sad.

Pan młody:
Cha, cha, cha, cha, cha, cha,
Przyjdź chochole

Na wesele;
Zapraszam cię, ja pan młody
wraz na gody do gospody.

Jaga:
Przyjdz-że, przyjdż-że, jak mas wole.

Poeta:
Cha, cha, cha.

Jaga:
Cha, cha, cha.
Skoro północ zacznie bić
do nas tu, na izbę przydź.

Pan młody:
Sprowadź jeszcze kogo chcesz
ciesz się z nami, ciesz godami.

Jaga:
Ciesz się, ciesz.

Pan młody:
Cha, cha, cha,
czy też on nas posłucha?

Tak jest; posłucha chochoł i - niezwykłych sprosi godowników.

II.

zapowiedz wesela Czas 15 marca 1901 wydanie wieczorne

Północ. W izbie sama mała Isia, córeczka gospodarstwa. Przykręca, to znów rozświeca lampę na stole - i nagle w chwiejnym półmroku dziw się jej zwiduje. Wsuwa się zwolna przez próg słomiany chochoł z ogrodu, osłaniający krzak róży. Kołysze się niezgrabnie na związanych powrósłem nogach, okrąża stół dokoła i przyśpiewuje tajemniczo:

Kto mnie wołał, czego chciał?
Zebrałem się, w com ta miał,
jestem, jestem, na Wesele
przyjdzie tu gości wiele,
żeby ino wicher wiał.
Co się komu w duszy gra,
co kto w swoich widzi snach,
czy to grzech, czy to śmiech,
czy to kapcan, czy to pan
na wesele przyjdzie w tan.

Nie przeraża, ani zbyt nie zadziwia dziecka „słomiany nygus". Wypędza go miotłą; wołając energicznie: „Huś, ha, na pole, głupi śmieciu, chochole!" - Ale teraz czar już padnie na cały dworek; każdy ujrzy, co mu „w duszy gra"...

Przystanęła w drzwiach Marysia, pochyliła głowę i zamyśliła się o „zmarłym przyjacielu", o tym panu, co przed laty swata do niej słał. Podnosi oczy - a przed nią: on, z białem licem widma, w szarym, opiętym płaszczu, w czarnym, z fantazyą założonym kapeluszu. Czy pamiętasz - pyta: „jak nas gruszy cienił cień, tu, w tym sadzie, na zieleni, śród połednia, śród promieni, przy mnie stałaś, w dłoni dłoń?" - Chce potańczyć z nią raz dokoła, chwyta się wstąg, chce usta przytulić do ust...

Marysia:
Zimnem dołu wieje strój,
ty nie mój, ty nie mój.

Widmo:
Mus mnie woła, mus mnie woła.

- „Ktoś się za mną włóczy wciąż" - rzecze, siadając na krześle Stańczyk, w czerwonej, błazeńskiej szacie, w czapce z dzwonkami nad czołem smutnem, zamyślonem. „Ktoś przedemną ciągle stąpa" - szepta dziennikarz, przechodząc przez pokój; spostrzega gościa i wita: „Ojcze, salve!" Poczyna się rozmowa długa, gorzka, bolesna, ta, która sięga do trzew i targa: spowiedź o rozterkach zwątpień, o „przebiegach zdarzeń, dalekich, dalekich od marzeń", o „wielkim zamęcie rozumów i wielkim modlitew rozjęku"...

- „Zdawało mi się, że moja dusza ze mnie wyszła i koło mnie świeci" - mówi odchodząc dziennikarz do poety, za którym już stoi postać inna, potężna, groźna: rycerz, cały w czarną zbroję zakuty, z pękiem czarnych piór strusich na hełmie o zapuszczonej przyłbicy. Żelazną ręką przytrzymuje rękę poety, na szyję zarzucił mu arkan; pada grom i wstrząsa węgłami domu. Rycerz: Wiesz ty, czem mogłeś ty być?" -Poeta: Słowo, widmo gończe. -Rycerz: Zwiastun! -Poeta: Głos, jak marzeń moich piastun! - R y c e r z: Na głos mój, ty będziesz drżał! - I drży poeta, bo to rycerz z pod Grunwaldu, stamtąd, gdzie „olbrzymów dzieło, Witold, Zawisza, Jagiełło".-„Tam leć", woła:

Brać z tej zbrojowni zbroje,
kopije, miecz i szczyt,
i stać tam wśród krwi,
aż na ogromny głos
bladością się powlecze świt,
a ciała wstaną
a zbroje wzejdą
i pochwycą kopije i - przejdą!!
Spiesz tam leżą stosy ciał.
Przeparłem trumniska wieko;
czas bym wstał, czas bym wstał.

 „Ktoś jest? - pyta poeta. „Moc, Śmierć, Noc" - rzuca na pożegnanie Rycerz, podnosząc przyłbicę... A poecie w piersiach gore, bo on, "żórawiec, ptak przelotny", poczuł, że "Polska, to jest wielka rzecz", że trzeba w twórczym polocie poezyi "podłość odrzucić precz, a na tarczy, jako ideę, godło, wypisać świętą sprawę".

- Inne teraz przewlekają się mary, z „okropnym śmiechem Piekła". Pan młody cofa się z przerażeniem na widok, jaki na gody zawitał „złoty pan, weselny pan". Szlachcic poeta żeni się z chłopką, więc na wesele wciskają się zagrobowe „ojców winy". Z hulaszczym impetem wtacza się potępieniec szlacheckich sromot i upadków. Hetmana - jak z „Rejtana" Matejki - w czerwonym fraku, z niebieskiemi przez pierś wstęgami Orła białego, wloką przez izbę dyabły w moskiewskich oficerskich rabatach. Na szyi ma zawieszone niecki „z pieniążkiem moskiewskim" dyabli „co noc mu świeżych dosypią" - i setkę lat gnają go „przez puszcze, przez gęsty las, przez ugory, łąki, błoń". Krew jego piją, złoto leją do gardła, a choć „złoto pali, złoto war", musi jęczeć i krzyczeć z animuszem: „Sursum corda, vivat car!" - To Targowica...

Zapadła się jedna mara, a już na wesele poety-szlachcica z chłopką wsuwa się w ślad za starym dziadem, co pamięta „dawne gniewy", skrada się cicho, chyłkiem - drugi okropny upiór, z piętnem chłopskiej plamy i hańby. W strzępach płótnianka, krew spływa po łachmanach, krew po włosach, gdzie stąpnie, ślad krwi na podłodze. - To rok 46...

Dziad:
Precz przeklęty, precz przeklęty!

Upiór:
Jeno ty nie przeklinaj usty,
boś brat - drzyj! - ja S z e l a!
Przyszedłem tu do Wesela,
bo byłem ich ojcom kat,
a dzisiaj ja jestem swat.
Umyje się, wystroje się,
dajcie bracie kubeł wody,
ręce myć, gębę myć,
suknie prac - nie będzie znać.

Dziad:
Precz, precz - ty trup!

Upiór:
Na Wesele, na Wesele
Podź tańcować, bośmy brać.

