Share


Cóż można począć ze swym życiem? Jak zagospodarować dany nam - niewiadomej zresztą długości - czas? Mądrze zagospodarować, czyli tak, by wydzielone w nim części i okresy układały się w sensowną i satysfakcjonującą całość? Jaki obrać sposób na przetrwanie, styl, który przetrwanie to uczyniłby gładkim, dobrze naoliwionym, przyjemnym lub w inny sposób cennym? Wydaje się, że dróg jest wiele. Tyle mianowicie, ilu ludzi, którzy podejmując trud codziennego istnienia, kształtują swe ścieżki w seriach wyborów i działań. Liczą oni na to, iż akty przez nich spełniane ułożą się w drogę lub choćby trop, możliwy do spostrzeżenia zawsze wtedy, gdy refleksyjnie obejrzą się za siebie, wstecz. Mają nadzieję, że ujrzą wówczas szlak własnego życia, niezbyt może równy i prosty, ale jednak składający się w spójną i nieprzyprawiającą o poczucie grozy historię, historię także moralnie akceptowalną, ergo przynajmniej nieplugawą. Opowieść, w której nie braknie wprawdzie relacji o błędach, potknięciach, błądzeniach, upadkach, czy w końcu wydarzeniach tragicznych, lecz jednak w egzystencjalnym rozrachunku wypadającą na „plus”, tak iżby można było powiedzieć sobie: musiało być, jak się stało, i w sumie dobrze, że się życie jednak wydarzyło tak właśnie, a nie inaczej.

 

