Share

 (…) Nad dachami kamienic rosło słońce. Czarne sznurki dymu niepewnie wspinały się do bladego nieba. Zrozumiałem, że piękno jest czymś realnym, dotyka przedmiotów i ludzi.

Na wiosnę miasto powiększało się, rosło, przybywało dźwięków i woni. Szlifierze noży wędrowali z podwórka na podwórko, spod ich palców tryskały pióropusze iskier i jednocześnie przenikliwy, wysoki śpiew metalu wznosił się ostrym łukiem ponad domami. Okna były szeroko otwarte, do mieszkań wchodziło wilgotne powietrze zmieszane z łagodnym śpiewem ptaków. Kosy naprzód popiskiwały gniewnie, jakby upewniając się, że wiosna jest już blisko, a potem, w marcu, śpiewały upajająco, bez końca, jak murzyńskie śpiewaczki bluesa, których nagrania miały wartość złota. Chodziłem na coraz dłuższe spacery, chciwie poszukując nowych śladów wiosny. Olchy stały w topniejącym śniegu jak termometr zanurzony w lodowatej rzece. Wieże kościołów niknęły w oddali w chmurze, która zatrzymała się nad rynkiem. Wzgórza odsłaniały coraz to nową linię horyzontu, delikatną i błękitną jak chińska porcelana. Wielkie stada szpaków o błyszczących skrzydłach biegały po pustych polach, podniecone powrotem na znane im miejsca.

 

Ulicami szły teraz tłumy, dzieci przeskakiwały przez kałuże. Nagle wszystko stawało się łatwiejsze i bliższe; zapachy mieszały się. Otwarte kościoły chciwie wciągały wielkie hausty ciepłego powietrza, za to duszny zapach świec wydobywał się na ulicę, jakby starzy święci, od wieków zamknięci w murach bazylik i otoczeni zazdrosną i czujną opieką także zapragnęli zakosztować marcowej pogody. Otwierały się okna biur, komitetów i seminariów zakonnych; przez moment wiosna była ważniejsza niż system polityczny, blade twarze zakonników i partyjnych działaczy obracały się w stronę zwycięskiego słońca.
Forsycje płonęły żółtym ogniem tygodniowej chwały. Na targu pojawiały się pierwsze kiełki wiosennych warzyw, niezbity dowód na istnienie życia na Ziemi.

Zrozumiałem, że świat jest podwójny, podzielony, zarazem wspaniały i trywialny, ciężki i lotny, bohaterski i tchórzliwy. Piękno mieszka w nim, lecz nigdy nie przeprowadziło się do niego całkowicie, raz na zawsze; ma tylko w święcie swoje pied-à-terre, jak mieszkający na wsi milioner, który do miasta wybiera się rzadko, z okazji premiery w operze lub nowej wystawy obrazów i zupełnie mu wystarcza eleganckie mieszkanie w kamienicy stojącej naprzeciwko teatru. Wiedziałem także, że to samo pęknięcie jest we mnie. Raz byłem zdolny do uchwycenia tego, co prawie niewidoczne, zaznaczone tylko lekką, nonszalancką kreską, kiedy indziej zamieniałem się w ślepca, nic nie widziałem i nic nie rozumiałem, byłem nieczuły na apel rzeczywistości, oddalałem się od tamtej sfery na odległość wielu lat świetlnych.

Domyślałem się, że zachwyt w zagadkowy sposób związany jest z istnieniem i że także najzwyklejsze dźwięki, szum wody płynącej z kranu, czyjeś kroki na ulicy o zmierzchu, cicha rozmowa dwóch starych mężczyzn wspominających epokę sprzed dwu wojen światowych, które w tym momencie, wydawałoby się, pełnią skromną, pomocniczą funkcję kalendarza zaledwie, że to wszystko jest piękne, ponieważ istnieje i ponieważ wysłuchane zostało bez żadnych ukrytych zamiarów, niewinnie. Ktoś, kto naprawdę jest poetą potrafi przyjąć każdy dźwięk, obraz, każdą sytuację, każdą radość i niejeden ból; przyjąć to znaczy uznać ich obecność, jednorazową, zuchwałą obecność naszych braci w istnieniu, obojętnie czy to odezwie się łyżeczka, która spadnie ze stołu, czy zalśni skrzydło sikorki.

