Share

Akcja bojkotowa, skierowana przeciw hitlerowskim Niemcom za gwałty, jakich na polskich obywatelach Rzeszy dopuszcza się przebudzona dzicz w brunatnych koszulach, ma sens, jeśli chodzi o towary, dające się zastąpić innymi, natomiast pozbawiony sensu wydaje mi się bojkot książek niemieckich, proklamowany przez pewien odłam naszej młodzieży razem z bojkotem gazet i czasopism. Młodzieży, która tak pochopnie garnie się nie tylko do bojkotu, ale i do samowolnych konfiskat słowa drukowanego w języku wroga, nie posądzam o to, że przed dojściem Hitlera do władzy zaczytywała się zbytnio książkami niemieckimi. Chyba że były to powieści kryminalne. Jeśli jednak były to inne książki, młodzież ta przekonałaby się rychło, że prawie cała współczesna literatura niemiecka, zwłaszcza tzw. literatura piękna, jest, jak do tej pory, usposobiona nieprzyjaźnie do wszelkich nacjonalizmów, nie wiele ma wspólnego z butą germańską, i dlatego właśnie, jak również przez swój wysoki poziom intelektualny i etyczny, stanowi dla hitleryzmu kamień obrazy. Wydaje mi się nadto, że żadnej dobrej książki nie można zastąpić inną. Literatury żadnego kraju nie zastąpi literatura innego. To nie pomarańcze, nie chemikalia i nie prezerwatywy, tylko Thomas i Heinrich Mannowie, Alfred Döblin, Hermann Hesse, Kafka, Rilke, Roth i Ringelnatz, których nie da się zastąpić ani Gide’m, ani Duhamelem, ani Mauriac’iem, ani Joyce’em, Virginią Woolf, Huxleyem czy Aldingtoncm. Owszem, można nie dopuścić do Polski takich książek, jak „Das ist Polen” Oertzena, czy ,,O.S.” Bronnena, ale bojkot za to, że Hitler bije Żydów i chciałby Polsce odebrać Pomorze i Gdańsk, nie jest żadnym odwetem.

 

Naturalnie książka jest też towarem, za którego sprowadzenie trzeba płacić. Jednakże przestając czytać dobre książki w języku niemieckim, większą szkodę wyrządzamy sobie niż niemieckim wydawcom. Eksport drogich wydawnictw niemieckich do Polski nie był zbyt duży w ostatnich latach. Prawie wszystkie głośniejsze dzieła beletrystyczne były tłumaczone na polski. Księgarze nasi sprowadzali mniej popularne książki z Niemiec głównie dla tzw. intelektualistów, którzy wypożyczali je przeważnie z czytelń publicznych. Przede wszystkim chodzi tu o dzieła, które ze względu na wysoki poziom literacki nigdy nie będą tłumaczone, np. powieści Kafki, Musila, Pontena, podobnie, jak żadnemu wydawcy u nas nie opłaciło się wydawać Prousta w tłumaczeniu. Wobec tego bojkotem książek niemieckich dotknięta byłaby u nas tzw. elita, czyli sfera, która swego stosunku do literatury jakiegoś kraju nie uzależnia od tego, kto tym krajem rządzi. Bojkotując wybitnych pisarzy niemieckich, czynimy właściwie to samo, co Hitler. W tępieniu produkcji niezależnych umysłów sprzymierzamy się z najczarniejszą, czy też najbrunatniejszą, a wrogą nam reakcją. Literatura niemiecka, ta, która się liczy w całej Europie, w całym cywilizowanym świecie, jest już dzisiaj przeważnie literaturą emigrantów. Thomas Mann przebywa w Szwajcarii, gdzie kończy nowe, trzytomowe dzieło o „Józefie i jego braciach”. Czytałem wspaniałe fragmenty tej biblijnej powieści, czekam z niecierpliwością na ukazanie się całego dzieła, i nie ma takiej siły, ani takiego Hitlera, który by mnie zmusił do wyrzeczenia się tej przygody. Gdzie znajduje się obecnie brat Thomasa Manna, Heinrich, słusznie uważany za wodza duchowego całej „lewicy” literackiej w Niemczech, nie wiem. Jeśli pozostał w kraju, z pewnością nie jest persona grata obecnego rządu. Döblin, Holitscher, Werfel, Arnold i Stefan Zweigowie, Wassermann, Roth, Feuchtwanger, Bruno Frank, Kesten, Else Lasker-Schüler, Alfred i Robert Neumannowie, Toller, Polgar, Emil Ludwig, Kisch, Rudolf Leonhard i wielu innych, czytanych w Polsce autorów, - to wszystko są Juda verecke! A Georg Kaiser, Fritz von Unruh, Walter Hasenclever, Leonard Frank, René Schickelé, Remarque, Gläser, Brecht już od dawna figurują na czarnej liście brunatnej reakcji jako pacyfiści, socjaliści, komuniści, liberałowie i w ogóle porządni ludzie. Jeden z najwybitniejszych pisarzy niemieckich jest obywatelem szwajcarskim (Hesse), bardzo wielu jest Austriaków, mnóstwo Czechosłowaków. Literatura w Niemczech ma dziś już swoich męczenników (Karl von Ossietzky, Gerhard Pohl). To prawdziwi klerkowie. Nie zdradzili wysokich wartości moralnych i intelektualnych. To postacie głęboko tragiczne: muszą być świadkami hańbienia kultury, w którą wierzyli i o którą walczyli do upadłego.

