
Fabuła dziejów rozwija się, a gdy nadchodzi odpowiedni moment, jedynie faszyści są gotowi do skoku. Wtedy właśnie drobne zaczepki, często ignorowane, przybierają formę groźnych aktów przemocy, wtedy akceptuje się to, co wcześniej było nie do pomyślenia, wtedy głosy sprzeciwu są zagłuszane.
Zaraz po tym, gdy zamilkną media, rząd bez problemu zamknie usta każdemu. Parlament, który precedensowo zdelegalizuje jedną partię opozycyjną, bez problemu zlikwiduje następną. Większość, która pozbawi mniejszość określonych praw, nie zatrzyma się. Siły bezpieczeństwa bezkarnie bijące protestujących nie zawahają się przed kolejnymi atakami, a gdy przemoc okaże się skutecznym instrumentem w rękach jednego dyktatora, inni pójdą tą samą drogą. Po latach recepta na sukces Benito Mussoliniego znów jest w modzie. W wielu krajach, pióro po piórze, odbywa się skubanie kurczaka.
Czytaj więcej: Zaraz po tym, gdy zamilkną media, rząd bez problemu zamknie usta każdemu
Lekarz Jehuda ibn Tibbon z Garnaty, dzisiejszej Granady, którego pomnik stoi dziś, trochę jakby przykurzony, przy wejściu do dawnej żydowskiej dzielnicy Realejo, zaczyna tłumaczyć dzieła al-andaluzyjskich rabinów i filozofów na hebrajski dopiero wtedy, kiedy pod rządami Almohadów trafia na wygnanie na południe Francji. W testamencie przypomina jednak synowi Samuelowi, żeby czytał i pisał po arabsku, bo daleko go to zaprowadzi.
Napisany pod koniec XII wieku dokument to tak naprawdę pochwała jego „największego skarbu” i „najlepszej towarzyszki”.
„Rób przegląd swoich hebrajskich ksiąg co miesiąc, arabskich co dwa, a pozostałych co trzy” - nakazuje w nim Samuelowi. „Utrzymuj porządek w bibliotece, żeby zawsze móc znaleźć to, czego szukasz. (…) Przykrywaj półki pięknymi zasłonami, chroń je przed wodą kapiącą z dachu, myszami i innymi szkodami, bo [to książki] są twoim największym skarbem”.
Szły noce i dnie, słoty i pogody, wiatry i mgły. Koguty biły skrzydłami i piały na wschód słońca. Sroka skrzeczała na płocie. Szły lata, jesienie i zimy. Wrony kołowały nad szarymi śniegami. Drzewa szumiały gałęzią. Chłopcy trzech osiedleńców wzrastali w cieniu boru, dochodzącego niemal do chat, śwarne już były z nich otroki. Puszcza była złowroga i zła. Korzenie drzew wżerały się w zbite czerwone gliny, podczas suszy twardniejące na kamień, rozprzestrzeniały się w szarych, sypkich piaskach, bytowały na grubych warstwach próchniczych, na zetlałych, powalonych pniach. Po konarach wysoko chodził wiatr. Huczał nocami czarny i porywisty, łamał gałęzie i trzaskał stwoły. Głębokie wykroty rozdzierały wsiąkliwy kożuch mchów – czarne, niewidzące oczodoły ziemi.
Puszcza wołała głosami tajemnicy i lęku. Zimą pod same chaty podchodziły wilki, zwabione zapachem bydła. Wiosną niedźwiedź wyłaził na słodkie jęczmienie, żubry tratowały zasiewy, a od straszących ludzi odwracały się niechętnie i wzgardliwie. W mgliste jesienne poranki przesuwał się po skraju ciemny kształt łosia, w gęstwinie hukało coś, nawoływało, szeleściło – straszne, niepojęte i złe.
Odczytuję znowu to, co na tych kartkach ostatniej nocy zapisałem, i pytam się mimo woli siebie, po co ja to i dla kogo piszę?
Niegdyś, notując wypadki z naszej podróży przez martwą pustynię, i później, kiedym opisywał pierwsze lata naszego życia na Księżycu, myślałem, że zostawię ten pamiętnik księżycowym ludziom, aby przyszłe pokolenia wiedziały, jak dostaliśmy się tutaj i cośmy musieli przecierpieć i przewalczyć, nim się nam udało znaleźć znośne warunki do życia. Ale dzisiaj... Przecież to jest śmieszne - ta myśl! Księżycowi ludzie, tacy jak są, nie będą tego nigdy czytali. I nawet nie chcę, aby czytali kiedykolwiek. Co im do tego? Co im do moich przejść, uczuć, bólów? Czyżby je zdołali zrozumieć? czyżby widzieli w tych kartach co więcej nad fantastyczną i trochę niejasną dla nich opowieść? A zresztą po co się mają dowiadywać, jeśliby to pojąć zdołali, że są zwyrodniałym szczątkiem wspaniałej rasy, która włada swym duchem nad daleką i piękną gwiazdą? Od dnia, w którym by to zrozumieli, musieliby tylko tęsknić, wstydzić się i boleć, tak jak ja, gdy patrzę na nich.