Rozwiały się widziadła, które tylko samotnym się jawią. Przez izbę znowu przewija się roztańczona gromada. Już po północy; niejeden kieliszek wkoło okrążył; wszystko jeszcze bardziej rozśpiewane, zestrojone, rozkołysane; „miejscy" flirtują coraz goręcej, drużbowie zalecają się coraz obcesowiej; gospodarz również trochę podochocony - „jakisić niepewny", jak mówi żona - staje się jeszcze bardziej „rzewny".

Wśród tych widzeń myśli i uczuć, wśród tego wiru i podniecenia, w tym dworku, który się cały „od poezyi trzęsie", naprawdę jakby „zaczyna się coś dziać" - bo oto wbiega chłopak Kuba i ciągnie gospodarza za rękaw:

Jakiś pon, jakiś pon
zsiadajom z siwka w podwórcu;
koń ogromiec......
a pon musi wielgi być,
ubiory na nim czerwone,
siwa broda a lira u siodła.
Jak żyję
jescem takiego Polaka
nie ujzoł.

Kto to taki, kto to taki? -zastanawia się gospodarz i zamyka drzwi od gwaru. Wchodzi: mąż ogromny z białą brodą; zgrzebna koszula i hajdawery, lecz na ramionach kożuch, karmazynem kryty i spięty klamrą pozłocistą. Persona snać godna, a że nieznana, więc gospodarz, trochę zakłopotany, tem gościnniej wita, sadza, chce żony prosić, która „stroi się w alkierzu", to znów stawiać dzban, bo lepiej gada się przy winie". Jeszcze więcej zdziwiony, gdy starzec, który „przyjechał zdaleka, a miał blisko", odmawia, bo ma „nowin wiele" i chce „pomówić na osobności".

Poznaje wreszcie: to on „serdeczny, kochany', to on „znany, niespodziany to on „znany, spodziewany" „Pan-Dziad z lirą - Wernyhora!" Ważne przywiózł nowiny; przyjechał z rozkazem:

Roześlesz wici przed świtem
niech jadą na cztery strony.
Bądź gotów nim wstanie słońce;
skoro porozsyłasz gońce
zgromadzisz lud przed kościołem,
a skoro rzesza uklęknie
niech wszyscy natężą słuch,
czy tententu nie posłyszą
od krakowskiego gościńca.

Gospodarz:
Jakto? - co to? - rozpoczęcie?!

Wernyhora:
Słuchać oślep, wierzyć święcie.

Gospodarz:
Czyli mara ty widmową,
czyliś waść jest upiór grobów,
czy ty próchno, czy ty czarem,
żeś ze słowem przyszedł starem,
i co we mnie tajemnicą,
ty mówisz, jak sen prawdziwy,
jako żywo, jako żywo.

Wernyhora:
Daję Waści złoty róg
na jego rycerny głos
spotężni się Duch.
podejmie Los;
daję w twoje ręce róg.

Gospodarz:
Jutro?!

Wernyhora:
Jutro!!

Gospodarz:
Wszelki duch!!

Siadł na konia i pojechał „Pan-Dziad z lirą" - tylko na znak pozostała siwka złota podkowa. Gospodarz, z głową rozpłomienioną, nie słucha rozważnych przestróg żony; gotuje się do drogi, chce zdejmować flinty, pistolety; woła drużbę Jaśka, daje mu złoty róg: niech jedzie z wiciami, puka do chat, zwołuje chłopy z kosami - a potem:

wróć nim trzeci pieje kur,
wtedy zadmij tęgo w róg,
to się taki wzmoże Duch,
jaki nie był od lat stu.

Uniesiony, jak w gorączce, wykrzykuje bezładnie: „orły, kosy, szable, godła, pany, chłopy, chłopy, pany;" zbiegającym się gościom rzuca w twarz pogardliwie: „lalki, szopki, podłe maski, farbowany fałsz, obrazki, oto co z was pozostało" - i coraz bardziej odurzony słania się na nogach na wpół nieprzytomny... A tymczasem drużba Jasiek, w czapce z pawiemi piórami, ze złotym rogiem na sznurze, okręconym koło szyi, pędzi w czarną noc, wśród jesiennej „straśnej chlapy," aby przedeświtem stanęły pod kaplicą „chłopy z ostrzem rozmaitem."

III.

czas1 Recenzja prapremiery Wesela Stanislawa Wyspianskiego z 1901 roku - autor - Rudolf Starzewski

Na niebie mrok rzednie. W dworku jeszcze tańczą, ale znać, że już dobijają do ostatka. -Muzyka, taniec, kieliszki - wszystko to przeciągnęło nerwy, plącząc oszołomienie ze znużeniem. „Miastowe państwo," choć im się „szyćko udało", „poziwo" po nieprzespanej nocy; inni prawią górnie a bezładnie nad pustą flaszką; gospodarz drzemie na zestawionych krzesłach; tylko jeszcze „chłopskie temperamenty grają", wójt pięściami wygraża muzyce, a drużki „coraz bladsze, a kręcom się i nie ustajom". Teraz, nad ranem, kiedy „w izbie swąd, a w głowach dym", kiedy w „długim tanecznym łańcuchu" surduty i sukmany mienią się i zlewają, kiedy jakby gorączkowy opar osnuł tętniące serca i rozbujane wyobraźnie - teraz słomiany chochoł rzuci jeszcze dziwniejszy czar. Już na tem weselu nietylko samotnym, gdy podeprą zamyśloną głowę, jawi się to, co im „w duszach gra"; teraz wszyscy, razem, „pany, chłopy, chłopy, pany" ujrzeć mogą to, co tylko w „swoich widzą snach".

Po tajemniczym starcu z lirą, na białym koniu, pozostała tylko - jak dukat, wybity z marzeń artysty - złota podkowa, którą skrzętna gospodyni schowała „na szczęście" do skrzyni; wkrótce jednak przedostaje się i rozchodzi wieść, że u gospodarza „był gość z Ukrainy: jakiś okropnie bogaty, straśnie polskie robił miny"; że zaraz potem Jasiek, który ma „objezdzywać dwory", „konia spion i zakrzyknął: bić Moskali!" Opowiada o tem wójtowi chłopak Kuba, który u drzwi podsłuchiwał; dziad także przytwierdza, że „już się rozpytujom chłopy, jakby sie co miało dziać". Czepiec, chłop tegi, który „ino sie rwie do bijacki", słucha, pyta, lecz próżno chce dojść prawdy; gospodyni zbywa go niechętnie, że mąż „kajś się zbiroł, kajś sie broł", ale że „tyle z tego, co z nicego". Nie rad nie być na przedzie, kiedy „trza sie mirzać z czego", rusza na wieś. A na wsi „kole studnie do gościńca" już się ludzie „garną, kupią". Wraca więc Czepiec do dworka, staje w izbie z miną butną, a w ręku - kosa w górę ostrzem nastawiona. Potrząsa zaspanego gospodarza za ramię:

Wstawaj pon
bos pono rozkaz wzion
jakiś ważny, najważniejszy
i papiery, czy tam co...
Pon majom pójść razem z chłopami,
a chłopi tu wsioscy już som
gotowi i stoją tam!

Gospodarz:
Coście kumie, coście chłopie
zbajczyli przez długą noc.
Ja z wami?