Dlaczego ich właśnie mamy bojkotować? Zwycięstwo Hitlera nad humanizmem, zdobyte pięścią, pałką i rewolwerem, jest w moich oczach dowodem upadku nacjonalizmu. Czy te wszystkie sztandary, swastyki, mundury i koszule nie są przypadkiem godłami niemocy i pustki?

Nie musimy powtarzać starych i wyśmianych błędów. Skoro już koniecznie chcemy robić głupstwa, róbmy głupstwa nowe i oryginalne. Ekscesy antyniemieckie w Łodzi potępiła oficjalnie „Gazeta Polska” z dn. 11 ub. miesiąca w bardzo mądrym artykule pod tytułem: „Niefortunne naśladownictwo”. Nie naśladujmy hitlerowców w „dawaniu upustu” naszemu oburzeniu na ich barbarzyństwo!

Kiedy wybuchła przeklętej pamięci wojna światowa, w wielu krajach zaczęto bojkotować sztukę i literaturę nieprzyjaciela, oraz udowadniać jej bezwartościowość. W tej haniebnej akcji celowali właśnie Niemcy i Austriacy. Po wojnie musieli się tego wstydzić i wypierać. W roku 1915, na początku wojny austriacko-włoskiej, musiałem przez cały semestr słuchać w uniwersytecie wiedeńskim uczonych wywodów pewnego profesora, który nie oszczędził sobie trudu wykazywania, że w całej sztuce włoskiej, w architekturze, rzeźbie i malarstwie nie ma w ogóle nic oryginalnego. Wszystko, jego zdaniem, przejęli Włosi od innych. Wspomnienie tego profesora-hofrata jest dla mnie tym bardziej przykre, że był on Polakiem, czego się zresztą wypierał. W tym samym uniwersytecie w Towarzystwie Filozoficznym, długobrodzi i siwi uczeni rozważali zagadnienie etyki państw i narodów. Po długich debatach, w których obficie nadużywano nazwisk takich jak Kant, Fichte, Nietzsche, doszło Towarzystwo do przekonania, że owszem, etyka ma zastosowanie w życiu narodów i państw, ale tylko państw centralnych: a więc Austro-Węgier, Niemiec, Turcji i Bułgarii.

Bojkot książek niemieckich w Polsce może w konsekwencji doprowadzić do tego samego obłędu. A więc znów „niefortunne naśladownictwo”. Wcale nie mam zamiaru propagować w Polsce literatury niemieckiej, ale za swój obowiązek w tej chwili uważam: przestrzec zdezorientowaną publiczność przed mimowolnym sojuszem z Hitlerem, największym wrogiem prawdziwej kultury. Księgarze warszawscy w strachu przed ewentualnym terrorem elementów, które i tak nie kupują żadnych książek, nawet polskich, zdjęli z wystaw wszystkie książki niemieckie. Mogą je śmiało z powrotem wyłożyć. Cieszące się u nas popularnością powieści niemieckie ani nie zagrażają Pomorzu, ani nie biją Żydów.

1933

Józef WITTLIN, Orfeusz w piekle XX wieku
Instytut Literacki, Paryż, 1963
Biblioteka „KULTURY”, Tom LXXXV