
Dnia 17 bm. wystąpił na widok publiczny od dawna przez wszystkie prawie krajowe gazety zapowiedziany młody Chopin w koncercie swojej własnej kompozycji. Lubo podług zaprowadzonego zwyczaju, tak jak za granicą, i u nas publiczne pisma od pewnego czasu zapowiadają wprzódy publiczności wirtuozów lub zdają sprawę po odegraniu koncertu o ich zalecie, częstokroć pokazało się, że pochwały takie były skutkiem albo przyjaźni, albo stronności, albo nawet zarobku; zatem nie wszystkiemu, co jest w piśmie publicznym, wiarę dać należy, jak słusznie powiedział Molière:
D'éloges on regorge, à la tête on les jette.
Et mon valet de chambre est mis dans la gazette.
W połowie października przyjechał do Paryża twórca Pana Tadeusza. Przybywał z Lozanny, powołany przez rząd francuski na profesora literatur słowiańskich w paryskim College de France. Zamieszkał przy rue d'Amsterdam, gdzie też niebawem przez jego skromne mieszkanko zaczęło się przewijać sporo przyjaciół-rodaków. Nie brakło między nimi i Chopina, który jako gorący wielbiciel Mickiewicza, nie tylko jako genialnego poety, ale i jako zacnego człowieka, jak mógł, tak mu na każdym kroku starał się okazać swoje uwielbienie dla niego. Toteż gdy dnia 24 grudnia w Klubie Polskim miała się odbyć składkowa wieczerza wigilijna, głównie ku uczczeniu Mickiewicza, a później, dla najbliższych przyjaciół poety, proszony wieczór u Eustachego Januszkiewicza, Chopin obiecał swą bytność, choć niezdrów (tak dalece, że dzień 15 grudnia, dzień pogrzebu Napoleona, przesiedział w domu, nieciekawy tego widowiska). „We czwartek - pisał Januszkiewicz w swym dzienniku pod datą 19 grudnia - mamy kucję w Klubie, a później będzie u mnie herbata, na którą zaproszę Adama, jako w dzień jego imienin. Mają być: Chopin, Kątski, Szczepanowski z gitarą, będzie i septuor wokalny. Górecki zapowiedział, że z jakimś wierszem wystąpi." Stało się zupełnie tak, jak to początkowo projektował Januszkiewicz, albowiem po wigilii w Klubie, do której zasiadło przeszło 60 osób, a podczas której pięknie przemawiał Julian Ursyn Niemcewicz, część uczestników „dużą bandą" przeszła na wieczór do Mickiewicza, wieczór zaś zapowiedziany przez Januszkiewicza odbył się nazajutrz dopiero, dnia 25 grudnia. Chopin, choć przyrzekł swój współudział, choć nawet wyraził gotowość grania na fortepianie, który też dlań przygotowano umyślnie w ostatniej chwili, prawdopodobnie wskutek złego stanu zdrowia musiał uczynić zawód Januszkiewiczowi, czego z pewnością później sam najbardziej żałował, albowiem na uczcie tej - jak to zaraz nazajutrz doszło do jego wiadomości - zaszedł fakt, który poruszył całą emigrację. Mianowicie w czasie wieczerzy przyszło do improwizacji Słowackiego i Mickiewicza, w których ten ostatni w przystępie wyjątkowego natchnienia nie tylko porwał i zachwycił całe zgromadzenie, ale je po prostu wprawił w rodzaj ekstazy, w jakiś stan ekstatycznego oszołomienia, któremu ulegli nie tylko wszyscy obecni, ale i ci także, którym o tym opowiadano nazajutrz.
Piszę, bo trudno sobie wyobrazić,
że to już wszystko, jak kiedyś powiedział
Pan Nikt - literatura jest dlatego,
że świat to za mało. Przecież umarli
muszą gdzieś mieszkać, musi się obozem
rozłożyć gdzieś tam ich wędrowny tabor,
ich długa czarna kolumna gdzieś na noc
musi zarządzić postój. I bogowie
muszą mieć gdzie polować, palić miasta
i niszczyć po kolei świat za światem.
Piszę to dla tych, którym nie wystarcza
życia, mało im szlochu, śmiechu, kaszlu,
w zmiętej chusteczce będą je upychać
tuż przed odlotem do kieszeni płaszcza.
Za mało, Tomasz Różycki
z tomiku: Hulanki & Swawole
Wydawnictwo a5, październik 2024

o zmierzchu decyduje się mój los.
Wokół domu krąży śmierć.
Także przyjazne duchy nie próżnują.
Jaskółki i nietoperze zbierają się
w pokoju nauczycielskim na wysokości
trzynastego piętra i długo radzą.
Kot patrzy w ekran telewizora.
Tyle ciszy marnuje się co wieczór.
Tyle jest dźwięków, których nikt nie słyszy.
Jedno życie.
Adam Zagajewski, Płótno
Wyd. Zeszyty Literackie; Warszawa, 2016
"Próbować zrozumieć Muad'Diba bez zrozumienia jego śmiertelnych wrogów Harkonnenów to próbować zobaczyć Prawdę, nie znając Kłamstwa. Jest to próba ujrzenia światła bez poznania Ciemności. To niemożliwe.
(...)
Nie można w nieskończoność kraść wszystkiego, czego się potrzebuje, nie zwracając uwagi na tych, którzy przyjdą po nas. Fizyczne warunki planety wpisują się w jej historię gospodarczą i polityczną. Mamy tę historię przed oczami, więc nasza droga jest oczywista.
(...)
Kiedy religia i polityka jadą na tym samym wozie, ci, którzy powożą, wierzą, że nic nie może stanąć na ich drodze. Zaczynają pędzić na łeb, na szyję, coraz szybciej i szybciej. Odsuwają od siebie wszelkie myśli o przeszkodach i nie pamiętają, że pędzącemu na oślep człowiekowi przepaść ukazuje się, kiedy jest już za późno.
(...)
Kiedyś ludzie scedowali myślenie na maszyny z nadzieją, że dzięki temu będą wolni, ale umożliwili tylko innym ludziom i ich maszynom ujarzmienie siebie.
(...)
Każda przebyta do końca droga prowadzi dokładnie donikąd. Wejdź na górę tylko tyle, by sprawdzić, że jest górą. Nie zobaczysz góry z jej szczytu."
Diuna, Frank Herbert
Music from the soundtrack - Hans Zimmer

