Share


Kultura Nr 6 (200) / 1964Europa tak dosięgła mnie nowością swojej fazy, spostrzeżonej nagle, że ze sprzecznych uczuć, z gniewu na jej zadowoloną z siebie łapczywość, z żalu nad rosnącym dystansem pomiędzy jej bogactwem i ubóstwem krajów niedorozwiniętych czy zahamowanych, z odrazy i przywiązania i podziwu, zostało tylko przyznanie się do nierozumienia. W czym nie byłem wyjątkiem, bo każdy z moich zachodnio-europejskich przyjaciół też przyznaje się, że nie rozumie, jakby wszystkie definicje których nauczyliśmy się pękały, rozsypywały się i czas przyśpieszony ukazywał ich staroświeckość. A co jeżeli Europa, żrąc, pijąc, rozmnażając się, wyładowując swoją brutalność na szosach, raz jeszcze wyobraża nie co innego jak ludzkość, skoro upadły wszelkie ideologiczne alibi, i buntując się przeciwko niej zdradzamy się z tym po prostu, że to ludzkość nam nie odpowiada? Stawia się datę i widzi się, że wszystko co się dzieje powinno być zatytułowane: dwadzieścia lat później. Protestuje się: nie chcę zapomnieć. Ale zaraz nawiedza nas myśl, że jest to poszukiwanie jeszcze jednego alibi.

Czy wolno, pytałem, starać się odgadnąć, jak to umiemy, z literatury, sztuki, teatru, filmu, stan duchowy Europejczyka, czy też, co może wychodzi na jedno, współczesnego człowieka? Na ile te znaki, symbole, są miarodajne? Widziałem Madeleine Reynaud grającą jedyną rolę w sztuce-monologu „Ah les beaux jours” Beckcketta. To może nie Ajschylos, jak twierdziła część paryskiej prasy ale rzecz jakoś ważna. Przez to, że czasowi życia ludzkiego odjęty jest tam wszelki walor i czas równa się jedynie (jedynie, oto szczególność) sile niszczącej zanurzającej nas w śmierć. Jeżeli tak, to czyż „teatr absurdu” nie jest podszewką europejskiej spożywczej łapczywości, byle zdążyć, zanim każdego (czy cywilizację?) pochłoną lotne piaski śmierci? I czy przypadkiem dosięganie nihilistycznego dna nie godzi się znakomicie z nową lodówką i nowym samochodem? Gdyż zstąpiwszy na dno niepostrzeżenie przechodzi się niejako na drugą stronę, słońce świeci, biologia w nas działa, po co ten krzyk, ostatecznie jest całkiem znośnie. I przypomniało mi się „życie w spokojnej desperacji”, jakie, licho wie czemu, Thoreau obserwował naokoło siebie w Nowej Anglii lat czterdziestych ubiegłego wieku.

Ale co innego mnie jątrzyło. Pływając w morzu koło marmurowych skał włoskiego wybrzeża w pobliżu Carrary, chodząc uliczkami Florencji, wędrując przez jesień winnic w krajobrazie San Giminiano i Sieny, szukałem swojej tożsamości, swego pokrewieństwa z młodym człowiekiem, który był na tych szlakach nawet nie dwadzieścia lat ale ćwierć wieku temu. I męcząca nieprzejrzystość nowej Europy (bo to mnie ścigało, nie Giotto i Massaccio) nakładała się na własną moją nieprzejrzystość, zmuszając do jakiejś wymykającej się słowom konfrontacji. Kim jestem? W jakim stopniu moja pretensja do nich, zachodnich Europejczyków, jest powtórzeniem tego samego, co dokuczało niegdyś młodemu przybyszowi z Polski, który chciał psa uderzyć, więc zaraz taki czy inny ideologiczny kij znajdował? A jeżeli tak, to nie o dzisiaj powinnienbym rozprawiać, raczej o wczoraj. Nie tylko o sobie wczorajszym. Kiedy jesteśmy bardzo młodzi, wydaje się nam, że różne dziwne przypadki zdarzają się tylko nam i ponuro rozmyślamy nad wyjątkowością naszego losu. Później, niestety, coraz więcej z tego co w naszym losie uważaliśmy za ściśle własne, odsłania swoją typowość i powszechność. Tak i ja, przesuwając się od pytania kim jestem do pytania kim byłem, coraz częściej zastanawiałem się nad historią, geografią etc. która mnie wydała. Ów młody człowiek we Florencji, Sienie, Assyżu, skądś się przecie brał, z kimś się porozumiewał, gdzieś tam, poza strefą dzisiejszej zachodniej Europy, zdawał maturę i studiował na jakimś uniwersytecie.

Próbowałem już kiedyś tamten kraj, międzywojenny, rozgryzać i nawet opisywać, ale nigdy mi się to nie udawało. Nie-do-rzeczywisty, jak dramaty Słowackiego, co to niby są a właściwie ich nic ma. Ale nie mnie jednemu to się nie udawało. I co tu gadać o dwudziestoleciu Polski Ludowej, które zaraz wypełni głośniki dziennikarskim obrzędem, jeżeli przygotowanie i wyjaśnienie jest gdzie indziej, w dwudziestoleciu zamierzchłym, ledwo tkniętym słowami. Statystyki, socjologiczne przekroje, pamiętniki ministrów czy bezrobotnych są mało przydatne w naszej konfrontacji z szerokim światem, nie dotykają substancji. O, substancja, pana Paska i Podkomorzego i Konrada i Cześnika i Rejenta i Króla Ducha, jak ją uchwycić? Tak silne piętno, na całe życie głupich Jasiów z bajki, którzy dostali się za góry i morza, podczas gdy ich mądrzejsi bracia utonęli, piętno, ale jaki, jak wyglądający, był moment jego kładzenia? Od tamtych chwil w szkole, w gimnazjum imienia króla Zygmunta Augusta w Wilnie, kiedy wchłaniałem tę substancję jak naturę, do dziś, jaka odległość, a czy nauczyłem się wydzielać, nazywać, elastyczne, śliskie jak węgorz coś jednej cywilizacji? Na pewno nie. I przyznając się, że zachodniej Europy nie rozumiem, przyznaję się też, że moich buntów przeciwko niej też nie rozumiem, tych niby u Mickiewicza ostrzeżeń, że przyjdzie gadzina kiedy będą żarli swoje złoto i banknoty, a nikt im nie poda chleba i wody, co się na ogół nie sprawdziło.

Forma

Zatrzymywałem się nieraz we włoskich zaułkach gapiąc się na oświetlone wnętrza stolarskich warsztatów, na ruchy hebla (ruch kosiarza, ruch wioślarza pchającego łódź skrętem jednego wiosła) albo na witrynę wyciętą w ciemnym murze, za którą pięć dziewcząt szyło pod nadzorem wąsatej matrony. Popasałem w wielu pizzeriach, trattoriach i Hótels du Commerce. Że gdzieś u góry trwało państwo, włoskie czy francuskie, nie było tak ważne, to są, jak wyraził się Paweł Valćry, choses vagues. Natomiast Włosi i Francuzi najniewątpliwiej istnieli i istnieją, miliony ich, krzątające się, zabiegliwe, skrzętne, gestykulujące, wrzeszczące, umiejące wziąć co się da z drobnych radości, z dowcipu, ze szklanki wina przy pracy, bystre, twarde, przebiegłe. Oni to, rzemieślnicy, robotnicy, sklepikarze, szoferzy ciężarówek (patrz w południe na szosie gdzie stoją ciężarówki, znak, że tam znajdziesz dobre jedzenie i dobre wino), właściciele knajp obsługiwanych przez rodzinę są krajem rzeczywistym, a ich styl życia, ich way oj life, nie jest kwestionowany przez nikogo, powszechny, narodowy, zagarniający, z drobnymi modyfikacjami, także społeczne szczyty, razem z ich, przynajmniej dla mnie, obrzydliwością. Zawsze byli krajem rzeczywistym. Czyż na przykład florenckiej Duomo nie ufundował cech sukienników, żeby oddać co należy Bogu w zamian za swoje codzienne kupieckie szwindle?

I ta ich własna forma była dla mnie utrapieniem. Na jej tle ukazywałem się samemu sobie jako podejrzany, zaklinowany, wtrącany wbrew swojej woli w automatyzmy moich odruchów, a to poniża. Inaczej wyrażając to samo, mieszkała we mnie domena kartoflanych twarzy od Berlina na wschód, bezradnie podejrzliwych drapań się w głowę, paluchów próbujących dać sobie radę z formularzami. Sto, dwieście lat, wszystko się zmienia tylko to się nie zmienia, dysproporcja dwóch Europ, taka sama jak kiedy jeździł tutaj Dostojewski, albo i nasz skromny Prus, który jeżeli cierpiał w Paryżu na lęk przestrzeni, to może nie bez powodów, zanadto porównywał. Ani zbawiać ani reformować, dość mam własnych zajęć, jak powiadał odtrącony ormiański kochanek: Ne chociesz, ne nada, druguju mordu najdiom, a mimo to być wrzucanym, przez to tylko, że się postawi nogę na tym kontynencie, w Europę rozdwojoną na tę z formą i tę bez formy, na tę zaawansowaną i tę wlokącą się ekonomicznie w ogonie, nosić w sobie całą podwójność. Niby Wokulski z „Lalki” tegoż Prusa, kiedy w Paryżu chciał zerwać z nadwiślańskim paraliżem a nic mógł, a gdyby zerwał, też nie wygnałby go ze świadomości. I zaraz całą parą w znane automatyzmy, w to praktykowane przez polskich romantyków, przez rosyjskich słowianofilów, przez Dostojewskiego, przeciwstawianie tępej Europie walorów duszy wrażliwej a historycznie doświadczonej?

Kiedy kończyła się wojna myślałem, chodząc po Krakowie, że struktury zachodnio-europejskie które wyprodukowały potworność nigdy już nie będą zdolne do życia, że jest granica jaką się osiąga a dalej już nic. Puścić miliony ludzi na siebie żeby przez cztery lata tępiły się pociskami i gazami, wypuszczały sobie flaki nożem i bagnetem, a potem zaraz, kiedy trąbki i bębny i wiersze sławiły Nieznanego Żołnierza, przygotowywać nową wersję tej zabawy tudzież komory gazowe i krematoryjne piece, zaprawiać to razem filozofią i dyskusją estetyczną siedząc okrakiem na plecach niewolników przemysłu - to może mało? Ale rozumowanie moje było fałszywe, bo tym wańkom-wstańkom nic nigdy nie szkodzi. Mówiono, że wyrzynają się bo kolonie im są koniecznie potrzebne, że bez nich nie mogliby egzystować. Pozbyli się kolonii, zapomnieli o swoich ojcach, braciach, siostrzeńcach, którzy gryzą ziemię bo ojczyzna potrzebowała kolonii, załatwili się gładko z winą swoich mędrców - i zakwitli.

