Share

W ostatnich latach przed wojną popularna była teoria, że sztuka stoi poza wszelką moralnością, a zadanie jej nie ma nic wspólnego z szukaniem prawdy. Osobliwie poezja miała być wolna od wszelkich hamulców etycznych i raczej służyć pięknemu kłamstwu, niż przykrej i nieponętnej prawdzie. Stanowisko to było zrozumiałe czasu pokoju, kiedy to drobne uchybienia przeciw etyce i moralności znajdowały w poetach raczej przyjaciół, niż wrogów i na ogół zbytnio ich nie interesowały. Przeważnie chodziło wówczas o tzw. „mieszczańską moralność”, nudną jak niedzielne popołudnie i pozbawioną przypraw, drażniących nozdrza fantazji.

 

Oczy poetów, znudzone tzw. „szarą rzeczywistością” chętnie grążyły się w pięknej dzikości fikcyjnych krajobrazów ułudy „kędy zapał tworzy cudy”, dusza bawiła się demonizmem grzechów i grzeszków, a poeci upojeni stworzoną przez siebie atmosferą kłamliwego zachwytu, rycerskim gestem rzucali rękawicę wszystkiemu, co im się nie podobało, choćby i największej cnocie. Kłamstwo ma często niepospolity urok, bywa czarujące. Jednak w wypadkach, kiedy narody się mordują, a światu grozi zagłada, kłamstwo ma czar płonącego Rzymu, a zachwycający się pożarem esteci, mają wartość śpiewających Neronów.

Józef WITTLIN, Orfeusz w piekle XX wieku
Instytut Literacki, Paryż, 1963
Biblioteka „KULTURY”, Tom LXXXV

fot.: Kolaboranci w reż. Piotra Ratajczaka, Teatr Kochanowskiego w Opolu