Był sobie raz filozof, który twierdził, że świat to ciągła zmiana. Co więcej, przekonywał, że jesteśmy i nie jesteśmy jednocześnie: cały czas się rodzimy i cały czas umieramy.
Takie poglądy prowadziły do wielu trudności w jego życiu prywatnym. Przykładowo, nie mógł nawiązywać relacji romantycznych, ponieważ - jak utrzymywał - nie jest możliwy związek między dwoma bytami, które zarazem istnieją i nie istnieją.
Nie można powiedzieć, aby był lubianą postacią w mieście. Pytany o godzinę, odpowiadał, że pytanie to nie ma sensu. Gdy zagadywano go o drogę do sklepu, mówił: „Droga w górę i w dół jest tą samą".
Wszystko to postrzegano jako żarty w bardzo złym stylu.
Pewnego razu w kamienicy, w której mieszkał, była awaria wody. Podczas zebrania rady wspólnoty powiedział tylko, że woda uśmierca dusze, ziemia uśmierca wodę, woda rodzi się z ziemi, a dusza z wody.
Patrząc w lustro, nigdy nie widział odosobnionego obiektu, lecz niekończący się proces kosmiczny: pierwsze pyłki gwiezdne, kości dinozaurów, gazy atmosferyczne, mąkę, paprocie i ważki, fale energii rozprzestrzeniające się po świecie z prędkością światła.
Któregoś razu filozof rozpalił ogień nad rzeką, by kontemplować prawdę o dwóch żywiołach przenikających wszechświat. Spytany przez funkcjonariusza policji, kim jest i co robi, odpowiedział, że są to
pytania źle postawione, ponieważ nie ma nikogo, kto jest, ani nikogo, kto coś robi. Tłumaczył, że co najwyżej można mówić o tym, co tu się staje, jednak i to wyłącznie w pewnym wąskim zakresie, skoro słowa nie potrafią uchwycić żadnego stawania się, gdyż każdorazowo „unieruchamiają” to, co jest w bezustannym ruchu.
Policjant poprosił go o dokument tożsamości, ale on tylko wskazał na rzekę, na której powierzchni swobodnie dryfował jego portfel wraz z zawartością, i powiedział z uśmiechem: „Wszystko płynie”.
Funkcjonariusz nakazał mężczyźnie wyciągnąć portfel z wody, bo dodatkowo otrzyma mandat za zanieczyszczanie wód krajowych, lecz on odparł: „Nie mogę, bo nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki”.
Reszty można się łatwo domyślić. I nie domyślić.
Historyjka na dobry początek, Tomasz Wiśniewski
Przekrój, zima 2024

Dlatego właśnie ja przed chwilą, kochany Trazymachu, mówiłem, że nikt nie chce z własnej ochoty rządzić i zajmować się cudzymi kłopotami, i radzić na nie, tylko żąda za to zapłaty, bo kto chce przyzwoicie uprawiać tę umiejętność, ten nie o swoje dobro dba ani go nie zaleca, kiedy według wskazań umiejętności zarządzenia wydaje, tylko dba o dobro rządzonego. I dlatego zdaje się, że powinni pobierać zapłatę ci, co mają ochotę rządzić: albo pieniądze powinni dostawać, albo cześć, albo karę ponosić, gdyby nie rządzili.
Platon, Państwo
Leżą w grobach rodzinnych, rozrzuconych bezwładnie na brzegu Dunaju, a głowa zmarłego w każdym grobie zwrócona jest w kierunku Jerozolimy. Leżą w podwójnych grobach ze swymi końmi, patrząc w przeciwną stronę świata niż zwierzęta. Leżą pod żonami skulonymi na ich brzuchach, ale tak, że widzą nie twarze kobiet, lecz biodra. Czasem grzebano ich w pozycji stojącej. Straszliwie postarzali, właściwie rozłożeni od nieustannego wpatrywania się w niebo, dźwigają na sobie cegły z wydrapanym imieniem ‘Jehuda’ albo ze słowem szachor – czerń. […] Owe rzeźbione nakrywki na oczy, usta i uszy broniły dostępu do zmarłych demonom i szedinim. Jednakże tak są rozrzucone po całym cmentarzu, jakby je porwała z miejsca ogromna siła, nagły przypływ ciążenia ziemskiego i żadna już nie leży już na miejscu, którego miała strzec. Można by nawet przypuszczać, że jakaś niewiadoma, nagła potrzeba spowodowała przeniesienie tych nakrywek na oczy, uszy i usta z innych grobów tutaj, otwierając drogę jednym demonom, a zamykając innym…
"Słownik chazarski" Milorada Pavicia
Odwiedza nas 9 gości oraz 0 użytkowników.