Ale teraz pisanie przychodziło mi tak ciężko, że często cały dzień ślęczałem nad jednym zdaniem, ledwo zaś takie z najwyższym trudem wymyślone zdanie zapisałem, moje wywody okazywały się żałośnie nieprawdziwe, a użyte słowa nieadekwatne. Jeżeli mimo to dzięki jakiejś autoiluzji niekiedy udało mi się odrobić dzienne pensum, zawsze nazajutrz rano, gdy rzuciłem okiem na kartkę, wyzierały ku mnie najgorsze błędy, niedorzeczności i uchybienia. To, co zdołałem napisać, obojętne, ile tego było, przy ponownej lekturze wydawało mi się zawsze tak niewydarzone, że musiałem natychmiast wszystko zniszczyć i zaczynać od początku. Wkrótce nie mogłem się już zdobyć nawet na pierwszy krok. Jak akrobata na linie, który nagle nie wie, jak postawić stopę przed stopą, czułem już tylko, że się chwieję, i ze zgrozą uświadamiałem sobie, że migające u skraju pola widzenia końce drążka nie są już dla mnie punktami orientacyjnymi, ale niedobrą pokusą, by runąć w otchłań. Od czasu do czasu zdarzało się jeszcze, że w moim umyśle zarysował się jasno i wyraźnie jakiś tok myślowy, ale gdy się to zdarzało, wiedziałem od razu, że nie zdołam go utrwalić, bo gdy tylko chwytałem za ołówek, język, na którego nieskończone środki zawsze przedtem mogłem się ufnie zdać, kurczył się i był już tylko zbiorem niestrawnych frazesów. Ani jednego zwrotu, który nie okazałby się żałosną protezą, ani jednego słowa, które nie brzmiałoby pusto i kłamliwie.
[…] Podawano o tym mieście sprzeczne
informacje – relacje różniły się między sobą i wchodziły sobie w drogę,
zbyt były przy tym nieprawdopodobne. Mówiono, że okolice
miasta, w którym przedtem tyle lat mieszkali, tworzyły coś
w rodzaju zaczarowanego terytorium niezgody, a po nim
należało poruszać się według specjalnego systemu topograficznych
punktów i objaśnień, które posiadały co prawda swojskie nazwy,
ale za każdym razem znaczyły coś innego – zależało to od tego,
kto właściwie rysował mapę. Mieszkańcy gubili się
w sprzecznych opisach, sytuując je zawsze trochę inaczej,
kreśląc w swoich opowieściach jakieś fantastyczne szkice i plany,
które nigdy nie były ze sobą zgodne. Sztandary powiewające
nad ratuszem tak często zmieniały kolory, że niektórzy zapomnieli już,
które są rzekomo dla nich najlepsze, i pomieszali je trochę w swoich
historiach rodzinnych. Wydawałoby się więc, że kolejna zmiana
koloru nic tak naprawdę nie zmienia. Ale po tej wojnie,
w której to, co zmieszane, usiłowano odczyścić, odciąć i rozdzielić,
przede wszystkim przelewając ludzką krew i oddzielając
swoją od obcej, stało się jasne, że tracą coś ostatecznie, na całe życie.
Bo nic tam nie było obce, a wszystkie owoce miały wyłącznie
mieszanych rodziców.
Co prawda, zdjęcia nie zastąpią słów, lecz ratują przed ich brakiem. Powiedziałbym wbrew sobie, bo nie znoszę oglądania zdjęć. W ogóle nie rozumiem tej pasji, żeby tak rzec, pstrykania, która stała się dzisiaj tak powszechna, że zakrawa na coś w rodzaju epidemii. Człowiek, który nie ma aparatu fotograficznego i nie pstryka bezustannie, wydaje się nie z tej epoki. Gdziekolwiek się pojedzie ma się wrażenie, że te nieprzebrane tłumy przewalają się z miejsca na miejsce, żeby tylko pstrykać. Na wszelkich szlakach, w miastach i miasteczkach, w górach i dolinach, na lądzie, morzu, w powietrzu, na ślubach, pogrzebach, w chorobie i zdrowiu pstrykają i pstrykają. Nawet w ustronnym miejscu nie spotka się człowieka, który by nie miał aparatu fotograficznego. A potem godzinami oglądają jakby nie dość mieli siebie. Gorzej, zanudzają i innych. A czasu i tak nie da się zatrzymać, czas ma za nic nasze zdjęcia. Czas wręcz drwi z naszych zdjęć.
Może to odwieczny lęk człowieka, że w ogóle jest na świecie, legł u podstaw wynalezienia aparatu fotograficznego. W każdym razie doczekał się człowiek wreszcie wynalazku, który zaszczepił w nim wiarę, że istniał, istnieje i będzie istniał. Wielka to przewaga zdjęć nad życiem. Zastanawiam się tylko, dlaczego człowiek jest tak nienasycony sobą.
Ostatnie rozdanie, Wiesław Myśliwski
Odwiedza nas 11 gości oraz 0 użytkowników.