A co zdawało się zapowiadać odwrócenie proporcji tj. nagłe uprzemysłowienie wschodniej części Europy przez rewolucję, zmieniło się w powód do ich triumfu, bo tam ideologia wzięła na siebie funkcję Penelopy: co jedną ręką wyrobi, drugą pruje, Kiedy już nic nie mogło zakłócać normalności, kiedy stało się wiadomym, ze nowy ustrój, tam, u barbarzyńców, jest niemiły, policyjny, a gospodarka, poza fabrykami broni, nędzna, ich młodzieży, węszącej pustkę pod powabami gospodarczego cudu pozostała tylko tęsknota do nieokreślonych duchowych głębi ukrytych we wschodnich kartoflach, marksistowski paciorek odmawiany w przerwie między jazzem, obłapką i samochodem.

O, Belle Epoque. Znowu Belle Epoque, jak powtarzająca się płyta. Ta moja ironia skąd się bierze jeżeli co jest, widocznie jest takie jak ma być? Spokój krowy na łące europejskiej cywilizacji, tu kwiatek, tam kwiatek, czemu mi nie odpowiada? Przypuszczam, że decyduje o tym nie tylko to co zwykło się nazywać w naszym stuleciu pamięcią, tj. obecność w umyśle scen infernalnych, ale także, i przede wszystkim, Pan Piecyk Wiecha, śledzik, wóda, ogórki w słoju, muchy na serze, piwko, substancja wymykająca się, niedo-forma, ni to szlachecka ni to ludowa, wnętrza inteligenckich mieszkań z tkaninami „Ładu", pylne drogi, Ostrołęki, Łęczyce.

Dla mnie zagadka: tamto państwo było tworem inteligencji, jeżeli nie „intelektualistów”, intelektualistą niewątpliwie i niezłym pisarzem politycznym był Piłsudski, Legiony wyłoniły się z artystycznej Bohemy, albo, jeżeli kto woli przypisywać znaczenie paryskim zabiegom Dmowskiego et co., byli to bądź co bądź wychowankowie pozytywizmu. A jednak tamto dwudziestolecie zaznaczyło się stopniowym odpływem, cofaniem się myśli, co udowodnić nie trudno, zwłaszcza, że różni przywódcy znaleźli się na emigracji gdzie w swoich polemikach i wspominkach wykazali dostatecznie dużą nieporadność umysłową. Czy była to „pańska Polsza”? Jeżeli sądzić po arogancji zabawnie ustrojonych oficerów, po skutecznym hamowaniu reformy rolnej, po ciągle prosperujących jako tako Nawłociach z „Przedwiośnia", po przedziałach klasowych, tak. Sądząc po aparacie obsadzanym przez gołych biało kołnierzykowców, po przywódcach politycznych partii i wyborcach, po ciałach profesorskich na uniwersytetach, po literaturze i sztuce, niekoniecznie. Dwór niemal nieodmiennie pojawiał się w literaturze jako przedmiot satyry, poza tym w każdym dworze, jeżeli znajdowało się księgozbiór, to kończył się, jak nożem uciął, na roku 1914, co wiele mówiło o upadku, finansowym i intelektualnym, tzw. ziemiaństwa. I być może pogranicze inteligencji i lumpenproletariatu, to z którego wyłonił się K.I. Gałczyński, dostarcza do tamtego kraju klucza, a Gałczyńskiego hymny na cześć O.N.R. nie są dla mnie przypadkiem, ale uzupełnieniem jego wierszy o bezrobotnych inteligentach. Kiedy forma jest szlachecko-inteligencko-panapiecykowa (co musiało się jeszcze zaakcentować później, wskutek zniszczenia skromnych tradycji handlu i rzemiosła), może to bardzo źle, ale trzeba uznać sytuację i wyciągnąć z niej co się da najlepszego. Przyjmuję następujące założenie: tylko inteligencja liberalno-postępowa miała swoją linię rozwoju, swoich patronów, i tylko ona mogła dostarczyć myślowych fermentów potrzebnych do przebudowy struktury. A jednak przegrywała. Od kiedy? Czy nie od chwili, kiedy został zamordowany jej człowiek, Gabriel Narutowicz, pierwszy prezydent? W zawiłości polityczne zapuszczać się nie mam zamiaru, zawsze kiedy oglądamy się wstecz wszystko jest doskonale logiczne, wszystko się zazębia, wyobraźni nam nie starcza żeby przedstawić sobie tzw. historyczną contingence czyli sekundę ważących się szal i ziarnko piasku, które przeważało.

Wstyd wspólnoty

Bolesny zgryz u Prusa, Żeromskiego, rodzaj paniki ze każdym razem kiedy zwracali wzrok ku wsiom i małym miasteczkom albo Powiślu w Warszawie, paniki, bo jak z tym być solidarnym, jak ponosić odpowiedzialność? A dla nas, cośmy otarli się o bezkształtne dziadostwo, o podrzędność społeczną mieszkańców tych samych wsi i miasteczek na różnych obczyznach, od masy polskich robotników we Francji przed 1939 r. po rudery polskich dzielnic w Chicago, gorszych niż ulice Ząbkowska i Grochowska, żałośnie prorocza okazała się piosenka ze „Słówek” Boga: „Od Chicago do Tobolska pełna wrzasku ziemia polska”. I w jedno to się łączyło: pylne drogi, bose baby goniące kurę przed drzwiami awangardowego teatru, slumsy polskich dzielnic na różnych kontynentach, sienkiewicziada, książka kucharska jako biblia narodowa, wieczna rola zwierzyny gonionej przez wszelkie policje, rola przedmiotu, nigdy podmiotu historii. Ale myliłby się ktoś z młodych, schwytanych przez dzisiejszą rozpaczliwą drwinę z całego tego kompleksu nie do rozplątania, sądząc, że w tamtym dwudziestoleciu jej nie było. Przeciwnie, myślę, że i wtedy stanowiła jedną z mniej czy bardziej jawnych determinant. I niech cała pogarda inteligencji postępowej dla bogoojczyźnianego gadulstwa maskującego mizerię będzie prometejska, pod spodem trwała chęć wyłączenia się czy ucieczki, jakiej, mniejsza z tym, w nowoczesną poezję, awangardowy teatr czy pociągiem albo samolotem do Paryża. Bo co za dużo to za dużo a życie jest krótkie i jeżeli chcesz coś zrobić, połóż klapki na oczy i uszy, wybierz co jest w twoim zasięgu, pracuj. Przypuszczam, że ta chęć wyłączenia się (sekret polskiego pociągu do cudzoziemszczyzny, sekret także Moderny Przybyszewskiego, obecny również u kogo - u Lechonia, w jego „Herostratesie”) paraliżowała nas w dwudziestoleciu, izolowała w bezsilnej drwinie, podczas gdy endecja, a później O.N.R. były jak najbardziej rdzenne, swojskie, wrośnięte we wspólnotę kiełbasowo-flakowo-sienkiewiczowską. Ta wspólnota zakażała jakoś i przeszłość, którą niejeden gotów był odrzucać en bloc byle nie strefnić się (zauważył to już u socjalistów i postępowców Stanisław Brzozowski). Nie mogę powstrzymać się tutaj od sięgnięcia po przykłady z młodości mojej w Wilnie, młodości, zaiste, niemal jak Filomatów. Nasze grono było obdarzone zresztą znacznie większym zmysłem historycznym niż jego pobratymcy w innych miastach (właściwość Wilna, historią tam się oddychało, ale nie była ona zinstytucjonalizowana a przez to tylko retoryczna jak np. w Krakowie). Mimo to nasze przegrane jestem skłonny wyjaśniać, w znacznym stopniu przynajmniej, szlachccko-inteligenckim pochodzeniem, które w naszej świadomości uchodziło za coś wstydliwego, wciągającego niepostrzeżenie w sojusz z naszymi wrogami, latającymi w deklach z rapierem albo pałką, stąd jakby podwiązanie i niejedno tabu. Myśl i pisarstwo wymagają swobody, brania byka za rogi i mój żal kiedy czytani np. Faulknera polega na tym, że marnowaliśmy skarby tuż pod ręką goniąc chimery. Teodor Bujnicki był zakochany w W. Księstwie Litewskim, dużo o jego dziejach wiedział, studiował na uniwersytecie historię, i gdyby skoczył dwiema nogami w tę tematykę, zostawiłby po sobie coś więcej niż parę tomów dość słabych wierszy. Ale pomiędzy teraźniejszością i przeszłością brakło mu pomostu, od oficjalnego, sprowadzającego się do trawożernych regionalizmów, uprawianych przez starsze panie, odwracał się. Jeżeli całe polskie zawęźlenie to było w ogóle za dużo i ponad ludzkie siły (vide St. Ign. Witkiewicz), w Wilnie jeszcze dołączały się nieszczęsne kwestie litewska i białoruska, pisało się w języku Mickiewicza ale nikt już nie mógłby utrzymywać, że inne języki to „mowa gminu". Także polityczna bzdura Bujnickiego, propagandowe wiersze drukowane w sowieckich pismach w 1940/1941 r., nie jest dla mnie tylko objawem tchórzostwa i oportunizmu ale też wynikiem przyjaźni z młodymi komunistami i próbą rozwiązania zastarzałego własnego konfliktu w sposób zły, według wzorów dostarczonych przez tych, którzy z polskiego bałaganu uciekali niegdyś w idee uniwersalne rosyjskiej inteligencji. Być może Jerzy Zagórski i ja i dwudziestoletni autor poematu „Tropiciel”, Aleksander Rymkiewicz, byliśmy bardziej przebiegli i umieliśmy więcej z krajobrazu, z dotykalnych dziejów zaszyfrować, stąd nasza egzotyka na tle maszynistycznej (wśród kur, kaczek i bosych pięt) awangardy, ale był to raczej instynkt, poza tym niektórzy z nas, zasmakowawszy dziejowości, wpadali potem w pułapkę narodowego rozrzewnienia, co wskazuje, jak trudno jest utrzymać balans.

Co do Henryka Dembińskiego, polityka, spasował on całkiem bezsensownie. Jakkolwiek tam było z jego rozstrzelaniem przez Niemców, już nagła decyzja wywożenia archiwów uniwersytetu na sowiecką Białoruś była samobójcza. Zapewne niezrozumiała dla kogoś, kto nie wie, że dzieciństwo Dembińskiego upłynęło wśród oleodruków przedstawiających świętych, w uniesieniach religijnych i że ten błyszczący student, mówca, publicysta, doktor praw, zaczynał działać w organizacji endeckiej, a później, coraz dalej, poprzez katolickie „Odrodzenie”, pchał go sprzeciw wobec samego siebie, wobec monopolizowanej przez prawicę a jednak i w nim zagnieżdżonej polskości, tak że zamiast borykać się z własnym programem działania zaczął „stawiać na”, w danym wypadku na Rosję.

