
Ucieczka w słowa codzienności. W kawałek literatury parzenia herbaty z małych skrawków suszu kwitnącego wrzątkiem. W zieleń liści. Gorzkość niepamiętania słów wypowiedzianych. Już nie doskwiera milczenie, myślenie, mrowienie. Obojętność i zapaść. Smak przebudzenia po długiej nocy przepełnionej zorzą koszmaru. Realność bytu. Zasadzanie się na drogi nieodkryte. Oddalanie poznanego, dokonanego, uwiędłego, niepotrzebnego. Okienny papieros, brudna podłoga, kapiący rdzą kaloryfer. Rytm myśli zjadanego kurzu. Roztoczy. Trwałości przechodzących w nietrwałości. Papieru w szalecie, aromaterapii mitu wieczności. Zapach pościeli, koszmaru, uśmiechu, oddychania. Wycofanie kalendarza zdarzeń. Nie było, nie ma. Przedwczesne fiolety w świątyniach. Słońce wyciąga cienie drzew z szarości zimy. Szum liści. Oczekiwanie na cień w ciemności.
zmęczenie czymkolwiek trwającym pośród mas
pukało do drzwi o stałej porze roku
skromnie, cicho i niepostrzeżenie, do wnętrza wpadł cień przyzwolenia
nie sposób już dociec, czy było gościem proszonym
dotyka sedna metabolizmu, chociaż wcześniej znikało co jakiś czas
byt stale powracający po chwilach wytchnienia
zaborczo w tych objęciach
kształt trwania kosmicznej próżni
podróż bez drogowskazów na planetę obcości
tylko to coś
dławiąc, ofiarowuje niemoc
i jest za przewodnika
09.03.2009


Od pierwszej pochodni po osiemnastowieczne latarnie i od blasku latarni do chłodnej poświaty lamp nad belgijskimi autostradami wszystko jest spalaniem i spalanie jest główną zasadą każdego wytwarzanego przez nas przedmiotu. Sporządzenie haczyka do wędki, wykonanie porcelanowej filiżanki i produkcja programu telewizyjnego opiera się ostatecznie na tym samym procesie spalania. Wymyślone przez nas maszyny mają, tak jak nasze ciała i jak nasza tęsknota, powoli wypalające się serce. Cała cywilizacja ludzka, od samego początku, to nic innego, tylko z godziny na godzinę narastający żar, o którym nikt nie wie, jaką intensywność osiągnie i kiedy pocznie stopniowo gasnąć. Na razie nasze miasta jeszcze świecą, ogień się jeszcze rozszerza.
W.G. Sebald, Pierścienie Saturna

Wszystko jedno, czy przelatuje się nad Nową Funlandią, czy wieczorem nad sięgającym od Bostonu po Filadelfię skupiskiem świateł, nad mieniącymi się perłowo pustyniami Arabii, nad obszarem Ruhry czy nad aglomeracją Frankfurtu, zawsze jest tak, jakby ludzie nie istnieli, jakby istniało tylko to, co stworzyli i w czym się chowają. Widać ich mieszkania i drogi, które je łączą, widać dym wznoszący się z ich domów i zakładów produkcyjnych, widać pojazdy, w których siedzą, ale samych ludzi nie widać. A przecież obecni są wszędzie na obliczu ziemi, cały czas się rozprzestrzeniają, roją się w podniebnych ulach i coraz bardziej uplątani są w sieciowe systemy, stopniem komplikacji daleko przekraczające wyobraźnię każdego z nich, czy to jak dawniej, w południowoafrykańskich kopalniach diamentów, pomiędzy tysiącznymi kolejkami linowymi i wyciągami, czy jak dziś w biurach giełd i agentur pośród nieustannie opływającego glob strumienia informacji. Gdy obserwujemy się z takiej wysokości, strach bierze, jak mało wiemy o samych sobie, o naszym celu i o naszym końcu, myślałem, kiedy linia wybrzeża pozostała w tyle za nami, a samolot leciał nad morzem koloru serwatki.
W.G. Sebald, Pierścienie Saturna
Przemijanie - co za rozkosz.
DONPOL
Ksiądz dziekan Chmielowski zna świat tylko z książek. Za każdym razem, kiedy zasiada w swojej firlejowskiej bibliotece i sięga czy to po pokaźny foliant, czy drobny elzewir, zawsze jest tak, jakby wyruszał w podróż do nieznanego kraju. Ta metafora mu się podoba, uśmiecha się do siebie i już próbuje ją ułożyć w zgrabne zdanie... Łatwiej mu jest pisać o całym świecie niż o sobie samym. Ciągle czymś zaabsorbowany, sobą się nie zajmował, wydarzeń z życia nie spisywał i teraz zdaje mu się, że nie ma żadnej biografii. Gdyby go zapytała ta dama, która pisze tak ponure wiersze, kim on jest, jakże przeżył swoje lata, to co by odpowiedział? I gdyby chciał to spisać, nie byłoby tego wiele więcej niż kilka stron, więc nawet nie książeczka, nawet nie taki mały elzewir, zaledwie tylko broszura, świstek, żywocik nieświętego z obrazkiem. Ani peregrynant, ani lustrator obcych krain.
Księgi Jakubowe, Olga Tokarczuk
Odwiedza nas 95 gości oraz 0 użytkowników.