Przeczuwałem, że właśnie na tym będzie polegała moja odwaga, zupełnie różna od męstwa żołnierza, sędziego czy polityka; na tym, żeby powitać te różne głosy, z całą prostotą, w skupieniu, dokładnie i sprawiedliwie. Nigdy nie myślałem, że poezja może być czymś patetycznym, niejasnym, egzaltowanym. I tu właśnie moja klęska jest największa. Przecież ja zaparłem się tej cichej, fundamentalnej odwagi, której sens poznawałem podczas długich spacerów za miastem. To, że pewnego dnia zacząłem pisać ody na cześć tyrana to znaczy, że zdradziłem nie tylko mój naród, moją rodzinę, samego siebie, ale i naturę tej pracy, tego sposobu myślenia, które sam wybrałem.

Wiemy przecież dobrze, że nie każdy musi być poetą. Ale jest takie odwieczne prawo: jeśli przed kimś w chwili bolesnego olśnienia odsłoni się bezbronna tkanka rzeczywistości, to ten ktoś, jednocześnie wybrany przez los i skazany przez los, nie może już uchybić swojemu powołaniu. Spostrzega trop tego, co boskie w świecie i to odkrycie naznacza go raz na zawsze. O tak, może całymi miesiącami czy nawet latami błąkać się po różnych miastach, czy krajach nic nie słysząc i nic nie widząc, byle tylko nie wyrzekł się możliwości uzdrowienia. W jego życiu nie ma już mowy o wolności czy o poszukiwaniu. Poszukiwanie może dotyczyć tylko jednego: powrotu do żyznego miejsca, do pełni widzenia. To jest elementarna wierność poety. Jej odpowiednik można by znaleźć w każdym innym zawodzie, powołaniu. (...)

(…) Mówiłem o wiośnie. Dni stawały się coraz dłuższe. Pierwsze upały przychodziły jak zupełna niespodzianka, zaskoczenie. Nikt nie pamięta, czym jest natrętne ciepło kwietniowego dnia, dopóki ono nie nadejdzie, póki nabrzmiałe łodygi kwiatów nie będą się dusiły od nadmiaru soków. Sprzedawcy lemoniady ocierali spocone czoła, muchy zmartwychwstawały po męce zimy, w parkach pachniały chwasty, pokrzywy i ich zapach przenosił się na wargi dziewcząt, na skórę moich dłoni. Nawet cienie stawały się ciepłe. Ślady zimy znikały szybciej niż zniszczenia wojenne. Barokowe kościoły jak obszerne dworce kolejowe przyjmowały chętnie każdego przechodnia; teraz zmieniał się bilans energii, kościoły przeobrażały się w składnice chłodu, drewno konfesjonałów trzeszczało jakby ukryte w jego słojach grzechy wyznane przez pokolenia spowiadających się kobiet i mężczyzn chciały wydostać się na wolność.

Czym jest zdrada. Czy zauważył pan, że już w maju, czerwcu przyzwyczaimy się do blasku lata, do rozległego nieba, do tego, że powietrze jest miękkie i wypełnione lekką bawełną kwiatów topoli?

Czy pan rozumie sens określenia, które odnosimy zawsze do innych mówi – mówi się ,,ten człowiek jest złamany”? Zwykle mówi się tak o innych, ale ja myślę tak o samym sobie. Nigdy się z tego nie podźwignąłem, to znaczy nigdy nie udało mi się napisać nic na miarę tamtego powołania, na miarę tamtego olśnienia.

Chodziłem po ulicach Krakowa oszołomiony obecnością murów, domów, drewnianych bram, za którymi ukrywały się sady i ogrody; topniejący śnieg odsłaniał szorstką powierzchnię rzeczy, nieskończenie skomplikowaną skórę świata, a mnie się wydawało, że to z moich oczu spada bielmo, że widzę po raz pierwszy. Wystarczy uważnie patrzeć, żeby dostrzec piękno. Czarne gałązki kasztanów, do których przyklejone są wielkie, wilgotne pąki. Siedemnastoletni chłopiec, uczeń stolarski - w jego kręconych włosach pełno drewnianego pyłu - siedzi na krawężniku i je grubą kromkę chleba.