Po Dembińskim zostało mi wiele wspomnień, przeważnie romantycznej górności porywów, tak że kasztelanice sprzed r. 1848 mają dla mnie jego twarz, i wielka szkoda, że nikt w Polsce nie mógł napisać, z powodów cenzuralnych, monografii o tym człowieku, bo wprowadzałaby ona w sam gąszcz nieznanego dwudziestolecia. Zostało mi też wyrażenie, którego używał często: anima naturaliter endecjana. Odczytajmy właściwie to wyrażenie, bardzo pesymistyczne: jak anima naturaliter christjana miała oznaczać poganina (platonika np.) o skłonnościach w istocie chrześcijańskich, tak ironiczna przeróbka stwierdzała, że ktoś może nie być wcale endekiem posiadając wszystkie jego odruchy. I taka była ogromna większość Polaków, jak tego dowodziły wybory. Prezydent Narutowicz został wybrany przede wszystkim głosami mniejszości narodowych - Żydów, Ukraińców, Białorusinów - i za to też został zamordowany. Bardzo postępowe ustawodawstwo społeczne, które tamtej Polsce przynosi zaszczyt, też, jak domyślam się, bo tego nie badałem, przeszło dzięki głosom mniejszości, choć możliwe, że sprzyjał mu poza tym ogólnoeuropejski prąd nadziei, zanikający około r. 1930.

Konflikt nielicznych z masą nic jest czymś właściwym tylko jednemu krajowi a zabójstwo Johna F. Kennedy wskazuje na to, co się może stać kiedy ktoś się zbytnio „wychyli”. Ale zapewne kraje ekonomicznie zacofane dostarczyłyby lepszych analogii, przede wszystkim kraje Afryki, z ich izolowanymi a zarazem czynnymi intelektualistami, którzy muszą łączyć obowiązki poetów i polityków. W tym świetle słowiańska specyfika - więź pomiędzy literaturą i polityką - ukazuje jakąś nie tylko słowiańską prawidłowość i tłumaczy się małą liczbą powołanych czy uważających się za powołanych. Choć oczywiście istnieje nacisk całej słowiańskiej filozofii ukształtowanej w tych warunkach: zbawić naród bez niego albo wbrew niemu. W Polsce czyż cała walka Obozu Reform XVIII w. nie sprowadzała się do machinacji kilku jednostek zgrupowanych w malutkiej loży? I czyż późniejszy mit męża opatrznościowego, Napoleona, Konrada, Czterdzieści i Cztery, Króla Ducha nie był wyrazem niewiary w przygotowanie polityczne zbiorowości? W dwudziestym wieku widzimy spadkobierców tej filozofii. Wyspiański gardził tymi dla których pracował. Stanisław Brzozowski gardził i za niech chciał odwalić całą robotę. Pieśń legionów, (beatników w mundurach) proklamowała: „Nie chcemy już od was uznania”. Najbardziej jednak gardził Piłsudski, który podbudowywał tę pogardę bynajmniej nieurojoną niechęcią „Litwinów” do Polaków z Królestwa.

W Rosji filozofia inteligencji izolowanej i poświęcającej się dla ludu, wbrew ludowi, nie wygasła z klęską Dekabrystów i Narodników. Lenin, przebudowując marksizm, zaprawiając go Czernyszewskim, wprowadzał obcą Marksowi ideę przewodnictwa zawodowych rewolucjonistów, co musiało nadać jego partii charakter totalitarnej piramidy, z ośrodkiem decyzji na szczycie. Policyjne jednak ramię partii, o olbrzymim znaczeniu dla całych dziejów dwudziestego wieku, bo stąd poszła też organizacja Gestapo i niemieckich obozów koncentracyjnych, było tworem zarówno geniuszu rosyjskiego, poprzez dziedzictwo Ochrany, jak polskiego. Feliks Dzierżyński zaczytywał się Słowackim i bez dużej przesady można przypuścić, że wykonując, jak to nazywał, „święte dzieło”, widział siebie w roli Popiela z „Króla Ducha”.

Być może sny biednego suchotnika w Paryżu nie były na miarę polską i dlatego zmieniły się w jawę gdzie indziej. Żadnego Popiela w Polsce nie było, uchroniła od jego eksperymentów wygrana wojna 1920 roku. Niemniej kraj był rządzony, z wyjątkiem krótkiego okresu sejmowego, przez „tych, których naród nie chciał”. W trzy lata po zabójstwie Narutowicza pucz Piłsudskiego zdawał się być rewanżem liberałów i lewicy, tak był pojmowany nawet przez część komunistów. A przecie następstwa puczu można określić przysłowiem, które powinno być w Polsce pierwszym przysłowiem narodowym, tak często znajduje zastosowanie: „Mysz się zrodziła choć stękały góry”. Pasywność samego Piłsudskiego dotychczas jest niewyjaśnioną zagadką, choć być może jedyna wtedy forma akcji w Europie możliwa i zaraźliwa była faszystowska, a tego nie chciał i dopóki żył, hamował. Ale pod czapą Sanacji krzepła anima naturaliter endecjana i rządząca klika całkiem, z ich punktu widzenia, logicznie (bo reprezentowała czysty instrumentalizm tj. nie miała celu poza władzą) wyrzekła się wkrótce sojuszów z myślącą mniejszością, schlebiając emocjonalnej większości, co, jeśli nie zaprowadziło daleko, to tylko dlatego, że wybuchła wojna. Schemat ten, grupy wyobcowanej, ale wystawiającej inteligencję postępową do wiatru i szukającej oparcia w odruchach nacjonalistycznych, miał się z odwrotnej strony powtarzać w dwudziestoleciu 1944-1964, kiedy to najtłustszym robakiem na wędce stało się ucieleśnione marzenie O.N.R’u, tj. Ziemie Zachodnie.

Tc skróty mają niedużą wartość jako analiza polityczna, nie o nią jednak mi chodzi. Wyczuwam tunele prowadzące od zewnętrznych przypadków do mojej i nie tylko mojej postawy wobec Zachodniej Europy czy nawet świata. Złe stosunki ze wspólnotą, tak że jest ona zaprzeczona i wydrwiona, dają napęd reformatorski i dyktatorski o niezwykłej sile, bo masa ludzka przedstawia się wtedy jako magma, do ukształtowania - albo odkupienia. Są przy tym dwa bieguny: ucieczki i prometejskiego porywu, ale z ciągłym napięciem pomiędzy nimi, ze skokami od jednego do drugiego, Skoki te łatwo byłoby zilustrować na przykładzie Młodej Polski czy wydarzeń literackich 1956-1958 czy twórczości Gombrowicza. A Tadeusz Różewicz, kiedy znęca się w swoich wierszach i prozie nad zachodnimi Europejczykami za ich świństwo (bo chodzą, jedzą, fornikują, śpią, zaopatrują się w ubrania i samochody, co jest absolutnie niedopuszczalne) jest we władzy znacznie starszego niż jego czasy układu. Romantyczne przeciwstawienie „czujących” i „świadomych" - „świniom” nie znikło w Polsce bo zniknąć nie mogło, skoro odpowiedzialność nigdy nie została przesunięta na ogół, a przeciwnie, była odczuwana jako ich tylko ciężar przez nielicznych odtrąconych. Energia krytyki tego co poza Polską jest więc zapewne psychologicznym przerzutem, bo złożoność tkanki społecznej i wielość działających mechanizmów jest dla każdego Polską-naznaczonego w XX wieku równie słabo dostrzegalna jak była dla Mickiewicza, stąd łatwość sądów, a nieraz, poprzez uproszczenia, i celność jaką mogą mieć tylko ludzie spoza danego organizmu.

Ależ ten konflikt, to wyłączenie, jest stałą cechą cywilizacji europejskiej przynajmniej od XVIII wieku! Czymże innym jest cała europejska literatura i sztuka ostatnich lat dwustu, jeżeli nie poszukiwaniem wartości autentycznych, zdegradowanych przez istniejące struktury? Po cóż więc rozwodzić się nad wyjątkowością polską czy słowiańską i przesłaniać w ten sposób dane własnego losu, losu pogardzanego „jajogłowca” czy poety, a więc z założenia obrazoburcy?

Zgoda. Tylko że z ujęć zbyt szerokich, wrzucających do jednego worka zjawiska może równorzędne ale odrębne, jest mało pożytku. Wskutek innego rytmu historycznego pewne rodzaje konifliktów – np. Goethego w „Wilhelmie Meistrze”, Baudelaire'a, Flauberta, były w Polsce nieobecne. Natomiast sprzężenie literatury i polityki, poprzez przymusowo polityczny odzew na słowo, nie występowało w tym stopniu na Zachodzie i nic bardziej pouczającego niż funkcja poezji Byrona na słowiańszczyźnie, bez porównania bardziej bojowa niż w zachodniej części kontynentu, nie mówiąc o jego rodzinnej wyspie. A jeżeli Byron to zbyt dawne przypadki, czy trudno powołać się na nowsze? Tak więc myśl albo uaktywnia się, granicząc z czynem, albo marnieje, pożerając własny ogon.

Ołtarze

Najważniejszą bodaj kampanią literacką, a jak każe niezłomny obyczaj, także jak najbardziej polityczną, tamtego dwudziestolecia była kampania Boya-Żeleńskiego przeciw „bronzownikom”. Mniejszej miary niż kampanie Brzozowskiego, a tym samym świadcząca o niebezpiecznej regresji, była jednak pomimo swojej felietonowości ważna, z powodów które być może łatwiej jest dostrzec dzisiaj. Gdyż stanowiła jakby początek, w nowym państwie, bilansu strat poniesionych wskutek zniknięcia dawnej Rzeczpospolitej z mapy Europy. Straty te równały się, w ich skutku, wyłonieniu się szczególnej ideologii albo raczej religijno-narodowego zlepku odruchów i obrzędów. Bilans ten, zaczęty, nigdy nie został uporządkowany, bo im bliżej 1939 r. tym bardziej nasilało się polowanie na podejrzane o demokratyczną herezję czarownice. Następnie nowa martyrologia i taktyka rządzących dbałych o dostarczenie podopiecznym przyzwoitej porcji kultu mało temu sprzyjały. Tym niemniej, od kampanii Boya po antypatos dzisiejszego młodego pokolenia w Polsce przebiega linia ciągła, przy czym oczywiście runięcie przedwojennych struktur umożliwiło wiele przemian w świadomości odbywających się przeważnie „na dziko”.