Czepiec:
Wy z nami!

„A wy wszyscy z kosami?" - patrzy zdziwionemi oczyma, rozbudzając się, gospodarz. Jest pan młody i poeta; wszyscy nie rozumieją ni słowa, a w Czepcu krew się burzy:

Panowie, jageście som
jeśli nie pójdziecie z nami,
to my na was - i z kosami...

Gospodarz:
Wy, a jako -

Poeta:
Wiecie; kto my?
Co wy o nas wiecie? nic.

Czepiec:
A pon widno niewidomy,
Widać, że nie znacie nas.

Gospodarz:
A, wstydzę się waszych słów,
choć mi radość z waszych lic.

Czepiec:
Wyście bo pożarnych świc
rozpalili z naszych lic.
Panie, a cy pon pamięta,
jak pon szeptał nieraz w noc,
jako w nos jest wielga moc,
jako że moc jest zaklęta,
że się kiedyś opamięta.
Wyście to pożarnych świc
rozpalili z naszych lic.

Pan młody:
A wy zaraz w rękę nóż.

Czepiec:
A cóż czekać, czy ja tchórz.

Świt blady srebrzy okno. Wójt coraz goręcej przedkłada:
że zaruśko kur zapieje
że na nas czekajom w mieście
że nas tu jest ze dwiedzieście
z kosą, cepem, zelaziwem
i że to, to nie som sny.

Gospodarzowi w głowie szumi; jakaś „myśl ukryta nie może się wydobyć z głębi." „Któż tu u was był, no kto?" - nagabuje jeszcze natarczywiej Czepiec - bo oto do izby wchodzą już chłop za chłopem, a każdy z kosą „nastawioną". „Pon se ino serce ziembi tem myśleniem, sumowaniem" biada wójt - lecz w całym domu już ruch; zbiegają się goście weselni - i tę rozkołysaną gromadę ogarnia nagle niepokój drżący, przejmujący. Wyczekiwanie napina struny dusz; słuch staje się czulszy, wzrok dalej sięga. Na niebie i na ziemi niezwykłe się „dziwy stroją". „Ze zorzy się zrobiła krew, taki sznur krwi wydłużony, ponad Kraków"; „z chmur się stawia jakby tron" ; na ganecku przysiadł „kruk ogromniec - a cała „błoń, pełna ludu, pełna kos .

„Przypominam! przypominam!" - woła wreszcie gospodarz wielkim głosem, zrywając się po wysiłku myśli i pamięci:

Słuchajcie, wytężcie słuch,
był u mnie duch Wernyhory!.
Wernyhora! Wernyhora!
obudziłem się ze snu -
kazał broń - broń kazał brać.

Poeta:
Lecieć?!

Gospodarz:
Nie - tu w miejscu stać,
czekać, jak przepieje kur,
wytężać, wytężać słuch.
.....na gościniec
wjedzie stary lirnik siwy
i przeżegna lirą niwy;
wtedy trzeba się pokłonić,
potem siąść na koń

Poeta:
i gonić!

Gospodarz:
Nie wiem - potem co - tajemno
potem świt!

Izba pełna. Nad głowami w górze aż po powałę sterczą kosy, a drzewca ich w mocnych chłopskich garściach. Coraz jaśniej bieli się okno. „Natężać, natężać słuch!" - nawołuje gospodarz. I zda się z oczekiwania serca bić ustały i wszyscy pochyleni, zasłuchani, jakby zmartwiali, wcieleni w jedno czucie, w jedną myśl. Cisza... Słychać! - odzywa się drżący szept. - Tętni! dudni! - powtarzają inni. Koń w podworcu!...

Rozwierają się drzwi; w nich Jasiek. Wraca zbłocony, bez czapki, bez rogu... Przeciska się przez gromadę, wstrząsa to jednym, to drugim; nikt nie odpowiada, nikt go nie widzi...

Cóż to, co to, czy zaklęci
stoją wszyscy, jak pośnięci.
Aha, prawda, żywy Bóg,
przecie miołem trąbić w róg;
każ ta, zaś ta, cyli zginoł,
cyli mi się ka odwinoł.

Szarpie Jasiek sznur od rogu, błędnym wzrokiem wodzi po bladych twarzach... W drzwiach jakiś szelest. To wsuwa się ostatni gość weselny: chochoł w słomianej odzieży. Kołysze się na związanych nogach i monotonnie przyśpiewuje Jaśkowi- drużbie:

Miałeś chłopie złoty róg,
miałeś chłopie czapkę z piór,
ostał ci się ino sznur.

Szare światło rozlewa się po pokoju. Jaśka coraz większy zdejmuje lęk:

Już świtanie, już świtanie,
jakże ja se rady dam,
syćko z ręcami na ustach,
dech im zaparło w dusach,
jako drzewa wrośli w ziem,
jak tu, co tu radzim jem?...
tak im coła zmarscek spion,
jakby ciężko pracowali.

Chochoł:
To ich Lęk i Strach tak wzion;
posłyszeli Ducha głos,
rozpion się nad nimi Los.

Jasiek:
Tak się męcą, pot z nich ścieka,
bladość lica przyobleka,
jak ich zwolnić od tych mąk.

Chochoł:
Powyjmuj im kosy z rąk,
poodpasuj szable z pęt,
zaraz ich odejdzie Smęt;
na czołach im kółka zrób,
skrzypce im do ręki daj,
ja muzykę zacznę sam,
tęgo gram, tęgo gram.

„Ka te kosy złożyć?" - pyta Jasiek, obiegając izbę i wyjmując drzewce ze sztywnych dłoni. - „W kąt" - odpowiada chochoł, który, wydźwigawszy się na malowaną skrzynię, jest wszystkim ponad głowami i rej wodzi nad całem weselem. - „Ręce im pozałóż tak, niech się po dwóch chycą w bok," doradza chochoł - i już tworzy się znowu krąg taneczny. „Rozśmiej im się w nos"... „Już ich odszedł Smęt!" - woła z uciechą drużba.

Gra teraz słomiany chochoł - i para za parą poczyna się zwolna okręcać, jakby w śnie, jakby bez czucia i myśli.

Chochoł:
Już nie czują ran.

Jasiek:
Zniknął czar!

Chochoł:
To drugi czar!

Tańczą wszyscy, tylko drużba bez pary - więc mu drwiąco przyśpiewuje chochoł:

Tańcuj, tańczy cała szopka,
a czyś to ty za parobka.

Jasiek:
Kajsi mi się zbyła copka,
przeciera drużba, przeciem drużba,
a drużbie, to w copce służba.

Chochoł:
Miałeś chamie złoty róg,
miałeś chamie czapkę z piór,
czapkę wicher niesie
róg huka po lesie,
ostał ci się ino sznur.

Pianie kura rozdziera powietrze. Jaśkowi wraca pamięć, że jeździł z wiciami, że dzwonił w okna chat... Rzuca się między gromadę z rozpaczliwym krzykiem:

Jezu! Jezu! zapioł kur,
hej, hej, bracia, chyćcie koni,
chyćcie broni, chyćcie broni,
czeka was wawelski dwór!

