Share


1. Świat jest zbyt piękny, żebym nie odczuwał potrzeby uchwycenia go bezpośrednio, bez uciekania się do podstępów pisarstwa. Co roku myślę, że następnego roku znajdę sposób, i jestem zawiedziony. Ta tęsknota do wyjścia poza wymogi gatunków literackich jest może śmieszna, ale wydaje mi się czasem, że tylko ona potrafi zburzyć przegrody, zza których przez sekundę rzucamy spojrzenie na to, co nam ucieka. Każdy czuje dzisiaj, że literatura współczesna to nie jest to. Sukces książek popularyzujących fizykę, biologię, botanikę jest usprawiedliwiony, bo nie głosząc, że wprowadzają czytelnika wewnątrz stawania się, rozpętują marzenie, które wprowadza tam rzeczywiście.

2. Żyć na Zachodzie i przypatrywać mu się z ukosa. Dziwne doświadczenie, podobne do doświadczeń Hindusa czy Chińczyka. A jednak nie: nie jestem tutaj cudzoziemcem, pochodzę z prowincji europejskiej. Różnica pomiędzy tym, co mnie otacza, i moją prowincją sprowadza się do różnicy faz. Kiedy byłem mały, widziałem na wsi drewniane pługi i nad człowiekiem ukąszonym przez żmiję mruczano „zamawiania". Wiele lat później siedziałem naprzeciwko dyrektora państwowego domu wydawniczego i wszystko naokoło nas należało do państwa: budynki, fabryki, traktory, żmije i dusze. Dzisiaj, oglądając w Paryżu witryny księgarskie, próbuję określić czułość, gniew, przywiązanie i wrogość, jakie budzą we mnie te produkty myśli zmiękczającej. Zmiękcza, bo obraca swoje żądło przeciwko sobie, widząc w tym akt wolności. Wiem, że się myli. Nawet kiedy nienawidzi siebie najbardziej, nie uwalnia się od swego stylu; ten jest dla mnie dotykalny, jak suknia empire. Tylko umieszczając się poza obrębem pewnej cywilizacji odkrywa się gest dyktowany przez jej kostium. Nie znaczy to, że należy uciekać. Swift, odnajdując dystans (a więc wigor) w swoich Podróżach Guliwera, nie uciekał. Nie uciekało wielu innych.
Walka ze zmiękczeniem jest trudna, bo grzęźnie się niepostrzeżenie. Z chwilą kiedy zacznę myśleć o pisarzach z tych witryn, oddzielając ich od ich stylu, to jest kiedy przestanę zauważać jego piętno, będę zgubiony.

3. Z mojej odległej prowincji przybyłem do Aleksandrii. Mówią mi, że mam smakować słodycz ich jesieni. Przyjmują za pewnik zmierzch swego świata, podobnie jak ich dziadkowie przyjmowali za pewnik triumfalny marsz ludzkości ku demokracji parlamentarnej. Nie chcą żyć. I naprawdę żaden żywy organizm nie zniósłby trucizn, które połykają co dzień. Ale co pan nazywa trucizną? Właśnie: próbować odpowiedzieć na to pytanie znaczy chcieć żyć.

4. „Całe życie badał, podpatrywał sekrety wielkich mistrzów malarstwa, po to tylko, żeby namalować strumień koło swojej rodzinnej wioski i dwie gęsi na brzegu”.
Gdyby tak powiedziano o mnie, byłbym zadowolony, bo znaczyłoby to, że czegoś się nauczyłem. I byłoby mi trochę smutno, bo ten powrót do strumienia i gęsi dowodziłby, że nie zyskuje się niczego przez techniczną umiejętność, poza szacunkiem dla prawideł gry. A ja, wyruszając w moją podróż, miałem nadzieję odkryć ukrytą formułę pozwalającą przeniknąć w sam ogród rzeczywistości, tam gdzie prawidła gry są już niepotrzebne.

[1954]

Czesław Miłosz, Życie na wyspach