Dniem i nocą czytam Italienische Reise Goethego. Może ta lektura jest ostatnią podróżą mojego życia?
Po raz ostatni - i pierwszy - czytałem tę książkę w czerwcu 1919, w miesiącach węgierskiego komunistycznego eksperymentu, w małym kąpielisku nad Balatonem. Te dwa momenty mego życia prywatnego i sytuacji światowej wykazują przerażające podobieństwo.

Najbardziej obciąża Węgry nie to, co uczyniły, tylko to, co zaniedbały uczynić. I wreszcie, nade wszystko: na co się godziły.

Spotkanie z pisarzem. Jaki fałszywy! I jaki tchórzliwy - bardziej się boi o własną skórę niż o los swych książek.

Epigoni są niebezpieczni; ale nie przez to, że naśladują, tylko dlatego, że w ich naśladownictwie jak w krzywym zwierciadle widzę, jak fałszywe, groźne, kalekie jest to, co w pierwszym odruchu uznałem za szczere i dobre.

Znajoma lekarka, która zajmuje się leczeniem niespokojnych dzieci, opowiada, że istnieje pewien typ nerwowego - na ogół uzdolnionego - dziecka, które charakteryzuje nieumiejętność przewidywania dalszych, pośrednich konsekwencji swoich uczynków. Jego rozsądek jest w stanie rozważyć tylko bezpośrednie skutki, ale wykazuje niezdolność do przemyślenia, co może nastąpić później.
Węgrzy też cierpią na ten rodzaj choroby. W chwili działania Węgier na ogół jest w stanie przewidzieć tylko pierwszą reakcję. Często sprowadza to na niego klęskę, jak teraz.
Anglik w chwili działania rozważa już drugo- i trzeciorzędne skutki swojego uczynku. Dlatego to dorosły naród.

To społeczeństwo przyjmuje możliwość okupacji jak mieszkańcy Bizancjum - opuszcza głowę przed przeznaczeniem i w kamiennej ciszy czeka, by dopełnił się jego los.

„Najwyżej umrę” - mówią. Ale to „najwyżej” - to najwięcej. Nie oszukujmy się.

Dzienniki 1944, Sandor Márai
Zeszyty Literackie Nr 133