Niemało czasem trudu i myślowej pracy włożyć trzeba w to, by móc samemu sobie taką konkluzję oznajmić, bo rozliczne doświadczone bóle, rozterki i dramaty nie pozwalają tym słowom prześlizgnąć się przez krtań. A jednak tę pracę trzeba koniecznie wykonać, aby osłabić choćby nieusuwalne napięcie pomiędzy możliwym a urzeczywistnionym, napięcie, które - nierozprężane i chroniczne - przyprawić może o głęboką frustrację, palące uczucie niespełnienia. (...) Słowa ulegają inflacji, nazbyt często będąc używane. Rozdawane lekką ręką wytarty się i zblakły, spospoliciały okrutnie, wyświechtały się tak, iż gdy trzeba powiedzieć coś naprawdę istotnego, w przepełnionej przecież słowami głowie stów stosownych brakuje, a bezsłowne bycie, bycie z dala od słów, zdaje się trudne i niewystarczające, tak jakby nad milczącymi wspólnie wciąż groźnie wisiał znak zapytania, znak otwierający przestrzeń niepewności. Zatem dziecięca zdolność przebywania niemal ze wszystkimi topnieje miarowo, zamieniając się w niezdolność do nieskrępowanego bycia z kimkolwiek. Z tej zaś niemożności wysącza się samotność stodko-kwaśna, sprzeczna w sobie, pusta i pełna zarazem, przywilej i wyrok. I jeszcze: kiedy pojmujemy już życiowe konieczności, nieuchronne pęta i związania, coraz to mniej rzeczy wydaje się możliwymi. Drepcząc w koleinie sądziliśmy, że wystarczy mały krok - zawsze możliwy do wykonania - by się z niej wydostać i zmienić bycia swego kierunek. Oto jednak okazuje się, że nurt czasu niepostrzeżenie zamienił koleinę w głęboki wąwóz o stromych ścianach, takich, iż sama myśl o ich zdobywaniu budzi lęk. Zresztą nie wiadomo, co by się zobaczyło opuściwszy wąwóz: może tylko inne parowy, splątany ich labirynt, a wszystkie one równie głębokie i cieniste jak nasz własny? Może pustkowie bez życia i znaków orientacyjnych, równinę zagubienia i bez-miejsca? Toteż idziemy dalej wąwozem, na końcu którego idzie czarny dół, a to co zwie się poczuciem wolności, spoczywa zaklęte w krysztale wspomnień. (...) Zamieniamy jedne wspomnienia na inne, bo by zgromadzić wszystkie i żadnego nie uronić, na to miejsca w umyśle nie staje. Odsyłając zaś w niemotę zapomniane pamięciowe obrazy, grzebiemy cząstki i aspekty samych siebie, ongiś zaistniałe formy własnego życia, konieczne - skoro się zdarzyły ekspresje naszej istoty. Grzebiemy także cząstki innych, co w nas uwić sobie miejsce do swego półistnienia zechciały. Zapominanie jest bowiem umieraniem. Porzucamy także wiodące nas przez życie idee przewodnie, wyobrażenia, podchwytując inne, rzekomo doskonalsze, dojrzalsze, pełniejsze, choć nieuprzedzona refleksja wskazuje, że nie są takie, a jedynie służą może lepiej doraźnym celom lub po prostu życiu, które nas w danym momencie w takie a nie inne położenie wtrąciło. Stąd też ulegając wewnętrznym przemianom, których motywy i przyczyny pozostają na ogół nieznane (bowiem najważniejsze rzeczy w życiu człowieka - narodziny, miłość, nienawiść, śmierć, choroba, konwersja, załamanie, odrodzenie - dzieją się nie wiadomo dlaczego), dopasowujemy do nowej swej postaci myśli adekwatne, nowe prawdy. (...) Oto więc co trzeba: dać. Wycisnąć coś z wewnętrznej pustki i ofiarować. Czy może podarować samą tę pustkę, a wówczas - jako dar właśnie - przemieni się ona w jakąś duchową substancję, w wartość pełną treści. Jeśli własne życie marne, na jałowym brzegu puszczone, z natury swej wysączające z siebie poczucie braku, to może być to mądra droga i dobre wyjście - oddać je Innemu. Otworzyć ciężkie, stalowe, tęgo zazębione bramy sobości, odryglować piwnice, kazamaty i katakumby zawartej w sobie jednostkowości i niechaj bierze je we władanie nowy właściciel i czyni z nimi co zechce. Stary zaś rządca przytupnie w kącie kamiennego dziedzińca i będzie czekał na wezwanie i karmił się widokiem i myślą, że oto Inny wzrasta, a on kurczy się tak mocno, by w końcu pokryć się z tą odrobiną, którą zawsze był. A dlatego przecież cierpiał, że myślał, iż jest czymś więcej i więcej mu się należy, a dostaje za mało. Gdy zaś będzie w zaniku, osiągnie spokój. Nie jest to jednak proste, może nawet nie