Wydrążanie natury człowieka przez twory jego umysłu i ręki, które nad nim zaczynają panować i zagarniają coraz więcej z jego człowieczeństwa, jest podstawowym zagadnieniem dzisiaj i tutaj wkład marksistów nieortodoksyjnych nawiązujących do młodego Marksa jest poważny. Jednakże rwanie się związków człowieka z jego naturą wskutek władztwa nad nim rzeczy zyskujących własną wolę i energię, w miarę jak on je traci, czyli, używając żargonu zawodowców, alienacja przez reifikację, nie ogranicza się do triumfu przedmiotów materialnych. Przedmioty istniejące w umyśle (mój Bóg, moja partia, mój kościół etc.) mogą człowieka równie dobrze wydrążać, tak że im bogaciej są przez niego wyposażane, tym on sam jest uboższy. Zachodzi wtedy wypadek bałwochwalstwa tj. hołdów składanych bóstwu które ulepiło się samemu. Takie bóstwo pracowicie zaczęto lepić zaraz po r. 1795 choć wymiary jego były skromne mniej więcej do r. 1830. Nazwano je: Polska. Wkrótce pośrednicy pomiędzy bóstwem i ludźmi zostali z kolei pasowani na bogów mniejszych. Mickiewicz buntował się przeciwko „książkom zbójeckim”, które były przyczyną miłosnych nieszczęść Gustawa, ale jego książki miały spełniać tę samą rolę co romanse rycerskie w życiu Don Kichota, co powieści romantyczne w życiu Madame Bovary, co średniowieczny romans o Lancelocie i Guenièvre w życiu Paola i Franceski spotkanych przez Dantego w piekle tj. miały wytwarzać nieautentyczność, fetyszyzm. Co mówię nie jest niczym nowym, zauważono to dawno i starano się niekiedy przebić przez zakazy narodowej cenzury. Być może czuli to wzgardzeni racjonaliści w rodzaju Śniadeckiego, jak też niektórzy pozytywiści, czuł Norwid kiedy pisał, że w Polaku Polak jest olbrzymem a człowiek karłem, nie co innego kryje się też pod okrzykiem Wyspiańskiego: „poezjo precz, jesteś tyranem!”. Brzozowski otwarcie szydził z „polskiego Oberamergau”. Zasługą Boya-Żeleńskiego była próba przywrócenia bogów mniejszych ich ludzkości, zdarcia ich złoconych misek, ale godził też, pośrednio, w same niszczące rządy większego bóstwa, co odgadywali jego przeciwnicy. Niemniej aparat badawczy jakim rozporządzał był skromny, na modłę bardziej nowoczesną nie przeprowadzono, jak dotychczas, badań nad całym tym splotem, łącznie z jego konsekwencjami w dwudziestoleciu 1918-1939.

Takie badania ujawniłyby zapewne kobiecość bóstwa, narzuconą przez samą żeńskość gramatyczną oraz jego rodowód sięgający Kontrreformacji tj. zależność od kultu maryjnego. Jak Matka Boska przestała być dla jej polskich wyznawców Żydówką z Palestyny, zmieniając się w posiadany na własność idol, w opiekuńczą Izys, tak druga bogini odrywała się stopniowo od ziemi, wzbijała się w niebo pełne lnianowłosych i niebieskookich pacholąt, po czym obie boginie zlewały się w świetlistości i eteryczności. Seksualne ideały takich pisarzy jak Mickiewicz, Słowacki, Krasiński rzutowane na tę postać, a także dane nie do pogardzenia dla socjologa jak np. rysunki aniołów w gościnie u bardzo prasłowiańskich Piasta i Rzepichy mogłyby zapewne wyjaśnić niejeden rys mitu niepokojąco rasistowski.

Przez wydrążanie natury ludzkiej rozumiem co następuje. Narodziny bogini przypadły na czas wyjątkowo dużych zaburzeń w cywilizacji europejskiej, kiedy rozpadał się ład hierarchiczny i arystokratyczny (broniony jeszcze przez tak przenikliwych ludzi jak Metternich), a emancypująca się jednostka, tracąc pewniki dziedzicznych wierzeń i przyzwyczajeń, musiała niejako siebie postulować, wynajdować swój własny fundament, wkrótce zresztą borykając się z nowym rodzajem zamrożenia przez burżuazyjny „establishment”. Tym nadludzkim nieraz wysiłkom jednostki wszystko zawdzięcza myśl europejska ostatnich bez mała dwóch stuleci. Natomiast Polska-bogini uwalniała swoich wyznawców od samotności wobec istnienia, okrywała ich swoim płaszczem i w niej rozwiązywała się każda sprzeczność. Polacy, tępieni i prześladowani, żyli jednak w niebywałym luksusie psychicznym jeżeli się ich porówna z innymi Europejczykami. Karą za ten luksus był brak rozmyślań nad kondycją ludzką, która została wchłonięta przez kondycję polską i, jako jeden ze skutków, partykularyzm polskiej literatury, nie całkowity zresztą, jak błędnie się twierdzi, ale wymagający żmudnej interpretacji żeby wyłuskać z niego ziarno uniwersalne.

Niczego podobnego nie obserwujemy w sąsiednich dużych zespołach kulturalnych. „Deutschland” nie miała władzy nad umysłami pierwszorzędnymi, nad Goethem, Marksem, Nietzschem. A choć w Rosji „Swiataja Ruś” uwodziła wielu, widocznie kształty jej nie nabrały dostatecznej hieratyczności, skoro nawet groźny imperialista w swojej publicystyce, Dostojewski, zdejmował strój kapłana zasiadając do swoich powieści i tylko od czasu do czasu w nich sobie popuszczał. Inteligencja rosyjska budowała sobie, poczynając od Bielińskiego, całkiem inną władczynię, która miała okazać niszczącą siłę nie zaraz. („Pogwałcenie praworządności, wykorzenienie, jeżeli nic jest wynikiem podboju, jeżeli zdarza się w kraju wskutek nadużycia praworządnej władzy, musi rodzić obsesję postępu, bo dążenie do celu kieruje się wtedy w przyszłość” - powiada Simone Weil).

Tamto polskie dwudziestolecie nie było wcale nagłym odejściem od narodowego obrządku. Ekskluzywność w dopuszczaniu do niego tylko osobników odpowiadających pewnym kryteriom prowadziła do podziału mieszkańców kraju na obywateli pierwszej kategorii i drugiej kategorii, do takich objawów jak np. brak ukraińskiego uniwersytetu we Lwowie i później do małej odporności na pomysły importowane z Niemiec, dokąd co niektórzy wodzowie „młodych” jeździli na przeszkolenie. Toteż niechęć większości polskich Żydów do Polski (z czym zawsze kontrastowało całkiem irracjonalne przywiązanie niemieckich Żydów do Niemiec i rosyjskich do Rosji) znacznie się w dwudziestoleciu wzmocniła.

Ale sprzeciw wobec urzeczenia pięknem bogini, całkiem, zdawałoby się, u niektórych radykalny, nie usuwał jej ze świadomości, jej obraz trwał ambiwalentnie, to przyciągając to odpychając, albo przyciągając i odpychając równocześnie. I kiedy wiele było w sferze myśli do zrobienia, zużywano energię na szamotanie się z tym obrazem, czego kampania Boya przeciwko „bronzownikom'” była przykładem, nie jedynym. Nie wydaje się, żeby można było sprzeciw i uległość wyraźnie rozgraniczyć, bo obsesyjna obecność czegoś, czy zaopatrzona znakiem plus czy minus, pozostaje obecnością.

Spróbujmy możliwie trzeźwo ocenić następstwa tego splendoru jakim otoczona była eteryczna a wyższa istota. W latach bezpośrednio poprzedzających wojnę niepostrzeżenie pogrążano się w łajdactwo albo stawano na pograniczu łajdactwa, przy czym i ci co dzisiaj uchodzą za paragon cnoty, z rzadkimi wyjątkami, znieczulali się stopniowo i, ulegając złudzeniu, że drwina dostatecznie chroni ich czystość, przechodzili stopniowo do cichej zgody na czyny brzydkie, byle wykonywane przez innych. Stosunki towarzyskie i ogólny paraliż wynikający ze strachu przed opinią nakłaniały do przemilczeń (legalizowania antysemityzmu, niszczenia prawosławnych cerkwi etc.) albo nawet do bąkań, że ,.ostatecznie...”. Ówczesną mętność i towarzyskie powiązania niech zilustruje przykład. Jeden z moich kolegów, wówczas redaktor kolumny literackiej w pewnym warszawskim dzienniku, po otrzymaniu przez Polskę podarunku od Hitlera w postaci Zaolzia, dał całą stronę wierszy mających świadczyć, że poeci radośnie „powrót ziem do macierzy” aprobują (już to w Europie wschodniej nic nie obędzie się bez aprobaty poetów). Znalazłem też tam swój wiersz, na całkiem inny temat, który ów kolega w jakiejś starszej publikacji wyszperał i przedrukował. Oczywiście nie było mowy żeby dziennik wydrukował moje sprostowanie, bo znaczyłoby to, że ktoś występuje otwarcie przeciwko majestatowi świetlanej. Stosunki moje z tym kolegą ochłodziły się ale nie szukałem okazji do publicznego manifestowania wrogości. I tak, stopniowo, gęstniała ciemność, w której wszystkie koty są szare.

Naturalnie we wszystkich Sarmacjach i Rumuniach ówczesna polityczna koniunktura tak samo wykorzystywała lokalne mity i warto raczej zastanowić się nad inną, trwalszą rolą nadrzędnej istoty, co łatwiej przyjdzie, jeżeli nazwiemy ją np. Burmą czy Indonezją. ,,Pracować dla Burmy”, „działać w imię Burmy”, niedużo to jako filozofia i żadne z wybitniejszych, znanych nam, dzieł myśli z takiego napędu się nie poczęły. Przestrzeń zajmowana w świadomości zbiorowej przez idol, mniejsza z tym czy wielbiony czy negowany, może jednak być tak duża, że, zwłaszcza jeżeli utrwala się od pokoleń, powoduje niedołęstwo w rozpatrywaniu jakichkolwiek problemów ogólnoludzkich, jeżeli nie są one do tego obszaru przynajmniej, odniesione. Zjawisko to wykpiono dostatecznie jako anegdotyczne „słoń a sprawa polska”, ale jego wewnętrznemu mechanizmowi dopiero przyszłość, myślę, udzieli uwagi.

