Share

Kto z umarłymi mak
spożył, z ich plonu,
zachowa najlżejszy takt
i tchnienie tonu.

„Sonety do Orfeusza”, Księga I.9.

 

(...)

Horacy nazwał Orfeusza świętym tłumaczem bogów, co dzikich ludzi powstrzymał od mordu i od spożywania wstrętnych pokarmów:

Silvestres homines sacer interpresque deorum
Caedibus et victu foedo deterruit Orpheus.

(Ep. ad Pisones. De arte poetica w. 391-392).

W zuchwałej intencji powstrzymania dzikich ludzi od mordu pisałem wiele z zamieszczonych tu utworów, i tytuł odczytu radiowego sprzed 32 lat wybrałem już wówczas dla mającego kiedyś ukazać się zbioru rozpraw i artykułów. Proszę jednak nie obwiniać mnie o pychę utożsamiania się z samym Orfeuszem, „świętym tłumaczem bogów”. Nigdy mi na myśl nie przychodziło - mym wątłym ,,śpiewem” powstrzymywać dzikich ludzi od spożywania wstrętnych pokarmów. Nawet nie w tzw. cafeteriach nowojorskich. I nie ma chyba pychy, gdy powiem, że wszystko co w nas jest śpiewem, wywodzi się choć w części z Orfeusza i jego tragicznego bojowania z śmiercią. Wszystko, lub niemal wszystko co wierszem lub muzyczną frazą płynie z ludzkich ust, lub rękami ludzi dobywane jest z instrumentów i dociera do ludzkiego ucha. Rilke, w „Sonetach do Orfeusza” niejednokrotnie egzaltował misterium ust i ucha. N.p. w 15-tym sonecie księgi II:

O Brunnen Mund, du gebender, du Mund
der unerschöpflich Eines, Reines spricht

a potem:

Dies ist das schlafend hingelegte Ohr
Das Marmor - Ohr, in das du immer sprichst

Ein Ohr der Erde

Tak tedy przepaść dzieląca tenora od Rilkego może była tylko pozorna. Bo i tenor potrafi niekiedy zbliżyć ziemię do nieba. Ale nie musi, jak poeta, wydzierać piekłu jego tajemnic i nie musi wałczyć z śmiercią. W naszych czasach, poeta, prawy lub nieprawy potomek Orfeusza, ma jednak zadanie ułatwione. Jego piekło przeniosło się na ziemię, i roi się od żywych ludzi i rękami człowieka ożywionych machin. Demony zaś i bestie, które usiłujemy poskromić pieśnią, mieszkają w każdym z nas. Dlatego może śpiew dzisiejszych poetów brzmi tak chropowato, niemelodyjnie, i z trudem wchodzi do ucha.

Lecz bądźmy skromni w naszych wymaganiach. Byle by tylko

zachować najlżejszy takt
i tchnienie tonu.

New York, Riverdale, w październiku 1962
Józef WITTLIN

Ze wstępu do: „Orfeusz w piekle XX wieku
Instytut Literacki, Paryż, 1963
Biblioteka „KULTURY”, Tom LXXXV