Lecz nikt nie słyszy. Wszyscy kręcą wkoło po izbie, sennie, miarowo, kręcą się w takt skrzypie chochoła, który wciąż powtarza śpiewkę okrutną, szyderczą:

miałeś chamie złoty róg,
ostał ci się ino sznur...

Tak we wsi polskiej, po krótkiej miłosnej nocy godowej, gdy zaświecił brzask i złudy rozwiał - do ostatniego oberka przygrywał słomiany grajek i starosta weselny; tak różnobarwny, różnolity korowód taneczny poprowadził chochoł - chochoł, który przez długie polskie zimy odziewa spętane krzewy i szczepy, zna szept soków, krążących po gałązkach w uwięzi, wie o zawiązkach pąków, utajonych pod Korą, czuje głuche pędy rozrostu, tęskniące do słońca i swobody. Zczerniał w wietrze i słocie - a pod jego ciężką, rubaszną powłoką czeka liść i kwiat i owoc, czeka życie, aby odkwitnąć... Jak w chochoł owiązana i polska dola - więc może on i wie, co w polskiej „duszy gra..." I dlatego na tem weselu, które złączyło „pany, chłopy, chłopy, pany," pod koniec godów gra tak, jakby w monotonnej, prostej nucie łkał rozpaczny, z serca wydarty jęk chopinowskiego mazurka...

IV.

czas2 Recenzja prapremiery Wesela Stanislawa Wyspianskiego z 1901 roku - autor - Rudolf Starzewski

„Historya wesoła, a przez to ogromnie smutna" przesunęła się jak taniec widm żałobnych przy głuchem dudnieniu mazurskiego oberka. Bo też niezwykłe to „gody" - za izbę mają całą Polskę. Trwa to „wesele" przeszło wiek - od konstytucyi 3 maja, poprzez racławickie kosy i krwawe noże rezunów, poprzez pańszczyznę i „Złotą hramotę", poprzez wiece i bankiety, waśnie wyborcze i sąsiedzkie miedze pól, poprzez nieufność i obojętność, poświęcenia bez granic i bezpłodne porywy. Grajkami na niem byli wszyscy wieszcze narodowi, starostami wszyscy mężowie stanu i wszystkie stronnictwa polityczne - uczestnikiem każdy, komu polskie serce bije w piersi lękiem i nadzieją, każdy, kto wie i czuje, że na tem „weselu" rozgrywa się ojczyste „być albo nie być". Odkąd jest w Europie „kwestya polska", jest w Polsce „kwestya chłopska", inna, niż w całej Europie, bo nie jako sprawa jednej społecznej i ekonomicznej warstwy, lecz jako problem narodowy, z którym i pozytywna świadomość i poetyczny idealizm łączy zwątpienia i tęsknoty zakrytej przyszłości.

To stuletnie „wesele" jest ideowem jądrem, właściwą miazgą poetycznej osnowy dramatu Wyspiańskiego.


*

Czem jest chłop w duszy polskiej? W porozbiorowej psychologii narodowej pojęcie „ludu" przybrało niewątpliwie odrębne formy. - Rozróżnić zwłaszcza można dwie grupy. Obok chłopa z krwi i kości, w chałupie i w gminie, na roli i na jarmarku, chłopa współczesnego, realnego, istnieje równolegle chłop ideowy, abstrakcyjny. Pierwsze pojęcie urabia się w umysłach z obserwacyi i doświadczenia, drogie wywodzi rodowód z cierpień i ideałów narodowych; pierwsze ciągnie soki doraźnie z zewnątrz, drugie z wewnętrznych zasobów patryotyzmu; pierwsze powstaje drogą indukcyi z potrzeb dnia, drugie dedukcyjnie z szematycznego programu odrodzenia; pierwsze polega na analizie teraźniejszości, drugie na syntezie przyszłości; w dążeniach w przyszłość pierwsze przylgło do środka, drugie jest odblaskiem celu, „jutrzenki swobody"; pierwsze ma ociężałość twardej doli, drugie lotny rozpęd rewolucyjny; pierwsze kształtuje się według poczucia wspólnych i sprzecznych interesów, drugie płynie z tęsknoty do harmonii; pierwsze ma plastyczność i dokładność realistycznej kopii, drugie barwność obrazu i linie idealistycznej kompozycyi; pierwsze rozszerza i rozjaśnia krytyka społeczno-ekonomiczna, drugie opromienia artyzm sztuki. Pojęcia te żyją współcześnie w umysłach polskich i bynajmniej się nie wykluczają: bo ani pierwsze nie wyłącza ducha obywatelskiego, a nawet sentymentalnej chłopomanii, ani drugie dobrej, bezpośredniej znajomości wsi i chłopa. W życia praktycznem, ujętem w klamry pracy i trzeźwego rozsądku, pierwsze pojęcie z natury rzeczy przeważa; w literaturze, będącej wyrazem uczuć i wyobraźni, drugie panuje niemal wszechwładnie, a zwłaszcza wielka poezya romantyczna przystroiła narodowego chłopa w tęczowe barwy i blask niemal mistyczny.

Staje tedy przed oczyma duszy polskiej chłop piękny jak na „Racławicach" Matejki, żywy, bo wciąż odżywiany krwią bólu patryotycznego, ten lud, w którym „wielga moc zaklęta", który, jak legendarne śpiące wojsko w Tatrach, ma zbudzić się, powstać i zwyciężyć - chłop w gloryi dziejowego posłannictwa. Z miłością dali mu natchnieni poeci najlepsze cząstki swej duszy, malarze przybrali go w kształt zamaszysty i najbarwniejsze kolory - i tak strojny wszedł, jak pan młody na gody, w krąg wyobraźni narodowej. Jest w niej, jest zawsze. Zawsze, kiedy przesuwa się w uroczystym pochodzie setka białych sukman, kiedy zaczerwienią się karazye banderyi krakusów, kiedy na festynie ludowym, czy choćby w teatralnym melodramacie padnie gorętsze polskie słowo z ust chłopskich - ściskają się serca i wilgotnieją powieki... Wskrzesza go w umysłach każde wzruszenie; każda chwila podniecenia uczuć patryotycznych daje mu życie, choćby na mgnienie oka, choćby na dreszcz momentu. Co więcej - choć na te gody uczuć z własnym świetlanym refleksem, na te gody tem świetniejsze, gdy także chłop, przejmując zwolna duchowe dziedzictwo narodowe, poczyna nieraz sam mieć poczucie swej krasy - choć na te gody zawita myśl krytyczna, trzeźwa i badawcza, świadoma skrytych sprężyn i pierwiastków psychicznych (scena ze Stańczykiem), choć pośród wstanie widmo win szlacheckich (scena z Hetmanem) i upiór hańb chłopskich (scena z Szelą) trwa dalej wesele stuletnie, trwa dalej czar.

 To ten czar, to ten „taneczny łańcuch długi", któremu na Weselu przygrywa chochoł słomiany, a wszystkie pary, „pany, chłopy, chłopy, pany", kręcą się, jakby w sennem marzeniu. Tańczą - i „nie czują ran" i „odszedł ich smęt"...