Szkodliwość idolatrii jest jasna, natomiast trudniej jest uchwycić niektóre korzyści, płynące stąd, że obszar w świadomości pozostaje nawet kiedy wyparowuje z niego zamieszkująca go dotychczas istota, i że ten obszar dostarcza systemu odniesienia. W sytuacji w jakiej znalazła się zaawansowana technicznie część ludzkości nie ma być może innego lekarstwa niż wybijanie klina klinem tzn. uległość wobec rzeczy, które zjadają człowieka jak myszy, po kawałeczku, jeżeli znajduje jakąś przeciwwagę, to tylko w przywiązaniach do sfery uznanej za sakralną. Otóż kult bogini powodował żarliwe zajęcie się ruchem Historii, ten ruch, przez to, że od niego zależało obleczenie się bogini w ciało, ulegał z kolei sakralizacji, co w Europie przed 1848 r. nie należało do wyjątków, ale później nigdzie bodaj nie przetrwało tak silnie, toteż można zaryzykować tezę, że i z tego powodu każdy Polską-naznaczony jest do dziś romantykiem sprzed 1848 roku, duchowym potomkiem Rzeckiego z „Lalki”. (Nie będę zapuszczać się w kuszący problem powinowactw czy anty-powinowactw pomiędzy „mentalnością polską” i „mentalnością marksistowską”, która też Historię sakralizuje). Cały opór wobec ,,normalnej” Europy pieniądza i handlowo-przemysłowej ekspansji przybrać więc miał postać wyposażania czasu historycznego w walory potencjalnie ten ład rozsadzające i niszczące, przy czym myśl dostatecznie napięta, jak Norwida, Brzozowskiego, dążyła do wypełnienia miejsca, z którego - dla nich - ulatniała się już bogini, nową treścią. Stąd ironia, zwracająca się podwójnie, przeciw polskim wyznawcom i przeciw a-historycznej stabilizacji w mieszczańskim postępie. Wygląda na to, że właśnie nałóg sakralności, jeżeli wolno tak się wyrazić, i pustka jaka powstaje kiedy nie ma on już obiektu, może być potężnym bodźcem do zabiegów całkujących doświadczenie, o wiele trudniejszych dla tradycji czysto indywidualistycznej. Zestawiając Norwida, który umieścił w centrum swoich rozmyślań ludzkość w ruchu, w pochodzie chrystologicznym, pojętą jako ciało mistyczne, ze Stefanem Mallarme, poetą skrajnego wyłączenia, udostojnionego przez demiurgiczny akt artysty, doszłoby się może do ciekawych wniosków. Ale i Joseph Conrad, negując podwójnie: narodowy idol przez ucieczkę z Polski i Europę wiktoriańską przez ucieczkę z niej na romantyczne morza, szukał w micie cywilizacyjnym Albionu obrazu zastępczego. A nawet urzekały go niekiedy różne dynamity podkładane pod europejską stabilizację. Sceptycyzm z jakim je traktował był tragiczny, skoro Londyn w „Tajnym Agencie” i Genewa w „W oczach Zachodu” są pokazane nieprzyjaźnie, wzgardliwie.

Dwudziestolecie było regresem i tylko w początkach niepodległości pisał Lechoń: „A wiosną niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę”. Łatwo jest wyliczyć mnóstwo okoliczności, które uniemożliwiły przekształcenie się kraju w zwyczajne państwo. Obrządek powrócił wkrótce w znacznie gorszym niż romantyczne wydaniu, komediowym, gdyby nie było zbyt żałosne. Tym, którzy wtedy dorastali została więc narzucona raz jeszcze walka Jakuba z aniołem, łącznie z jej wadami i zaletami.

Dm Kichot

Udzieliłem sobie już dwóch wyjaśnień dotyczących mojego nieprzystosowana do łąk europejskich. Czy coś warte są te wyjaśnienia czy nie, podaję je jak są. Prawdopodobnie to same, niezależne od świadomych zamiarów, impulsy (zjadaczy chleba przemienić w aniołów; czas historyczny zabarwić wartościami) przesądzają o mojej odrazie do La Belle Epoque w sensie dosłownym, tej sprzed 1914 roku, co zresztą łatwiej jest uzasadnić, bo znamy jej następstwa. Czy chcę więc czy nie chcę, wzrok mój kieruje się ku niebu Ideału. O donkiszoterii, jako rysie zasadniczym polskiej mentalności, często się wspomina, dziwne tylko, że nikt bodaj w niej szperać, szukać jej licznych odmian i przebrań nie próbował. Rycerz smętnego oblicza naczytał się, jak wiadomo, romansów i pod ich wpływem rzeczywistość obojętna, niewzruszona, po prostu istniejąca, poza dobrem i złem (barany, wiatraki czy też roślinno-zwierzęca Dulcynea z Toboso) przekształciła mu się w scenę wałki pomiędzy siłami jasnymi i ciemnymi. Otóż zastanawiając się nad literaturą polską jako nad wyrazem zbiorowego ethos, musi się dojść do wniosku, że właściwy jest jej brak zainteresowania rzeczywistością nie-zwaloryzowaną, a nawet odmowa jej przyjęcia, że jest to literatura anty-realistyczna. Tak np. uroczy realizm szczegółu w „Panu Tadeuszu” zostaje podporządkowany idei sielskości, upoczciwienia, a bitwa w Soplicowie choć padają tam trupy zmienia się w heroikomiczny pastisz „Iliady”, krew jest tylko czerwoną farbą, jak później w „Trylogii”. W tym roku nb. upływa 250-lecie urodzin litewskiego poety Christiana Donełajtisa warto więc wspomnieć, że brutalność opisów wsi w jego „Porach roku” (które Mickiewicz znał, w niemieckim przekładzie) kontrastuje z łagodnością „Pana Tadeusza”, choć wieś opisywana przez obu poetów jest bliska i miejscem i czasem.

Być może śledząc sprzeciw wobec rzeczywistości nagiej trzeba byłoby cofnąć się w stulecia szlacheckiego bytowania względnie wolnego od trosk, kiedy to cała ciemna strona egzystencji ludzkiej zostawiona chłopom ulegała (także wskutek towarzyskości) przesłonięciu. Przyjmowano założenie, że kondycja ludzka jest zasadniczo dobra i że tej dobroci zagrażają niebezpieczeństwa z zewnątrz, a nie tkwiące w niej samej. Sielankowość, idylliczność nie oznaczają przecie nic innego jak postawienie znaku plus przy pojęciu życia. Tak przygotowywał się nienajlepszy grunt do konfrontacji z Rosją, co chyba rzecz ostatecznie przesądziło. Odbyła się wtedy gwałtowna polaryzacja i rzeczywistość, ta samowystarczalna, sobie - tylko - odpowiadająca, została przyciągnięta przez jeden albo drugi biegun: dobra (rodzimego) i zła (rosyjskiego). Wstrząs doznany przy zetknięciu z Rosją był zrozumiały, w grozie i moralnym oburzeniu cudzoziemców, zmuszonych z nią się zapoznać, nigdy nie było przesady i dlatego np. opisowy poemat podróżnika po niej, Mickiewicza, jest mocny. Niemniej fenomen samodzierżawia traci tam do pewnego stopnia swój niejako ogólnoludzki ciężar przez to, że poemat jest kroniką wyprawy w krainy barbarzyńców, przy stałym podkreślaniu kontrastu z cywilizacją europejską, która dla uwypuklenia kontrastu jest idealizowana: organiczność wzrostu miast, greckich, rzymskich, średniowiecznych, przeciwstawiona nagłemu wydźwignięciu Petersburga wolą Piotra Wielkiego, nastręczałaby pewne obiekcje co do jej rzekomej idylliczności, a cesarz rzymski, nawet gdy to był Marek Aureliusz, nie mógł być postacią aż tak świetlaną jak chce autor, kiedy godzi w despotyzm Piotra. Nie znaczy to, że należy kwestionować dokładność Mickiewicza-reportera, ważne jest co innego - obraz dobrej w zasadzie egzystencji obecny w jego umyśle i wywodzący się z Rzeczpospolitej szlacheckiej, która czytając Cycerona i Senekę widziała siebie jako rodzaj upiększonego Rzymu. Tak samo nie ma powodu zarzucać niedokładności pamfletowemu dziełu markiza de Custine, który wskutek przyjaźni z Polakami i z pro-polsko, pro-zachodnio nastawionymi Rosjanami (Kozłowskij?) przejął polską odrazę do demonizmu. Demonizmu wyłączonego z egzystencji ludzkiej jako takiej i umieszczonego geograficznie w Rosji.

Przyzwyczajenia kształtowały się przez parę pokoleń i można je śledzić na przykładzie stosunku Polaków do literatury rosyjskiej po 1863 r. Była ona odrzucaną nie tylko jako nabytek wroga, służący do rusyfikacji. W mnóstwie wypowiedzi powtarzają się: „mrok” „ciemność”, „beznadziejność”, „fatalizm”, „chorobliwość”, „szpetota”. Ale tym razem oskarżenia nie kierowały się już przeciwko rosyjskiej rzeczywistości tylko przeciwko jej opisowi w dziełach Gonczarowa, Turgieniewa, Dostojewskiego, Tołstoja. Czyli gwałtownie broniono się przed uznaniem, że ci pisarze mogli przekazywać prawdę o człowieku: nie, prawda o człowieku nie powinna była być aż tak ponura, jeżeli miała być prawdą to jedynie w zastosowaniu do Rosjan. Dążność do uchwycenia bezwładu i oporu, jako cech świata, w którym porusza się człowiek, a także bezwładu i oporu w nim samym tj. skłonność realistyczna rosyjskich pisarzy odpychała i raziła Polaków. Żeby uniknąć nieporozumień wtrącę tutaj, że zdaję sobie sprawę z zagadek, jakie kryją się w pojęciu „realizmu” choćby dlatego, że jakiekolwiek fotograficzne odtwarzanie w dziele literackim jest niemożliwością tj. akt wyboru, akt etyczny sam sobie ukazujący się jako akt estetyczny, leży u jego podstawy. Jednak dążność do możliwie ścisłego rozróżnienia pomiędzy wojskiem i baranami daje inne wyniki niż pochopność Don Kichota, który nie dopuszczał myśli, że masa jaka zagrodziła mu drogę mogła być czymś bez-zamiarowvm, bez-świadomym, bryłą poruszającą się według swoich tylko praw. Wicie razy zastanawiano się nad słabością powieści w polskiej literaturze. Otóż zabieg samego Cervantesa, który nad swoim bohaterem góruje i ma do niego serdeczno-ironiczny dystans, jest zabiegiem typowo powieściowym, natomiast jeżeli literat sam, cały, zamknięty jest w Don Kichocie, pozostaje tylko bohaterem romantycznym i powieści nie napisze.

Jak słusznie twierdzą badacze literatury, powieść w jej objawach klasycznych opowiada przygody „bohatera problematycznego”, który oddaje się „demonicznemu poszukiwaniu” tj. przebija się przez haszcze i bagna rzeczywistości w nadziei wyjścia na równą drogę, po to tylko żeby stopniowo odkrywać jak wielka jest siła opisująca go i ciągnąca w dół. Definicji tej odpowiadają całkowicie jedyne dwie polskie powieści dużej klasy, „Lalka” i „Faraon" - dwie na cały wiek XIX to niedużo. Natomiast proza dydaktyczno-panegiryczna, poza tym w polskiej literaturze dominująca, jest oparta na skrzętnym wyłączaniu pozo nawias „mroku” (dlatego w „Trylogii” śmierć nie jest śmiercią ani krew krwią) i natykając się na dramat istnienia stara się go przebudować na melodramat, rozrzewniający a więc akceptowany towarzysko. Podejrzewam, że zamiłowanie tej prozy do pastiszu (pisanie pad język gadułów XVII czy XVIII wieku) też tłumaczy się chęcią zatarcia zbyt ostrych kantów, teatralizacji, tak żeby element baśniowy, „na niby”, był stale na pierwszym planie.