jest to możliwe - choć piękne. Zbyt cenni sami sobie się wydajemy. Znacznie łatwiej przeto własnemu służyć istnieniu. Naturalniejsze to i przyjemniejsze. Ponadto we wnętrzu skrywa się przecież żądanie, by pozwolić sobie samemu być, by zrealizować najbardziej własne możliwości siebie. To właśnie jedyne zadanie, na które trzeba się zdecydować, dzieło, co należy podjąć, nigdy niemilknące wezwanie do indywiduacji. Nadchodząca śmierć nas do niej wzywa: wyjdź z łupiny i wyrośnij, nim umrzesz. W rośnięciu tym znajdź cel i przyjemność. Naucz się tego choćby od roślin. Zdecyduj się na siebie, kimkolwiek jesteś. Wpadłeś w istnienie na chwilę, pozwól więc sobie na swobodny lot. Szukaj takich wiatrów i prądów, dzięki którym szybowanie będzie lekkie i porzucić będzie można ducha ciężkości, oszukać grawitację. Inny czas nie będzie dany. Ten zaś, który jest - jest krótki. W przeciwnym razie dopadnie Cię w końcu poczucie winy, żeś zgrzeszył i wykroczył przeciw sobie, żeś siebie samego zapomniał: nie posłuchał i nie uszanował. W ten sposób zepsute zostało to, co najważniejsze: twój jednostkowy, niepowtarzalny kształt, w jaki wcielić się zechciało życie. (...) Wędrówka po pustawym trakcie przynosi wprawdzie spokój, ten wszakże jest strawą, którą szybko się człowiek nasyca. Ponadto pojawia się czasem wrażenie, iż gościniec zatacza koło, figurę obszerną, lecz mimo wszystko zamkniętą. Że zatem swoboda marszu kupowana jest za cenę niezmiennej, cyklicznej tożsamości traktu. Rozewrzeć figurę mógłby Inny, ten jednak zawsze przychodzi z oczekiwaniem, prośbą, z żądaniem, pragnieniem, które - nawet jeśli nieme - czają się w spojrzeniu i życiu ciała. Żądanie jest zaś takie: wesprzyj moje życie... Może zatem - by się z sideł konfliktu wyrwać - mądrym nastawieniem byłoby żadnego życia nie wspierać. Byłby to stary, grecki ideał apatii, niewzruszoności. Niech się dzieje, co chce: życie nie jest więcej warte niż jego brak. Ani go pożądać, ani porzucać, a jeśli już, to prędzej odrzucać, bo konfuduje, męczy i wtrąca w niepokój. Znieczulić się zatem na nie. Uzmysłowić wyraźnie pełną wobec niego bezradność i jego wobec nas obojętność. Pojąć, że cokolwiek się wydarza, w ostatecznym rozrachunku jest bez znaczenia, a to dlatego, że właśnie nie ma ostatecznego rozrachunku. Nie ma ani dobra, ani zła, nie ma sprawiedliwości i jej zaprzeczenia, nie istnieje ni piękno, ni brzydota. Wszystko to tylko myśli i wrażenia drobnej istoty zaprószonej w mroźnych przestrzeniach kosmosu. Wygasić w sobie zatem wolę życia i wtedy żyć. Zycie najlepsze jest wtedy, gdy się go nie pożąda. Ale wygasić tę wolę niełatwo - drzemie w nas jak ukryta sprężyna nieczuła na jakiekolwiek perswazje, zawsze gotowa wystrzelić łatwym pragnieniem. (...) Można przecież czasem poczuć pulsowanie krwi, dynamiczny rytm życia, tego niemoralnego, bezmyślnego życia, co chce po prostu być i samo siebie chcieć. W szaleństwie, upojeniu, zabawie na moment rozpuszczają się refleksje i oceny, zastrzeżenia i obiekcje. Muzyka gasi niepokoje, wir tańca rozprasza rozterki. Trunek rekonstruuje wolę życia, tytoniowy dym zapełnia dookolną pustkę lepiej niż intelektualne konstrukcje. Dotknięcia ciał, mieszanina oddechów, błądzące ku kieliszkom, taliom i ramionom dłonie, gęsty, gwarny tłum, chaos rozbieganych jak źrebięta rozmów, błądzące promienie spojrzeń i poszczególne samotności splatają się ze sobą - choć bez możliwego przecież połączenia. Oto bachiczne zapominanie siebie, tantra pijaków i desperatów, gubienie siebie, ale jednak nadal bycie w owym falującym żywiole. Ów stan, oglądany z jego wnętrza, bywa małą nirwaną psychologicznego dobrostanu, jednak z zewnątrz postrzegany bardziej przypomina makabryczne i rozpaczliwe pląsania upadłych duchów, podrygiwania oszalałych z ukrytej boleści i zamkniętych w przyciasnych klatkach ciał iskierek, pragnących uciec od siebie najdalej, jak się da, tak by siebie już więcej nie zobaczyć. W każdym razie nie widzieć siebie takim, jakim się było przed i jakim się będzie po tym stanie. Krótko mówiąc, nie wracać nigdy do realności. Nazbyt jest ona bowiem realna.