Cóż ja zrobiłem. Kilka artykułów. Może cztery niezłe wiersze, napisane już później. Przekłady angielskich poetów. Książka o poezji i życiu Keatsa. Jedna powieść, taka sobie. Nieudane małżeństwo. Kilka podpisów pod opozycyjnymi manifestami, w późniejszych latach. Kiedyś wywiad dla Le Monde. Z tamtego olśnienia tylko tyle. Przez chwilę byłem właścicielem świata, posiadałem nawet niedostępne ogrody i podziemne korytarze. Bałem się że gdybym tego tylko zechciał, runęłaby wieża katedry. Gdybym tylko powiedział jedno słowo. Gdy zamykałem oczy, ciemności pokrywały ziemię. A potem nic. Nic. (...)

Mówi pan o mojej wolności, o wolności każdego człowieka. Mówi pan, że potrafiłem się wydobyć z pułapki. Co pan może wiedzieć o mojej wolności. Co pan może wiedzieć o moich pułapkach. Chcecie mi odebrać nawet i to, moją zdradę. Chcecie mi zabrać moją klęskę, wziąć ją ode mnie i ustawić w waszym muzeum obywatelskich cnót. Przecież powiedziałem panu przed chwilą, że nie ma wolności od momentu, kiedy spostrzeże się wewnętrzny obraz świata. Stąd właśnie bierze się nieporozumienie. Pan nadal jest przekonany, że moja zdrada dokonała się w świecie zewnętrznym, może w pochodzie pierwszomajowym, na zebraniu organizacji partyjnej, w artykule drukowanym przez stołeczną gazetę. To nieprawda. To się stało inaczej, cicho, podstępnie, nie wiem, może na spacerze nad Wisłą, albo w moim pokoju, w chwili zwątpienia, w momencie, gdy zaparłem się tego, co widziałem, kiedy na miejsce rzeczy drobnych, wyraźnych, o ostrych granicach, podstawiłem wielkie liczby, gigantyczne obiekty, niejasne i triumfalne formuły, nazwiska osób, których nigdy nie spotkałem a które niedługo później okazały się zbrodniarzami. Wyparłem się tego co najprostsze, by opowiedzieć się po stronie zgiełku, siły, kłamstwa.

Jak to inaczej powiedzieć. Myślę, że z moich młodzieńczych przeżyć płynęła dla mnie lekcja: miałem być szkłem powiększającym dla spostrzeżeń pozornie małych, miałem powiększać to, co ciche i sprawiać, by odzyskało należną sobie rangę. To, co w nas i w przedmiotach najbardziej istotne, wcale nie rzuca się w oczy. Pewnego rodzaju komercjalna niesprawiedliwość ontologii sprawia, że w codziennej percepcji na pierwszy plan wybijają się właściwości związane raczej, jak to nazwać, z handlem wymiennym, z pożytkiem, jaki czynimy z siebie samych i z rzeczy. Miałem naprawiać tę niesprawiedliwość i ukrytym, królewskim jakościom miałem przywracać przysługujące im znaczenie. Do tego zostałem wezwany. Miałem w ten sposób uprzytamniać i sobie, i moim rówieśnikom, że mieszkamy w prawdziwej rzeczywistości, pełnej soków, barw i sensu, a jeśli ona nam wyda się szara i pospolita jak banknot, który zbyt długo pozostał w obiegu, to wina jest po naszej stronie, po stronie naszego znużenia, naszej nieuwagi, naszej szarości. (…)