Nic bardziej charakterystycznego dla wrażliwości polskiej niż „Latarnik” Sienkiewicza. Autor nic tu nie wymyślił, historia była zupełnie prawdziwa, wysoce tylko ciekawe jak materiał wykorzystał. Polak-latarnik w Aspinwall miał przeszłość malowniczą, ale tłukł się był po Australiach i Amerykach nie mogąc nigdzie zagrzać miejsca nie dlatego, że zły los ścigał wszędzie tułacza, pielgrzyma, jak to podaje Sienkiewicz. Było inaczej: człowiek ten cierpiał na manię prześladowczą i gdziekolwiek się osiedlił, spostrzegał po pewnym czasie tropiących go agentów carskiej policji. Latarnia morska nie oznaczała dla niego schronienia po „burzach życia”, ale jedyne miejsce bezpieczne i wolno przypuścić, że w samotności nie gustował, z chwilą jednak kiedy cały świat był terenem działalności carskich agentów, nie pozostawało innego wyjścia jak ucieczka w samotność na wyspie. Owego pamiętnego wieczoru, kiedy to zapomniał zapalić latarni, nie przenosił się duszą na ojczyzny łono nad kartami „Pana Tadeusza”. Paczka książek przysłana przez nieznanego ofiarodawcę zawierała powieści Kraszewskiego, pogrążył się w lekturze, bo wciągnęła go awanturnicza akcja, czyli traktował książkę jak detektywny romans. A potem, kiedy stracił pracę, był wściekły i przekonany, że agenci znaleźli sposób, żeby go i na bezludnej wyspie dosięgnąć, że oni to paczkę przysłali.

Niepolski pisarz oceniłby patos tego prawdziwego materiału i bogactwo gotowych symbolów (świat - bezludna wyspa, zło ludzkiego społeczeństwa zagnieżdżające się w samym bohaterze poprzez jego obłęd, społeczcństwo w nim jako pasja czytelnika detektywnych romansów, uniemożliwiająca mu zostanie na wyspie). Z pewnością iść wiernie za przygodami latarnika Sienkiewicz nie mógł ze względu na cenzurę, gdyby jednak podbił go ludzki dramat, znalazłby wyjście, choćby zmieniając narodowość postaci. Nawiasem, obłęd latarnika był niejako wzmocnionym dziwactwem Don Kichota, bo przypadki niezamierzone przez nikogo musiał przypisywać świadomej woli złowrogich mocy. U Sienkiewicza występował jako szlachetny vieux Polonais, bohater budującej powiastki patriotycznej.

Ktoś może uznać taką obróbkę materiału, który sam wpadł w ręce, za coś nie nadającego się do uogólnień, za błąd słabego pisarza, Ale Sienkiewicz w jednym był majstrem: wyczuwał jak pracuje wyobraźnia zbiorowa, też stale dokonująca podobnych opracowań i grał na tym bez pudła.

Jeżeli jednak wyobraźnia zbiorowa umie wyłączać za nawias demoniczny fundament życia, demoniczny w sensie bezwładu, konieczności, następstwa są poważne. Nieraz zapytywałem siebie, jak te polskie pokolenia się urządzały, żeby w swojej projekcji, w utrwalonych pojęciach o sobie, być tylko panami i paniami zawsze ubranymi, nie obnażonymi nawet w śmierci. Ale także stosunki siły i wynikające z nich problemy władzy nie mogły być spotkane oko w oko. Kiedy dziewiętnastowieczna Europa, zaprawiona zresztą nieźle przez wieki twardych rządów królewskich i książęcych, godziła się mniej czy bardziej chętnie na nieunikniony brud państwowych interesów, Polacy oddawali się antropomorfizacji tj. państwa przerabiali na istoty obdarzone wrodzoną im dobrocią albo złośliwością. A za każdym razem - aż do połowy naszego stulecia włącznie - kiedy państwa te działały według dających się przewidzieć prawideł, nie tak ostatecznie różnych od tych, na mocy których jabłko zrzucone ze stołu spada na podłogę, wrzaskom i lamentom nie było końca.

W 1927 roku mój krewny, Oskar Miłosz, napisał w Paryżu traktat, w którym nazywał Polskę ,,państwem mesjanicznym” i udowadniał, że właśnie ta mesjaniczność nie pozwoli jej ułożyć rozsądnie stosunków z sąsiadami a tym samym stać się w Europie środkowo-wschodniej centrum skutecznego oporu przeciwko Niemcom, toteż ogniwem zapalnym następnej wojny będzie prawdopodobnie Gdańsk. Termin „państwo mesjaniczne” zdaje się być o tyle trafny, że przypomina o trwałości pewnych postaw, które nie znikły przecie nagle w 1918 roku. Nie utrzymuje się bezkarnie przez czas dłuższy przekonania, że jest się Chrystusem narodów. Stanąwszy wobec przyziemnych, a nieznanych dotychczas obowiązków i odpowiedzialności, wyobraźnia wytrenowana w podziale na jasność i ciemność, czystą ofiarę i nikczemną przemoc, musiała uznać mechanizm państwowy za przedłużone ramię anioła. Co jednak nie jest łatwe, bo politykierzy, poborcy podatków i policjanci rzadko noszą aureolę.

Stąd mnóstwo prób przezwyciężenia dostrzeganej sprzeczności, od idealizacji samych siebie za cenę ślepoty, do cynizmu politycznego i makiawelizmu za trzy grosze, cechującego neofitów racji stanu (podobno żadne hamulec w tej dziedzinie nie powinny przeszkadzać, więc walmy na całego). Zwłaszcza ambiwalencja skrajnej prawicy, z jej pielgrzymkami na Jasną Górę, przywiązaniem do Polski-Absolutu i pałką zalecaną jako środek na pogmatwania życia społecznego, była wyjątkowo dziwaczna i nawet skłania do refleksji o mesjanizmie starszym niż wiek XIX, antyprotestanckim i antytureckim mesjanizmie kontrreformacji.

Ale nie mam zamiaru wytaczać procesu donkiszoterii, a tym samym wykpiwać się kazaniami. Uwagę moją przyciąga trwałe residuum, które pozostaje również kiedy całą rzecz przesunie się na wyższy niż oczywiste parodie poziom. Don Kichot jako bohater romantyczny jest figurą wysoce złożoną i faktu, że patron nowoczesnej poezji polskiej, Norwid, identyfikował się z nim („my, kawalery błędne”) nie trzeba pomijać. Otóż zaryzykuję tutaj wniosek paradoksalny, uprzedzając zresztą, że poruszam się na tym mało zbadanym terenie po omacku. Umysł, który nie może przyjąć żadnych elementów z zewnątrz zanim ich nie ułoży wokół osi krystalizacyjnej etyki, geometrycznie - tak w wierszu Norwida o Don Kichocie życie jest jest wyprawą po prawdę, księżniczkę zaklętą, strzeżoną w wieży przez smoki - zgłasza wobec tego, co po prostu jest, nieuformowane, zastane, chaotyczne, votum nieufności i być może zgłasza votum nieufności wobec pasywnej, wegetatywnej części ludzkiej natury, zawierającej znajomość z chaosem. Taki umysł może wędrować przez wiele doświadczeń, nawet mistycznych ale przyciąga go przede wszystkim intelektualizm moralitetu. Na pierwszy rzut oka twierdzenie to wygląda na nonsens, bo przecie uczucie, irracjonalność, barokowość etc. Załóżmy jednak, że Mickiewicz jest jakoś dla tej odmiany umysłu znamienny i porównajmy jego wybuchowe, uczuciowe dzieło z o wiele bardziej klasycznym, bardziej osiemnastowiecznym dziełem Puszkina. Nie tylko w „Dziadach” akcja rozgrywa się przy uczestnictwie duchów z prawej i duchów z lewej strony. Żarliwe i gwałtowne wartościowanie powtarza się we wszystkich prawie utworach Mickiewicza, nawet w wierszach religijnych (dychotomia rozumu i wiary) i jest jedną z przyczyn jego zamilknięcia. Natomiast pod chłodną formą Puszkina czai się materia wieloznaczna i wyślizgująca się moralnemu osądowi. W „Jeźdźcu Miedzianym” Puszkin jest i wielbicielem potęgi imperium, usymbolizowanej w potędze Piotra Wielkiego, i przyjacielem małego człowieka, Eugeniusza, którego niszczy symbolicznie państwo. A inny Eugeniusz, Oniegin, jest „problematycznym bohaterem”. Toteż Puszkin mógł przejść do prozy, otwierając rozdział powieści rosyjskiej, podczas kiedy Mickiewicza sama enigmatyczność stosunków między ludźmi nie interesowała.

Są dwa znakomite komentarze do polskiej specjalności moralistycznej, Pawła Hostowca „Polacy w powieściach Dostojewskiego” (w tomie „Eseje dla Kassandry”) i Wacława Lednickiego „Dostojewski and the Poles in Siberia” (w książce „Russia, Poland and the West”). Z obu tych prac wynika, że nienawiść Dostojewskiego do Polaków (pomijając możliwe wewnętrzne kłopoty z polskim pochodzeniem jego rodziny) zwracała się przeciwko ich opancerzeniu: bij takiego ile chcesz, a on, będąc na samym dole, żałosny, śmieszny, będzie się czuł wyższy i od tych co go biją i od podobnie jak on bitych Rosjan, bo on wie gdzie przebiega granica między dobrem i złem, a oni nie wiedzą: „Gordyj Paljak”. Lednicki zestawia wypowiedzi Dostojewskiego o jego polskich współwięźniach w „Domu Umarłych” ze świadectwem jednego z tychże współwięźniów, Tokarzewskiego, zawartym w jego pamiętnikach. Nie trzeba być Polakiem żeby przyznać, że Tokarzewski, zaiste rycerz bez skazy, światły demokrata, uczestnik spisku ks. Ściegiennego, reprezentował o wiele wyższy typ ludzki niż Dostojewski, który tamże, na katordze, marzył o poszerzeniu granic i potęgi rosyjskiego imperium, uważał Polskę, Litwę i Ukrainę za własność rosyjską z bożego nadania, bo kraje te, gdyby nie car, byłyby pogrążone w nędzy i barbarzyństwie, szczycił się bez ustanku swoim szlacheckim pochodzeniem, a zarazem zarzucał Polakom demokratom ich arystokratyczną wyniosłość. Trzeba jednak zrozumieć, że chodziło tu o konflikt bardzo głęboki. Katorżnikami i kryminalistami na katordze Polacy gardzili i odgradzali się od nich swoją dumą więźniów politycznych, którzy wiedzą w imię czego cierpią, są ofiarami despotycznej władzy przez nich nieuznawanej. Kryminaliści natomiast uważali swoją winę za część samej esencji życia, wyobrażali więc dla Dostojewskiego chrześcijańską pokorę ludu rosyjskiego i jego osobistym problemem było jak przezwyciężyć własny wstręt do tych bandytów. Oddaję głos Hostowcowi:

„W oczach Dostojewskiego Polacy jak gdyby uchylają się od istotnego męczeństwa i dlatego właśnie, wbrew pozorom, nie tylko nie zasługują na litość, ale przeciwnie powinni być zdemaskowani. Polacy reprezentują dla niego najbardziej niebezpieczną, bo schodzącą na samo dno katorgi, próbę racjonalnego czy mistycznego wytłumaczenia męki potępionych, która w całej twórczości Dostojewskiego ma nosić zasadniczo charakter niczym niewytłumaczony, apelujący do nas swym wiekuistym, niemożliwym do tłumaczenia protestem”.