Bartosz Jatrzębski, Próżniowy świat, Wrocław 2008, ss. 217-236

Z programu do spektaklu
Panny z Wilka wg Jarosława Iwaszkiewicza
reż. Tomasz Konina
Teatr Kochanowskiego w Opolu
Premiera: marzec 2009

***

2009: JA / ON
Inny. Obcy. Każdy

Dla moich służebnic jam obcy
Stałem się w ich oczach nieznany.
Na sługę wolałem bez skutku,
Me usta musiały go prosić,
Odrazę wzbudzam u bliskich
Nastają na mnie kochani (…)
                                                                           Czemu jak Bóg mnie dręczycie.

                                                                            Księga Hioba

To ważny moment dla Hioba i ważny moment w literaturze, a w końcu ważny moment dla Mnie. Chwila świadomego odczucia inności, osobności, obcości. Hiob staje się inny dla ludzi i Boga, ale też ludzie i Bóg stają się Inni dla Hioba. Inność jest zawsze momentem separacji. Inność jest paradoksalna. Nieprzezwyciężalna. Przynależy do Każdego, a domaga się relacji. Inność konstytuuje moje Ja, a jednocześnie stawia granicę.

Każda epoka poszukuje swojego „Everymana”, swojego Każdego. To poszukiwanie to jednocześnie porządkowanie własnej jaźni, rzeczywistości, relacji ze światem, Bogiem, z Innymi, z tym co otacza, co jest. Jak wygląda, jakie nosi cechy? O co i z jakimi Bogami się wadzi współczesny „Everyman”?

Pytanie o inność, o osobność nie jest tylko pytaniem o tożsamość, jest pytaniem o ustanawianie bytu. Postawiony naprzeciw mnie On, jest Kosmosem. Jest zawsze tym, co mnie przerasta, uwiera, przeraża, i koi. Rozszarpuje moje rany i odpuszcza moje grzechy. Jeżeli oboje istniejemy naprawdę, w jednym i tym samym geście, pozdrawiamy się i wyklinamy, stwarzamy i unicestwiamy, walczymy i współistniejemy.

Konstruuję własne istnienie na przekór Innemu, jednocześnie o Niego prosząc.

Kim jest Hiob bez Innych? Kim jest Hiob bez Boga? Bez Innych cierpienie Hioba traci sens. Bez Boga staje się tylko Obcym w święcie rozproszonych sensów i znaczeń.

Obcy to jeszcze więcej niż Inny. Obcy to druga ręka, zaczepiona o moją rękę, nie znam jej, ale widzę, że jest cholernie zimna. Obcy to ten, którego oczy już oślepły od poszukiwania Boga w jednej z liter w jednej ze stronic czterystu tysięcy tomów. Obcy to ten, który woła: „zostaw mnie, ale daj mi przynajmniej być dla Ciebie tym jednym światem jaki znam (...) skoro nic już nas nie łączy nawet piesek”

Jest jeszcze coś istotnego dla poszukiwań „Everymana”, to punkt odniesienia, coś co jeżeli podejrzewamy, że w ogóle istnieje, jest poza mną, poza Każdym, poza Innym, poza Obcym, a z drugiej strony jest we mnie, w Każdym, w Innym, Obcym.

Powoli odkrywam, że Obcy staje się mną, ja Innym, Inny Każdym. I jest to coś więcej niż tylko boska lub szatańska dialektyka.

W końcu zupełnie po omacku wyciągam rękę i - czy chcę, czy nie chcę - napotykam na drugą...

Z programu do spektaklu
Panny z Wilka wg Jarosława Iwaszkiewicza
reż. Tomasz Konina
Teatr Kochanowskiego w Opolu
Premiera: marzec 2009

***
Dziękuję zwłaszcza za pierwszą kadencję TK w TK. Reszta traci na znaczeniu w obliczu wieczności. (mr)