Jak żywica w pękniętej korze sosny, czar ten jest balsamem wyobraźni, kojącym rany rzeczywistości. Dopiero wówczas, gdy myśl, przebiegłszy szlak od rzeczywistości ku wyobraźni, wejdzie na powrotną drogę od wyobraźni ku rzeczywistości, dopiero wówczas poczyna się tragiczny konflikt. Pierwsze pojęcie chłopa realnego wytrzymuje tę próbę - jak ziemia ojczysta, która, czy uprawna, czy ugorem stoi, zawsze jest twardym gruntem pod nogami. Lecz pojęcie chłopa abstrakcyjnego, wcielonego w artystyczny typ kosyniera? Wobec świadomości własnej niemocy, a potęg wokoło, wobec pamięci prób i klęsk, wobec powszechnego w umysłach krytycyzmu politycznego - chłop-kosynier, skonstruowany sztucznie, a priori, zbudowany przedewszystkiem do ataku na armaty, gdy stanie na gruncie rzeczywistości, upowietrznia się nagle w gorączkową mare lub przemienia w malowniczą dekoracyę. Z pawiem piórem na krakusce, z poetyczną kosą w dłoni, stoi jak manekin w wojowniczej pozie, jak cień, zabarwiony gorących serc krwią, wypełniony szczytnych myśli treścią, od życia odcięty, zapatrzony w brzask, a niezdolny ni kroku postąpić w świetle białego dnia.

To ten czar, to ten straszny obraz, któremu na Weselu przygląda się słomiany chochoł, gdy wszyscy, i „pany" i chłopy z nastawionemi kosami, nieruchomi, zapamiętani, wytężają słuch i czekają świtu... I tak stoją - „w dusach im zaparło dech, jako drzewa wrośli w ziem"...

czas3 Recenzja prapremiery Wesela Stanislawa Wyspianskiego z 1901 roku - autor - Rudolf Starzewski


*

Ideowa treść Wesela łączy się ściśle z psychologiczną logiką dramatu. Zewnętrznem tłem jest wesele, wesele niezwykłe, wprost wyjątkowe: poety „pana" z wiejską dziewczyną. Ten moment charakteryzuje milieu. Jak w termostacie; ogrzanej puszce bakteryologa, rozmnaża się hodowla drobnoustrojów, tak w tej atmosferze nie mogą nie rozbudzić się wszystkie pół-świadome myśli i uczucia, złączone z „ludem". Rozwinąć się mogą w całej pełni, bo podsyca je nie wrażenie chwilowe, doraźne, lecz nastrój całej długiej nocy weselnej; dojść mogą do silnego natężenia, bo podniety dostarcza weselny wir wśród muzyki, kieliszków i tańca.

Akt I przedstawia „środowisko": przesuwa w szeregu scen miłość państwa młodych, dworność i rześka tęgość chłopów, ożywienie nerwowe zaproszonych literatów i artystów. W akcie II z pierwiastków psychicznych, unoszących się ponad konkretnym obrazem i bezpośrednią scenerya, poczynają formować się jakby zasadnicze typy zamyśleń i marzeń. Zamyślenie odsłania grozę upadku, wstyd poniżenia, niepewność jutra (scena ze Stańczykiem); marzenie stawia przed oczy dnie dawnej chwały i potęgi narodowej, zwycięską siłę na połach grunwaldzkich (scena z Rycerzem czarnym). Ponad świadomość ciężkiej teraźniejszości, przez pamięć wielkiej przeszłości, tęsknota wyciąga ramiona, wytęża wzrok w przyszłość. I teraz, w podnieconem uniesieniu chwili, zamąconem przelotnie bolesnemi wspomnieniami (scena z Hetmanem i scena z Szelą), skupiają w jedno ognisko wszystkie atomy wrażeń i wzruszeń, wirujące na weselu, a z wszystkich tych wrażeń i wzruszeń rodzi się wiara w chłopa-kosyniera (scena z Wernyhora) i w rozcięcie kosą gordyjskiego węzła „kwestyi polskiej" w Europie. W akcie III podniecenie ucisza się w znużeniu, a zarazem mija ułuda - lecz nie ginie; owszem, wciela się poza myślą w samodzielny, realny byt. Gdy przedtem rzeczywistość uniosła się nad ziemią, teraz na ziemię schodzą złudzenia. Wizya rozgorączkowanego mózgu staje się prawdą; poeta nie pozwala zniknąć ostatecznej myśli, zrodzonej w porywie uczucia: każe jej zamienić się w żywe ciało, daje jej kształt i ruch, kości i muszkuły, ma okrucieństwo zmusić ją, aby wstąpiła w szranki czynu - czynu, do którego jest niezdolną.

*

Dramat Wyspiańskiego jest jakby wędrówką duszy polskiej z wyciśniętym na niej wizerunkiem kosyniera. Rozgrywa się cały w sferze pojęć i uczuć, jakie budzi polska „kwestya chłopska" na tle porozbiorowej psychologii narodowej. Nie zawiera zatem żadnej tendencyi ludowej lub anti-ludowej, politycznej lub społecznej, bo nie zajmuje się chłopem realnym, lecz abstrakcyjnym procesem psychicznym. Jest to w literaturze ostatniej doby najbardziej bezwzględna rewizya jednego z ideałów okresu romantcznego.

 V.

Jako dzieło twórczości artystycznej, poczęte i przeprowadzone w formie scenicznego utworu, jest Wesele dramatem sui generis. Fakturę ma niezwykłą, odrębną, bo siłą wewnętrznej konsekwencyi nową musi być zewnętrzna technika teatralna dramatu, którego kompozycya jest ideową konstrukcyą, a aktorami i czynami są myśli i uczucia, wyobrażone w widomych kształtach. Inny, niż zazwyczaj materyał, inny zatem układ, inna budowa sceniczna dramatu.

czas4 Recenzja prapremiery Wesela Stanislawa Wyspianskiego z 1901 roku - autor - Rudolf Starzewski

We wstępie (akt I) obraz rzeczywistego wesela, naszkicowany rysami miłości państwa młodych. Goście weselni przesuwają się w ruchu przypadkowym, dowolnym, jak przypadkowym jest tok ich myśli, wchłaniających jednak zwolna wrażenia chwili, jak dowolnym jest bieg ich uczuć, popychanych jednak nieustannie w jednym wspólnym kierunku pod wpływem miejsca i wyjątkowego otoczenia. Sąsiedztwo izby tanecznej czyni ten ruch prawdopodobnym, a więc estetycznie uprawnionym, w prostocie zaś wykonania jest prymitywność, granicząca z wyrafinowaniem. Pstre tło weselne oddaje nadto usługę jakby termometru, pokazującego temperaturę nastroju. Dlatego „goście" przewijają się także przez akt II i III, w drugim charakteryzując najwyższy punkt podniecenia, w trzecim senne znużenie i oszołomienie.