Jeżeli intelektualizm moralitetu słabo nadaję się do wyrażenia go w powieści, znakomicie, myślę, godzi się z poezją, zwłaszcza jeżeli wkracza na piętro humoru, satyry albo auto-satyry. W poezji zaprawionej humorem (np. „Pan Tadeusz”) dobrotliwa istota bytu nie jest podawana w wątpliwość. Kiedy śmiech czy uśmiech stają się zjadliwe, zakłada się z góry miarę wartości tzn. nieobecność wartości w opisywanym świecie nie ukazuje się jak w powieści dopiero przy końcu „poszukiwania demonicznego”. (Gogol byłby w moim rozumowaniu raczej poetą i tu jego ukraińska formacja chyba nie bez kozery). Toteż literaturę polską odczuwam jako poetycko-eseistyczną, przy czym w jej najwyższych osiągnięciach sceną moralitetu jest historia. Czyż nic stosuje się to też do Norwida, do Wyspiańskiego, do Brzozowskiego?

Ciągle o literaturze, to żenujące. Ale biorę ją jako pars pro toto, przypisuję jej znaczenie jako zespołowi znaków, ułatwiających ogarnięcie tej całości kulturalnej, która we mnie przenikała. Nie tylko, a może przeważnie nie przez słowo drukowane. Choć były i książki, także te nowe. Tylko czy „Przedwiośnie” Żeromskiego np. to też nie moralitet głoszący, że Polska szklanych domów („kryształowe pałace” Czernyszewskiego!) gdzieś w przyszłości jest, gdzie, nie wiadomo, choć darmo byłoby jej szukać zarówno w Rosji Sowieckiej jak w Nawłoci? I czy Stanisław Ignacy Witkiewicz, wpływ decydujący, ojciec naszego „katastrofizmu”, nie przywiązywał właściwie mało wagi do miotań się swoich postaci, tych lalek z makabrycznej szopki, z góry przez niego skazanych, bo faza historyczna w jakiej działały nie obiecywała żadnego zbawienia?    

Gdybym, zamiast rzucać dorywczo powiązane myśli, chciał je wyłożyć systematycznie, musiałbym napisać całą książkę, co mi nie na rękę, więc niech będzie „mądrej głowie dość dwie słowie”. Gatunek samo-analizy jaki tutaj uprawiam jest niewystarczający, niemniej dla mnie użyteczny, bo nieraz, przy rozmowach, zastanawiałem się jaki jest ukryty bagaż każdego z rozmówców. Zdarzało mi się naturalnie trafiać kiedyś w paryskich knajpach na tak zaciekłe dyskusje np. o polityce Napoleona III-go, że dyskutanci bili pięścią w stół i niemal ciskali w siebie szklankami. Na ogół jednak takich w cywilizacji przemysłowej nie jest wielu, podczas kiedy mój ukryty bagaż składa się właśnie z pasji historycznych. Niby nic normalniejszego, uchodźcy, których wszędzie pełno, mogą naprawdę rozmawiać tylko o swoich Mołdawiach, Polskach i Siedmiogrodach. Tylko że, poza względnie niedługim czasem moich rozpraw ze stalinizmem, perypetie polityczne tam przestały mnie bliżej obchodzić a nostalgię rzadko mnie nawiedzały, może dlatego że Polska nie jest krajem mego dzieciństwa. Ustalanie więc mojej tożsamości nie przebiegało po linii „tu - tam” ale „ja tu - oni tu”. Ale ci „oni”? W ciągu dziesięciu lat spędzonych we Francji nie wszedłem w żadne „środowisko” i teraz odwiedzony Paryż, tak swojski, był dla mnie niemal pusty. Znane są ksenofobia towarzyska i konformizm towarzyski Francuzów, więc to też normalne, Ale przecie miałem tak zwane „sukcesy”, więc nic było trudno zadomowić się w kółkach takiej czy innej Madame Verdurin. Tłumaczenia moich książek na inne języki nie dawały mi jednak żadnego „kick” (poza finansowym, bo żyłem z pióra) a ku oburzeniu moich przyjaciół (jeżeli Francuzów to zwykle obcego pochodzenia) wymigiwałem się z wszelkich okazji żeby swoją „famę” dziennikarsko-towarzyskimi zabiegami podpierać. Prawda, że jako poeta przede wszystkim, byłem zahamowany, bo czyż nie przykre jest dla ambicji nie móc pokazać się ludziom w tym, co w nas najmocniejsze? Nie zabiegałem też o przekłady swoich wierszy, bo co to za kontakt z czytelnikiem? Ale założywszy nawet, że umiałbym pisać w języku francuskim, wyjątkowo przeciwnym memu wewnętrznemu rytmowi, nie bawiło mnie to, ponieważ literatura jest dla mnie czymś organicznym, w co jest się wrośniętym, pisze się przeciw, chce się naprawić co naszym zdaniem w niej źle funkcjonuje i bez tego zabawy nie ma. Kultywowałem więc planowo swoją cudzoziemskość.

A teraz pozwólmy sobie na komentarz satyryczny. Gordyj Poljak może być analfabetą albo intelektualistą, analfabeta bredzi a intelektualista swoich bredni się wstydzi, ale jeden i drugi mają wszystkie nacje na świecie za psią podszewkę. Więc wcale nie wykluczam, że zachowywałem się, nie uświadamiając tego sobie, dokładnie tak jak polscy robotnicy we Francji w latach 1918-1939, pełni pogardy dla „katanów” o ileż bardziej od nich cywilizowanych, albo polski bohater naszych czasów, marynarz Kostek z powieści Czesława Straszewicza, obnoszący się w Ameryce Południowej ze swoją konstytucją, książką kucharską i lekceważący sobie tubylców, bo nie umieją przyrządzać flaków: „Indiany ciemne one są”. Albo jak w anegdocie o Rosjaninie, który w Paryżu próbował po pijanemu tłuc lustra, a drugi go powstrzymywał: Broś, Wania, wsio rowno nie pojmut. Zapewne chwytanie się walorów kulturalnych (książka kucharska) w jednym wypadku, głębin duszy w drugim, byle siebie wobec naporu obcości jakoś uratować, reprezentuje dwie możliwości ratunku dla przybyszów ze wschodu Europy. Niemniej komiczne i niezbyt uzasadnione poczucie wyższości (którego wiele przykładów w ostatnich paru dekadach można zaczerpnąć z książek Iwaszkiewicza, Rudnickiego, Różewicza) po odpowiednim odwróceniu może stać się cnotą. Być garbatym jest źle, ale jeżeli tylko dzięki własnemu garbowi zauważa się garbatość wszystkich, co nas otaczają, garbatość inną, przez nich nieprzyznawaną, warto niekiedy swój garb hodować.

Gdyby nic cudzoziemskość określonego rodzaju, wiedziałbym dużo i tych rzeczy które wiem, bo należą one do współczesnego rynsztunku, ale wiedziałbym na poziomie abstrakcyjnym, nie byłyby one dla mnie dotykalne. Trudno np. byłoby mi wtedy uznać za pewnik, że świadomość ukryta pod świadomością indywidualną, wyrażająca się w stylach i modach epoki, podlega ruchowi, przewrotom i ekspansji, tak że niedawne jeszcze punkty graniczne zostają wchłonięte przez jej nowe terytoria. Doświadczenie Polski tamtego dwudziestolecia, przede wszystkim momentu, kiedy jej przynależna świadomość zmieniła się W obiekt muzealny, przeżywając tylko w nielicznych grupach albo w środowisku emigracji, było dla mnie zasadnicze, tak jak i drugie doświadczenie: prób uzyskania dystansu, wzbicia się ponad tę świadomość (collective sensibility? Zeitgeist?) przed wojną, prób udanych tylko abstrakcyjnie tj. nieudanych.

Ludzie na ogól przyzwyczajają się zanadto czyli to co jest wydaje się zwykle, takie jakie musi być. Jakikolwiek ich opór wobec ustalonego porządku pozostaje na tej samej płaszczyźnie co porządek czyli może być oporem najwyżej politycznym. Wysiłek taki jak Swifta, który swoje społeczeństwo zobaczył w jego względności, jest czymś rzadkim. Przychodząc z zewnątrz automatycznie już niemal popada się w sytuację Swifta, uzyskując „udziwnienie” obyczajów i norm najzupełniej swojskich dla ludzi w swoim społeczeństwie pogrążonych.

Popełniłbym nieuczciwość gdybym teraz nie napomknął, że moje wywody mają ukryty slaby punkt, ten mianowicie, że uczenie rozprawiam o czymś, co wymaga może innej sondy, bo prawdopodobnie urodziłem się już cudzoziemcem z powołania. Kiedy miałem szesnaście lat gapiłem się na to co mnie otaczała jak na spektakl nakręconych zabawek. Więc może później szukałem tylko okazji, żeby swemu wyobcowaniu nadać prawomocność a np. dobrowolna ekspatriacja nie była dla mnie niszcząca jak dla tylu innych bo dla mnie żadna zasadnicza zmiana nie zaszła, jeżeli tak, to nie ma potrzeby uogólniać i nawet niezbyt przyzwoicie jest przywoływać do pomocy cechy danej zbiorowości. Na swoją obronę mogę przytoczyć tę znaną prawdę, że prywatna tylko, wywodząca się z indywidualnego losu, „alienacja” bywa niekiedy prekursorska. Poza tym żywiła się ona przecie tym co było w jej zasięgu, modyfikowała się na rodzimą modlę romantyczną, w donkiszoterii, w intelektualizmie moralitetu dobierając się do swoich praw i przywilejów. Są obiektywne sprawdziany tej mojej rodzimości, zaświadczające, że wyobcowanie przed wojną (początek nałogu) nie było może aż tak wyłącznie nakazem indywidualnego losu, raczej nacisk niekiedy wolno położyć na to, przeciwko czemu było zwrócone.