***

(…) Czy pan wie, kim ja mogłem był zostać? Czy pan wie, z jaką jasnością ja widziałem rzeczy i ludzi, kwiaty wydobywające się ze sklejonych pąków, aksamitną potęgę śmierci, dziką silę konfliktów, tkwiących w każdym życiu. Nie byłem stworzony na autora idylli, moje olśnienie mówiło mi także o zagładzie, o śmierci; patrzyłem tak spokojnie na ludzi i drzewa, ponieważ ich istnienie obwiedzione było wyraźnym konturem nicości i każdy z podziwianych przeze mnie kosów śpiewał o zniszczeniu, radośnie, bez żalu. Czy pan wie, co mogłem zrobić, czy pan się domyśla smaku dzieł, których nie napisałem? Gdybym tam został, w tym niedużym mieście, gdybym już wtedy wiedział, że nic więcej mi nie trzeba, tylko cicho chodzić zawsze tymi samymi ulicami i oglądać zawsze tych samych ludzi, jak się starzeją, patrzeć na ich dobroć i podłość, i nocami spisywać to, co zobaczyłem, to co zrozumiałem. Gdybym to wiedział. Pan mi wybacza mój nieświadomy grzech, moją pomyłkę, moje obywatelskie wykroczenie. Którego żałuję, tak jest. Ale nie dostrzega pan mojej prawdziwej zdrady, wobec świata, a nie wobec obywateli. Czy przemawia przeze mnie próżność: oto jestem starym i miernym literatem, a mogłem być Petrarką. Widziałem ogień. Żal mi nie tylko siebie, żal mi świata, który stracił pieśń. Żal mi świata. (...)

(…) Życie jest zdradą. Każdy, kto ma duszę nieśmiertelną i przyjął życie, jest zdrajcą. Nie ma takiej formy życia, która by mogła dogodzić postulatom nieśmiertelności. Nic ma. Żyć to znaczy zdradzać to, co w nas najcenniejsze. Miłość zdradza miłość, bo musi być gorsza niż marzenie, niż sen o miłości. Bohaterowie są próżni a geniusze leniwi. Władcy zamieniają się w potwory, nawet najlepsi spośród nich. Nawet mordercy szukają poklasku. Hebbel powiedział o samobójcach: kto może się zastrzelić, nie powiesi się. Kupcy oszukują na wadze a mędrcy na argumentach. Poeci pogrążeni są w rozpaczy chociaż głoszą radość. A wie pan, jaka hierarchia obowiązuje żebraków? Piękne kobiety malują twarze. Pastorzy torturują własne dzieci. Bankierzy kradną złoto. Żyć to zdradzać, to być poniżej wartości, poniżej wymagań.

Ile trzeba cierpliwości, żeby znieść powolny bieg życia. Małe wieczności, w których kąpiemy się jak wróble w kałużach, wcale się nie sumują. Ktoś pije spokojnie kakao z porcelanowej filiżanki, a dwieście metrów dalej ginie niewinny człowiek. Do tego jeszcze komizm dat. Każdy dzień chce mieć swój numer. Tyle ról do odegrania. Ktoś musi być sierżantem, ktoś będzie rzeźnikiem. Dlaczego właśnie mnie nienawidzicie? Świat jest podwójny, rozdarty, zawsze. Podły nawet tam, w najspokojniejszych krajach. Czy pan nie wie, kto był wtedy prawdziwym postrachem wszystkich? Do tego stopnia, że w porównaniu z nim ja byłem jak harcerz, który zgubił się w lesie podczas niedzielnej wycieczki. Tamta epoka istnieje tylko w relacjach, w porównaniach. Jeśli pan tego nie uchwyci, nie zrozumie pan nic. Nic. Musi mnie pan postawić obok... tamtego człowieka. Monety z czasów rzymskich nie były same na świecie, chciwe palce chwytały je i obracały nimi. Sprzączki z neolitu nie były same.

Nie ma żadnej gwarancji. Sądzi pan, że można wyeliminować samą możliwość zdrady? Uregulować, ustalić, przewidzieć wszystko, co się wydarzy? Zaprzeć się samego siebie można wszędzie, w najbardziej nawet cywilizowanym społeczeństwie. Nie ma gwarancji. Wszędzie można skrzywdzić i siebie i innych, wszędzie. Jeżeli się pan spodziewa, że jakiś system polityczny ocali pańską duszę, da panu dożywotnią rękojmię nieomylności, jeśli pan w to wierzy, to powtarza pan mój błąd z dawnych czasów, tylko w innym przebraniu: zanadto pan ufa systemom. (...)

Zdrada, Adam Zagajewski
Zeszyty Literackie Nr 18, wiosna 1987r.