W akcie II rozpoczyna się a k c y a: stopniowy, coraz szybszy rozwój zbiorowego procesu psychicznego. Rozpierzchnięte zamyślenia i poczucia zbiegają się w szereg oddzielnych stanów psychicznych, w główne typy, których charakterystyka staje się tem intenzywniejszą, gdy wciela się w postaci, wyryte przez historyę i poezyę w każdej polskiej wyobraźni (Stańczyk - krytyczne Zwątpienie i Niedola Rycerz czarny - poetyczna Wiara i Chwała; Hetman i Szela - brzemię win na drodze ku Przyszłości). Jaskrawe kontrasty między tymi typami myśli i uczuć, ścierają się w duchowy konflikt dramatyczny, który z konieczną logiką zdąża do wyniku, do wytworzenia ostatecznej sumy, konkluzyi, punktu kulminacyjnego (polska Przyszłość - Wernyhora, Pan-Dziad, szlachcic-chłop, chłop-kosynier). Skupione w jedno ognisko wszystkie myśli i uczucia wybuchają wreszcie (akt III) katastrofą: zamierają w tragicznym rozdźwięku między urokiem złudnego ideału a niemocą i niezdolnością do życia urzeczywistnionej mary (scena ostatnia: „Ostał ci się ino sznur").

Akt I jest dramatyczną statyką dusz, akt II dynamiką i analizą, akt III syntezą, skupiającą wszystkie składniki w jednej przewodniej idei. Akt I podmalowuje tło; akt II natęża kolor tła i kładzie na niem, jak w impresyonistycznym obrazie, kontrastowe plamy barwne; akt III przyćmiewa tło, „tonuje" kolorowe plamy i zlewa je w jednolitą kompozycye.

Was ich besitze, seh'ich wie im Weiten, und was verschwand, wird mir zu Wirklkhkeiten... Figury i sytuacye sceniczne stały się tylko znikomymi znakami, jakby przeźroczem. Po za tem przeźroczem dopiero rozgrywa się właściwy dramat: nie na scenie przed zmysłowemi oczyma, lecz w innym teatrze, szerszym, głębszym, wspanialszym - przed oczyma duszy. Dramat to prawdziwy, więcej niż realny, bo w idealnych ramach zdolny zamknąć bezmierny niemal obszar faktów realnych; dramat wstrząsający, bo bohaterem cały naród, a walka toczy się o najdroższe ideały, wrosłe w mózg i serca polskie; dramat, wypełniający jeden, jedyny od czasów Arystotelesa kanon dramatyczny: budzić grozę i litość.

*

Czy jednak taki dramat ideowy może się pomieścić na deskach scenicznych? Czy da się wtłoczyć między płótno kulis i tekturę dekoracyi? Czy ma warunki bytu w teatrze, gdzie panuje żywy człowiek, wola i czyn? Dla wyjaśnienia - przedewszystkiem: co to jest teatr? Z wielu definicyj, jedną z najtreściwszych a przedmiotowych daje Faguet: Le Theatre est un art, qui se propose de peindre la vie humaine, ayant pour moyen d'execution des hommes vivant d'une vie d'emprunt devant d'autres hommes assembles pour les voir. - Racyą bytu, istotą, celem jest więc: „odmalować życie ludzkie". - A co „maluje" życie ludzkie? - pyta dalej krytyk. - Naturalnie, czyn. - Zapewne; ale czy czyn jest istotnie treścią życia ludzkiego? Czy nie jest raczej tylko jego ostatnim wyrazem, końcowym rezultatem, widomą konsekwencya? Człowiek żyje właściwie w swoich uczuciach i myślach, wierzeniach i przesądach, namiętnościach i pragnieniach, radościach i smutkach: to jest treść życia człowieka, a wszystko inne następstwem. - Tak jest. Czyn kreską - dusza obrazem; czyn oderwanem słowem - dusza pełnem zdaniem; czyn refleksem - dusza ogniskiem. Dlatego też i w teatrze, który ma „malować życie", nowoczesny problem streszcza się w zagadnieniu: czy i o ile przewagę dać czynom lub duszy - a nowoczesna ewolucya dramatyczna rozgrywa się w przeciwieństwie między teatrem realistycznym a idealistycznym. Pierwszym kompromisem był w ostatnich dziesiątkach lat teatr psychologiczny, który wspiera się wprawdzie na czynach, lecz usuwa je na drugi plan, kładąc przeważny nacisk na tych czynów pobudki i sprężyny. Jest to zatem jakby udramatyzowany komentarz czynu. Potężniejszą, główną dźwignią nowego kierunku stał się dopiero Ibsen, obejmujący realne prądy życia indywidualnego i społecznego w poetycznych symbolach. Cała jednak ta ewolucya rozstrzyga się nie tyle w dziedzinie zasad, ile w zakresie środków, w szukaniu dróg, nowej techniki dla nowych pojęć artystycznych, dla nowej idei dramatu.

Droga ta nie jest łatwa, ani ukończona. Dotychczas pokrywa ją stos zdemaskowanych kabotyńskich kuglarstw i zmarnowanych szlachetnych wysiłków. - Za wzorem Hauptmanna wybujał zwłaszcza t. zw. dramat fantastyczny, który formalnie tylko upraszcza zagadnienie; nie obala przeszkód, lecz je wymija, zastępując nastrój i poezyę sztucznemi efektami świateł, dekoracyi i maszyneryj. Jedną z najcelniejszych zasług Wyspiańskiego jest właśnie to, że w Weselu stworzył dramat skrajnie idealistyczny, a zamknął go w czterech prostych ścianach izby z heblowanemi stołkami, zachowując nawet klasyczną jedność miejsca i czasu; że wywołał muzykę dusz, nie uciekając się do orkiestry i „duchowych" pantomin. - Lecz mimo to wszystko, droga nie stoi jeszcze otworem; jest wyłom, lecz leży jeszcze nieusunięty gruz. Nie brak wątpliwości; dużo szczerb podlega krytyce. Dość przytoczyć jeden punkt, widoczny w Weselu: Sztuka ta rozsnuwa się w liniach psychicznych, idealnych - z temi liniami jednak n i e pokrywają się żywe, doraźne wrażenia zmysłowe oczu. Ponieważ zewnętrzna budowa nie „przystaje" do wewnętrznej (jak zresztą zazwyczaj i w życiu), przeto na scenie tworzą się dwa rozbieżne szeregi wrażeń: zmysłowy i umysłowy. - Skutek jeden: że wzrok utrudnia patrzenie w głąb, a chcąc patrzeć w głąb, nie można przecież zamknąć oczu - drugi ten, że albo trzeba zgodzić się z rezygnacyą na trochę bezładne odczucie i sugestyę poezyi, albo też, chcąc w całej pełni wmyśleć się i wczuć w logikę dzieła, trzeba natężenia inteligencyi, kombinacyi, krzyżującej bezpośrednie odczuwanie - trzeba wysiłku, którego w historyi dramatu nie wymaga żadne dojrzałe, skończone dzieło artyzmu.