Więc Europa. Ależ oni zachowali, pomimo wszystko co ich nawiedziło (nieprawda, że tego było niewiele) znakomitą ciągłość i żaden z nich nie musiał, jak stary Leopold Staff, na ziemi spustoszonej i znieważonej zaczynać ,,od dymu z komina”. Kiedy jednak wciągała ich pracowita zwykłość, w której znów jednostka i czas jednostkowy i jednostka wobec jednostki jedynie ważą, niepokoiło ich to, bo rozumieli, że coś zaszło, choć jakby poza ich plecami i licho wie co. Więc akurat w moich latach paryskich byłem świadkiem ich skoków protestu, skoków w dawno przez nich zaniechany moralitet Historii z pierwszej połowy XIX wieku, w heglizm, marksizm i zdumiewające to było widowisko. Wszystkiemu czego nadmiar, i wskutek nigdy nie pożegnanych romantycznych porywów i wskutek nowych wydarzeń, doskwierał nam tak bardzo, nostalgicznie hołdowali, powodując tym samym sprzeciw ze strony lepiej, choć wbrew woli i smętnie, zaprawionych w tej gimnastyce. Choć w istocie te ich ćwiczenia cerebralne pozostawały na powierzchni a spod niej, wyładowując się w sztuce i literaturze, przezierało co innego: dalszy ciąg wypraw przedsiębranych przez samotne ja, zaczętych w romantyzmie, który w Polsce zaprowadził na zupełnie inne tory. Dalszy ciąg ale oczywiście w innych okolicznościach i mało do poprzednich faz podobny a nawet, chyba słusznie, podawany za przewrót. Art informel, le théatre de l'absence, pro-kafkowska powieść. I wobec tych zjawisk cierpiałem na rozdwojenie. Starsza niż ja sam zaprawa powstrzymywała mnie od zanurzania się bez zbroi w abyssus. Stąd moje gniewy i, na przekór, chętki zamknięcia się w tematach, dających się jasno obrysować stylem klasycznie prostym. Czujność natomiast podszeptywała, że wypadałoby rozróżnić co w moich gniewach było odruchem siły witalnej, buntującej się przeciwko rozpowszechnionej naokoło mnie subtelnej rozpaczy, a co emanowało z noszonego przeze mnie na głowie kołtuna, plica polonica, (czy kołtun ma coś wspólnego z grzywą Samsona, oto pytanie).

Porażki. Nie mam zamiaru ich mierzyć tym, że Stasiowi albo Mieciowi lepiej się, względnie gorzej udało. Ani tzw. „pójściem na emigrację”. To prawda, że moja poezja, bynajmniej dla czytelnika w Polsce nie zawiła, jest zrozumiała dla pięciu albo dziesięciu osób za granicą, bo zagraniczni Polacy reprezentują formację dawną, która mnie kiedyś wyobcowywała, o wiele niższą umysłowo niż ta, jaką reprezentują ich krajowi kuzyni. To samo stosuje się do trochę trudniejszej prozy. Jednakże lista przeszkód, na jakie natrafia w drugiej połowie dwudziestego wieku każda realizacja, jest tak długa, że tylko ten, kto swego wieku nie zna, potrafi poważnie powoływać się na fartuszek, zawadzający złej tancerce. Nie, porażki mają inny sens. Skoro weszło się na pewne piętro świadomości, znalezienie dla niej wyrazu jest wygraną, nie znalezienie, porażką. Świadomość pisarza (używam tego słowa niechętnie, bo jest nadęte, ale się przyjęło) nie jest ideologiczna ani polityczna. Gdyby była, zadawalałby się układaniem manifestów czy programów albo pisaniem artykułów, co w tej chwili robię, nie żywiąc jednak żadnych złudzeń. Otóż wydaje mi się, że w zestawieniu z zachodnią Europą świadomość licznych ludzi w Polsce, nielicznych na emigracji, jest bardziej pojemna, mniej odcięta od pamięci, ogarniająca lepiej wymiar przemian w tym stuleciu, zrośnięta z wyobraźnią historyczną. Dziedziczny garb i przeżycia ostatnich dekad raczej tu pomogły. Nie przeczy to memu twierdzeniu, że Europy nie rozumiem. Nie rozumiem ale nie tkwię w niej jak mucha w bursztynie, a o to tylko chodzi.

Ostrzejsza świadomość nie musi ciągnąć do monumentalnych dziejowych wątków. Byłoby to naiwne wznoszenie budowli z tektury. Najbardziej subiektywny jednak utwór zyskuje wtedy inne proporcje, jest umieszczony przez autora inaczej w przestrzeni ludzkiej. Współczesna poezja polska po r. 1956 całkowicie to potwierdza. Ale tylko poezja, satyra, małe formy teatralne, eseistyka. A w dodatku, pomijając już chroniczną słabość polskiej prozy beletrystycznej, a także rozpad tradycyjnej narracji pod wszystkimi szerokościami geograficznymi, odbywa się obecnie w Polsce stopniowe zaprzepaszczanie ostrości raz uzyskanej, roztapianie się jej w prowincjonalizmie. Ten prowincjonalizm przybiera dwojaką postać. Co nie udało się Przybyszewskiemu, który myślał dobitniej niż jego dzisiejsi konkurenci, rzekomo ma się teraz udać tj. przy użyciu zachodniej ściągaczki, wyzwalając się od nieznośnej służby społecznej, ma się nadzieję pokazać, w jakimś wszędzie tj. nigdzie, „ja“’ postawione wobec demonicznej istoty bytu. Biedne dzieci wchodzące między ostrza potężnych szermierzy! Zachodni Europejczycy nauczyli się wieki temu przyjmować nędzę życia jako założenie pierwsze, utrzymując państwa, żeglując, mordując, handlując i w zestawieniu z nimi poczciwcy, podnoszący krzyk że życie jest złe zawsze będą tylko histeryczni. A podczas kiedy wolne duchy tak się zabawiają, spokojnie rozwija się prowincjonalizm inny, zbożnie-orgarnicznikowski, zacny ale od kłopotów ludzkości odwrócony. Czyli doskonała prawidłowość: Moderna i Rodziewiczówna równocześnie. Mówię to, żeby przypomnieć, że stamtąd gdzie możliwość sprzedawana jest za miskę soczewicy, nie należy oczekiwać pomocy ani objawień.

Więc z Europą samotrzeć. W moich latach paryskich byłem na tym przedstawieniu „En attendant Godot” w Theathre Babylone, od którego zaczęła się międzynarodowa sława Becketta. Elegancka publiczność, elita. I szczypałem się w policzek, żeby przywrócić sobie poczucie rzeczywistości. Na scenie Oświęcim - Pozzo torturuje Lucky'ego a oni pokładali się ze śmiechu. Czy jestem obłąkany? Sztuka biła ich po pysku, rujnowała wszelkie podstawy ich ładu, ale nikt z nich nie czuł się odpowiedzialny, z ładem istniejącym solidarny, ta faza cywilizacji była wobec każdego z nich zewnętrzna i przez każdego z nich już potępiona. Można Becketta interpretować tylko „wiecznościowo” ale chuda to metafizyka i wtedy lepiej czytać Pascala. Powracam, po krążeniach, do początku mego artykułu. Jeżeli umysł, we wszystkich swoich przejawach, zwraca się przeciwko swojej cywilizacji, każdym swoim aktem odbierając jej zasadność, czy należy uznać to za stały atrybut zachodniej Europy, za umiejętność poniżania, wyłączania myślicieli i artystów, którzy się mszczą, co zawsze obraca się wreszcie na jej korzyść, czy też za zapowiedź mniejszej albo większej apokalipsy? Jak ja mam się do tego odnieść, skoro wiem co zapowiadały media w transie, Rimbaud, Laforgue? Zakładając, że jest to tylko gra indywiduum, konstruującego swoje napowietrzne zamki, gra w swoich skutkach pozaosobistych jałowa, nie umiałbym jej uprawiać, bo nie otrzymałem dostatecznie indywidualistycznego wychowania i czas jest dla mnie zawsze zwaloryzowany (przy całej śmieszności, „rym socjalistyczny” Peipera był bardzo polskim pomysłem). Zakładając natomiast, że stacje benzynowe w Weronie i francuscy fryzjerzy rozmawiający już tylko o swoich samochodach, i obfitość i któraś z kolei rewolucja przemysłowa są rozdętą kulą purchawki, jedną apokalipsę mam już za sobą, co zobojętnia, a poza tym moralitet historyczny został dotknięty paraliżem, bo za dużo załamało się utopii.

Moja zachłanność i zaraz odrzucanie. Te zęby wściekłych osaczonych szczurów, które wyglądają z książek, sztuk, obrazów - dziwne wrażenie czegoś déjà vu, Jakby lata 1930-1939, Witkacy, katastrofizm, wyczerpały w skrócie zapas nihilizmu.

Ale świadomość z ambicjami powinna przynajmniej umieć uchronić się od nieporozumień, choć te są nieuniknione i ledwo raz weźmie się za pióro, nigdy już klarowaniu swojej, jak to się nazywa, wizji nie będzie końca, a niczym chyba innym nie jest życie w tym zawodzie czy zakonie, niż uległością wobec niejasnego imperatywu, który każe jak najmniej ze złożoności swojej myśli uronić. Jako poeta uprawiający też prozę, a więc zmieniający konie, niemało trudu zużyłem na opór wobec upraszczających a więc fałszujących, przez zamknięcie w którymś gatunku, klasyfikacji. Obawiam się, że i teraz wiele rozprawiając o dziejach, dawnych i nowych, przyczyniam się do nieporozumień. Ktoś na pewno będzie przypuszczał, że „stawanie się dziejowe” jest dla mnie największej wagi, że intelektualizm moralitetu podoba mi się a nie ciśnie jak strój niewygodny, narzucony i że roślinne, bierne, intuicyjne chłonięcie świata jest dla mnie czymś przypadkowym, co usiłuję w sobie pokonać. Inaczej, że wstydzę się swoich, używając terminologii Zen, satori. Wcale tak nie jest, podejrzewam jednak, że to już moja nie-polska cząstka i dlatego do traktowania tutaj się nie nadaje.

Żadnych konkluzji nie będzie. Dziedziczne obciążenia, błogosławieństwa tych obciążeń i nędze tych błogosławieństw, uciążliwości stąd pochodzące kiedy z takim bagażem żyje się poza jednym, maniakalnie uwielbionym „Państwem środka”, doznanie porażki bez którego zapewne żadna wygrana nie bywa możliwa - nic więcej jak otwarcie hipotetycznej dyskusji.

Ale gdzie Ameryka, do której wrócił podróżny z Europy tyleż rodzinnej co obcej? Albo do Ameryki stosuje się, wskutek zasadniczej jedności cywilizacyjnej, co się już rzekło, albo się nie stosuje, a tam gdzie nie, „to już zupełnie inna historia”.

Czesław Miłosz


Dwustronne Porachunki, Czesław Miłosz
Kultura Nr 6 (200) / 1964