

Jej postać jest na wskroś przeszyta bólem egzystencjalnym płynącym wprost z obrazu "Krzyk" Edvarda Muncha. „Boli mnie każda szorstkość, choćby najmniejsza, każde niedelikatne słowo…” – wypowiada jedna z sióstr u Czechowa, co bezbłędnie oddaje w swojej roli pani Grażyna Misiorowska. Monolog w jej wykonaniu zniewala i hipnotyzuje, przekraczając granicę intymności na osi scena - widownia. Jest w tej postaci wrażliwa kobieta, jest gorycz istnienia. Niesamowita szorstkość przemiany, trwania na granicy pomiędzy kobiecością, a męskością. Nieodparcie przychodzi mi na myśl postać głównej bohaterki "Medei" Eurypidesa, we wstępie do której czytam: „Na tle płytkiego egoizmu partnera - Medea, tak odmienna od kobiet, jakie znał i aprobował widz ateński, nie w cieniu męża, nie zawsze niedorosła i niepełnosprawna, niemająca służby mężczyźnie za jedyny cel życia, lecz dumna i ambitna, aktywna jak mężczyzna i o ileż aktywniejsza od tego mężczyzny, „mądra”, ale wyzyskująca swą mądrość w służbie nieokiełznanych pasji. Nikt przed nią nie powiedział w teatrze greckim tyle gorzkiej prawdy o losie greckiej kobiety, o małżeństwie i stosunku do męża. Żadna inna postać dramatu nie dokonała tak okropnej zbrodni nie w przystępie szału, jak Herakles mordujący własne dzieci w innej sztuce Eurypidesa, ale z premedytacją i zimnym planem, choć nie bez wahania”. Daleką podróż musiała odbyć aktorka, by tak mocno i celnie rozedrzeć na strzępy postaci kobiece z "Trzech sióstr" Czechowa, nadając im zupełnie nowe, i jakże trafne brzmienie.

Tej nocy, schodząc po schodach snu, wpadłem niespodziewanie na znajomego księdza. Wręczyłem mu biblię w czarnej, skórzanej oprawie zapinanej na zamek błyskawiczny. Mam identyczną; może to był mój egzemplarz? Zabobonne czary głoszą strach przed zobowiązaniem, przed stanowiskiem oraz koniecznością nieodrywania się od rzeczywistości i spraw doczesnych. Powiadają, że Biblia wieści prezent od losu, ale też strach wobec cyrografów, czy też upadek mienia wszelakiego. A można mieć mniej niż mam? Pewnie tak, chociaż to już niewiele brakuje do stanu posiadania samych myśli, a te też wciąż chorągwie na wietrze – ulotne, nienotowane. Carl Gustav Jung objaśniając sen o schodach, przywołuje pośrednio przez średniowieczny obraz „Stairway of the Seven Planets” teksty samego Aplejusza, ale też wizję drabiny Jakubowej. Wędrówka w dół po owych schodach ma być symbolem gotowości zgłębiania tajemnic nieświadomości, czy też indywidualnych poszukiwań. Przeglądając sieć w poszukiwaniu owego obrazu, natrafiam na jakieś herezje, nienaukowe sprawy i odnośniki do kultur starożytnych w kontekście drogi do Słońca. Aplejusz wciąż przede mną, nad czym głęboko ubolewam. Jest w tej nocnej marze jakiś niepokój, obraz przed człowieczej kreacji, która nas stworzyła? Szaleństwo.
Przeszłość jest wbudowana w każdą falę nadchodzącego czasu. Przeszłość, jaką dysponują współcześni, nie jest wcale taka sama za każdym razem, gdy nadpływa z królestwa cieni... żyje [ona] równie nerwowo i równie nieobliczalnie jak teraźniejszość, w której chce zaistnieć.
Błędne cienie, Pascal Quignard
Odwiedza nas 56 gości oraz 0 użytkowników.