Dzieło takie dotychczas nie powstało; dotychczas typ dramatu idealistycznego nie jest stworzony. Prawa do bytu nie odbierze mu żadna krytyka, ani żadna „reguła" estetyczna; ale prawo to i ten byt zdobyć mu mogą tylko talenty twórców, a sankcyę dać - arcydzieło. Arcydzieło to może być innem, niż te, które są w skarbcu literatury dramatycznej, a mimo to znaleść dość miejsca w teatrze. Bo scena teatralna jest szersza, niż się pozornie wydaje. Pomieściła ona tak różnolitą twórczość poetów, iż nie można przesądzać szlaków przyszłego rozwoju. Dość przytoczyć trzy, tak rozchodzące się, tak odmienne, a klasyczne typy teatru europejskiego: teatr grecki, teatr Aischilosa, Sofoklesa, Eurypidesa - prawie bez akcyi (Edyp w Kolonie), bez zaciekawiania intrygą (treść nieraz zapowiadana w prologu), poruszający się rytmicznie w czystych liniach jakby ożywionej płaskorzeźby; teatr angielski, teatr Szekspira - barwne, zgiełkliwe malowidło życia ludzkiego, z charakterami zawiłymi, z historycznem tłem, z psychologiczną i filozoficzną głębokością; teatr francuski, teatr Corneille'a i Racine'a - abstrakcyjny, logiczny, jednolity, oratorski i dydaktyczny. - Czyż to rozległa skala, nie różnorodne typy? Zbadał je wszystkie wiek XIX, zanalizował, sklasyfikował, pojął i odczuł - lecz czy wiek XX zdoła przemówić własnym językiem, własną formą. Klaczko w przepięknym ustępie, pisząc (Jules II) o w. XIX, że „nie miał równego sobie w gorliwości dociekań i uniwersalności myśli", dodaje z ironią filozofa, że w wielkiej sztuce to stulecie, „tak zdumiewające obszarem swoich badań i rozległością swoich wiadomości, nie zdołało jednak nic stworzyć, nic wydać, poza nienasyconą ciekawością, fatalnem znamieniem bezpłodności". Ironia jest bystra - lecz jak często zawodzą przepowiednie dróg, po których chodzi duch twórczy. Właśnie ten olbrzymi kapitał zrozumień XIX w, ta wzbogacona, spotęgowana, krytyczna świadomość zdaje się być jakby prologiem do rozwoju syntetycznej, idealistycznej sztuki wieku XX. Wszak zdobywa ona coraz wszechwładniej literaturę, malarstwo, nawet rzeźbę -więc może wtargnie także między płótno kulis i tekturę dekoracyi...

czas5 Recenzja prapremiery Wesela Stanislawa Wyspianskiego z 1901 roku - autor - Rudolf Starzewski

*

Wesele - jakakolwiek jego psychologia, czy idea - jest sztuką teatralną. A jakaż ta „sztuka"? Akt I. Toczy się kilkadziesiąt dyalogów między kilkunastu osobami: dyalogów de omnibus rebus, osób z miejsc różnych i sfer rozmaitych, zgromadzonych dowolnie pod jeden dach. Wchodzą albo z drzwi środkowych, albo z drzwi bocznych, bez żadnego uzasadnienia, prócz tego, że są „gośćmi"; wychodzą, krzyżują się, rozchodzą, bez żadnego powodu, oprócz tego, że dopowiedziały ostatni wiersz i ustępują miejsca innym. - Zapada kurtyna. - Dlaczego ta defilada figur, wyskakujących parami, jakby w szopce krakowskiej? - Kto one są? Nikt ich nie przedstawił, nikt nie objaśnił ich charakterów. Co zamierzają? Żaden się z tem nie zdradził. Gdzie zawiązek intrygi? Akt II. Metoda niezmieniona. Różnica tylko ta, że defilady są intermezzami. Przeważnie pustoszeje scena, na której kolejno pozostaje kilka osób samych, jak dla monologu. Wobec nich poczyna się znów inny pochód: figur fantastycznych z najrozmaitszych epok i lat, w najrozmaitszych strojach i kostyumach. - Gdzież akcya? Gdzie dramat? - Dopiero przy końcu II aktu słusznie zauważa panna Rachela, która „jakie tylko książki są, to czyta," że „jakby się coś zaczynało dziać." Jest to ostatnia scena bardzo długiego aktu - rozmowa gospodarza z Wernyhora. Akt III. Zawód. Znowu defilada, znowu dyalogi - aż wreszcie pod koniec sztuki kilka scen akcyi, którą przerywa nagle ostatni, malarski „żywy obraz."

 Oto mniej więcej bezstronnie powtórzona, „trzeźwa" krytyka praktyka teatralnego - odsłaniająca jeszcze jedną przeszkodę rozwoju sztuki idealistycznej w teatrze: silniejszą niż w innych działach artystycznych moc „konwencyi." Konwencya ta w teatrze tak jest potężną, że rozsądny Sarcey definiuje wprost sztukę dramatyczną, jako „zbiór konwencyj, dających w teatrze złudzenie prawdy." Ta, która obecnie jeszcze przeważa, wykształciła się na sztukach Dumasa i Augiera, a zwłaszcza Scribe'a i Sardon, opiera się zaś przedewszystkiem na t. zw. Timeret de cunosite. „Interes" ten charakteryzuje dobrze jeden z krytyków francuskich w przemowie autora sztuki do widzów w sali: „Oto osoby w sytuacyi bardzo zawiłej. Jak z niej wyjdą, nie powiem, owszem, będę się starał wszelkiemi siłami, abyście się tego nie domyślili - aż w końcu sam wszystko wyjaśnię." Taka jest obecna „konwencya," żyjąca w nieświadomej tradycyi, mimo, że przeminął Scribe i Sardou. Każda jednak konwencya, jakkolwiek ma tę wielką siłę, że za nią jest przez lat kilkadziesiąt każdorazowa opinia publiczna, ma także tę zaletę, że, jak każdy układ, jest zmienną. Ma także drugą: że wprawdzie strzeże jej ostro publiczność, lecz ostatecznie stwarzają i narzucają ją talenty dramatyczne. Jeśli zatem teatr idealistyczny utrzyma się i rozwinie - wraz z nim pojawi się nowa konwencya. Obecnie uczynić trzeba tylko jedną, przedwczesną, lecz krytyczną uwagę: że nie można oceniać teatru idealistycznego według konwencyj teatru realistycznego, jak nie można oceniać pejzażu mistrzów japońskich według pejzażu mistrzów holenderskich, Wagnera według Rossiniego, ani Szekspira według Corneille'a.

*

Wesele streszcza wszystkie charakterystyczne znamiona twórczości Wyspiańskiego, jako poety. Twórczość ta płynie: z niezmiernie natężonej inteligencyi krytycznej i z ogromnie czynnej, samodzielnej, nerwowej fantazyi. Te dwie cechy tłumaczą i umożliwiają główny, istotny rys Wyspiańskiego poezyi: improwizacyę, wyrzucaną jak lawa, a zarazem płynącą i tężejącą w żłobiskach krytycznej świadomości. Każde dzieło Wyspiańskiego powstaje jak te różnobarwne, poskręcane, lśniące kielichy i kwiaty, jakie na Murano biegłe dłonie rzeźbią i modelują ostrzem dłuta w płynnem szkle, wśród iskier, w blasku rozpalonego ogniska. - Poezya Wyspiańskiego podobnie ma w sobie zastygły żar, a zarazem jakby szklisty, zimny połysk krytycznej, objektywnej inteligencyi.

Krytycyzm i fantazya, mózg i nerwy, złożyły się na Wesele: dzieło okrutne, jak żrący rozczyn chemiczny, a drgające, jak płomień, rozżarzonym patryotyzmem, dzieło oryginalne i indywidualne artysty na wskroś, dzieło - mojem zdaniem -najwybitniejsze w twórczości młodego pokolenia polskich poetów dramatycznych.

-----------

 Sprawozdanie niniejsze, zamierzone z początku jako dorywcza recenzya z przedstawienia sztuki, rozciągnęło się z powodu tematu w dłuższe studyum. Stała się przez to ujma dla artystów, którym dopiero dzisiejszy feljeton przynosi gorące słowa uznania, należne im od przeszło tygodnia. Uznanie to należy się istotnie w całej pełni: znać było w całym ensamblu przejęcie się dziełem, artystyczny zapał dla niepospolitej sztuki. Widoczne to było choćby z tego niezwykłego faktu, że podczas premiery, kiedy po akcie III publiczność pozostawała na sali i biła autorowi huczne oklaski, artyści, zgromadzeni na scenie w ostatnim obrazie, poraz pierwszy tego wieczoru „wyszli z roli", przyłączając się do owacyi. Podkreślić także trzeba, że rzadko kiedy - rzecz zrozumiała wobec tempa repertoaru - wiersz trudny, o zmiennym rytmie, umiany był i mówiony tak płynnie; - dalej, że etnograficzny charakter wsi i chłopów krakowskich zachowany był wybornie, jak dalece, że i artystki nie wahały się wdziać swobodnych gorsetów wzorzystych a pantofelków zastąpić ciężkimi butami; wreszcie, że gdy zwykle pierwsze przedstawienie jest z powodu podniecenia nerwowego najlepsze, „ Wesele" grane jest wciąż równie starannie, owszem, z ról, podjętych nie dość trafnie, ustąpiły przeważnie bardziej rażące usterki.

Ensemble był zupełnie dobry, składny. Zasługa to zwłaszcza niestrudzonej gorliwości i wytrawnej rutyny reżysera p. Walewskiego. Być może tylko, że me dość była zaznaczona ogólna różnica nastrojów, odmiennych w każdym akcie; są to jednak subtelności, dla których przeprowadzenia potrzebaby zdwoić i potroić liczbę prób. Cały poziom przedstawienia, jak niemniej szybkie wystawienie orygnainego dzieła poety, świadczą, że obecna dyrekcya ma świadomość literackich, artystycznych zadań teatru krakowskiego, że dobrą tradycyę utrzymuje i w dalszym postępie rozwija.

„Wesele" ze stanowiska teatralnego ma tę niezwykłą cechę, że nie posiada ról „głównych"; wszystkie są prawie równe, wszystkie prawie jednakowych rozmiarów i znaczenia, a ponieważ ról tych jest dużo, tak, że w sztuce występuje wprost niemal cały personal, przeto także „młodsze siły" otrzymały szersze pole popisu i większą, niż zazwyczaj, część odpowiedzialności za jakość przedstawienia. Trzeba przyznać, że dopisały, że rozgorączkowanem naprężeniem nerwów, wniosły w miejsce niezbędnej, lecz zwykle chłodniejszej rutyny, dużo uczucia, a tem samem nastroju.

Państwa młodych grali p. Siemaszkowa i p. Zawierski. P. Siemaszkowa, jak zawsze, wyborna w rolach chłopskich, zmieniła nieco intencye autora, gdyż była raczej wiejską kobietą, niż wiejską dziewczyną; miała wskutek tego za wiele śmiałości i rubaszności, a za mało wdzięku i „dziewczyńskiej" powściągliwości. P Zawierski utrzymał z niezwykłą wprawą i werwą ożywienie, ruchliwość i zapalność pana młodego. Gospodarzem, umiarkowanym, spokojnym, a uczuciowym był pan Sobiesław. P. Pawłowski (poeta) okazał jeszcze raz bardzo dużo warunków scenicznych, zapewniających mu przyszłość, bardzo dużo prawdziwego talentu i - maniery. Głos, świeży i silny, naginał się do brzmień, wzorowanych wprost na Żelazowskim, lub przyciszał go umyślnie, aby potem - jak śpiewak wysokie „c"-uwydatnić jego moc i dźwięk. Uwaga, aż nazbyt surowa, lecz tylko dlatego podniesiona, że p. Pawłowski, gdy oduczy się prowincyonalnych nawyczek, nauczyć się może wszystkiego i zająć wybitne stanowisko. - P. Sosnowski filozoficzną rozmowę ze Stańczykiem akcentował z trafnością, świadczącą o artystycznej inteligencyi. Z innych „gości miejskich" wyróżnić należy role trzech panienek: ciętość Klary (p. Morska), wdzięk Anieli (p. Jutkiewiczówna) i rezolutność Krzysi (p. Czechowska). Radczynię grała z wytrawną poprawnością p. Wolska. - Wyborny epizod dał p. Walewski w scenie pijanego podniecenia (Nos). - Z ról chłopskich prym należy się p. Kotarbińskiemu, jako swobodnemu, tęgiemu, zamaszystemu Czepcowi. Trudne zadanie miał p. Mielewski (Jasiek) w ostatniej scenie, wymagającej ogromnie wiele rutyny. Trudności pokonał, a z zadania wywiązał się bez zarzutu. -Jako Marysia wysunęła się na pierwszy plan p. Walewska, zwłaszcza w ślicznej, a nie łatwej scenie z Widmem. Artystka miała wzruszający, rzewny sentyment i okazała niezwykłe poczucie nastroju. Z roli tej widoczne, że p. Walewska ma warunki i talent przedewszystkiem w zakresie litycznym o odcieniu charakterystycznym, zwłaszcza w modernistycznym repertuarze, wymagającym wrażliwości, spokoju i skupienia. - P. Popławski przezwyciężył umiejętnie niepowszedni problem: rolę, polegającą jedynie na intonacyi głosu (Chochoł). Żywe sylwety dali także pp. Senowska, Wojnowska, Wójcicka, Sokoliczowa, Gawlikowska, Micińska i Janikowska (mała Ista); niemniej pp. Stępowski (dziad), Zelwerowicz (drużba), Przybyłowicz (żyd), Wójcicki (ojciec) i Segeny (Wojtek). Osobna wzmianka należy się roli Racheli, może najlepszej z dotychczasowych p. Sulimy, roli, postawionej z taktem i trafnością, a przeprowadzonej bez skazy i wady.

Figury fantazyjne grane były doskonale. P. Zawadzki (Wernyhora), p. Kamiński (Stańczyk), wywołali silne wrażenie stworzeniem typów i wyrazistą stylową charakterystyką. P. Puchalski budził grozę w roli Upiora, a p. Senowski sprostał dzielnie roli Hetmana. Niespodzianką był występ p. Sarnowskiego w roli Widma. Jest to artysta, który podobno od początku roku poraz pierwszy dopiero doczekał są roli - i zagrał ją z takiem uczuciem, dobrą dykcyą, miarą i poczuciem artystycznem, że zasługuje na uwagę i pamięć dyrekcyi.


Rudolf Starzewski

 

Opracowano na podstawie krakowskiej gazety Czas z roku 1901 z dni: 19-21.03, 23.03 oraz 26.03.