
Nie dociekaj nie nasza to rzecz Leukonoe
kiedy umrzeć mam ja kiedy ty nie odsłaniaj
babilońskich arkanów Co ma być niech będzie
Czy wiele zim przed nami czy właśnie ostatnia
pędzi morze Tyrreńskie na oporne skały
rozważnie klaruj wino nadzieję odmierzaj
na godziny - czas biegnie zazdrosny o słowa -
i weseląc się dziś nie dowierzaj przyszłości
tłum. Adam Ważyk
Horacy

" [...] Jesteś w Warszawie, wróciłeś z tych podróży do twojej strefy cienia. Tym usilniej trzy-masz się codziennych rytuałów, od wczesnego ranka. Zawsze takie samo śniadanie, za-wsze kawa, fajka, herbata, fajka. Zawsze sprawdzasz wiadomości, wychodzisz z psem, pracujesz do południa. Chciałbyś, by styl życia uzbroił cię do kontaktu z rzeczywistością.
Jednak cień gęstnieje. Twój pancerz nie wystarcza, cień wchodzi ci w głowę i ciało. Je-steś, od kiedy pamiętasz, osobą zaangażowaną w zmienianie świata; czasem mądrzej, czasem głupiej wiodło cię tam, gdzie stały barykady, więc stawałeś na niektórych, gdy byłeś młodszy, a potem, gdy się starzałeś, częściej tylko wspierałeś walki we wspólnych sprawach. Zauważasz jednak, że w młodości nie potrzebowałeś stylu życia, pancerza ułatwiającego poruszanie się w świecie. Bo twoim stylem życia – ba, nałogiem – było sta-nie na barykadzie, co chroniło cię przed dolegliwościami zwykłej żmudnej egzystencji.
Ale wciąż uważasz się za człowieka zaangażowanego, więc piszesz, gadasz publicznie, chodzisz na jakieś demonstracje, piszesz, gadasz. Jednak czujesz się coraz bardziej bez-radny; jak chłodno konstatujesz, nie wpływasz na zmianę postaw. Już nie uważasz się za jeden z tych kamieni, by posłużyć się Miłoszem, od których lawina bieg zmienia. Może, myślisz sobie, piszesz i gadasz po to, by nie odpuścić? I utrzymać tożsamość osoby za-angażowanej? Ale czy to złe motywacje? W każdym razie jakieś, lepsze niż żadne. Więc nie ustajesz, choć czasem mamroczesz: jak długo jeszcze? Tyle że nie ma w tym pytaniu gniewu i ognia Cycerona stającego przeciw Katylinie. Chodzi o to, ile energii oraz woli jeszcze z siebie wydobędziesz? Owszem, są chwile, gdy marzy ci się, że znajdziesz myśli i słowa, które przyczynią się do odmiany świata, choćby minimalnie. Ale starasz się tak od dawna, a dziś, gdy cień mrocznieje, coraz o to trudniej. Zatem już nie poszalejesz, będziesz jedynie dreptał. To twój obecny etos.
W tym wszystkim wspomaga cię styl życia, twierdza chwiejna, lecz chroniąca twoją au-tonomię przed cieniem. Może więc, myślisz dalej, doceń drinki w Baratti, zwłaszcza że piłeś je z bliskimi osobami. Doceń także pancerny obyczaj Jean-Paula oraz Simone. Do zachowania wolności prowadzą kręte ścieżki, zaś moralizowanie w tej sprawie – zresztą, w innych też – nikomu nie przynosi pożytku. Uznaj więc sens budowania własnego stylu życia, zaakceptuj też twoje etosowe dreptanie. Kto wie, dokąd dodrepczesz?"
Marek Beylin
Dialog nr 10/2025

Co to za zapachy wokół mnie?
Co to za cisza?
Co znaczy ten spokój w moim sercu,
Tak wielki, dziwny i nowy?
Słucham, jak rosną kwiaty
I jak w lesie rozmawiają drzewa.
Mam wrażenie, że dojrzewają teraz marzenia
I pragnienia, i nowe zasiewy.
Spokój, Eino Leino (1898)
tłum. Małgorzata Sidz

W połowie października przyjechał do Paryża twórca Pana Tadeusza. Przybywał z Lozanny, powołany przez rząd francuski na profesora literatur słowiańskich w paryskim College de France. Zamieszkał przy rue d'Amsterdam, gdzie też niebawem przez jego skromne mieszkanko zaczęło się przewijać sporo przyjaciół-rodaków. Nie brakło między nimi i Chopina, który jako gorący wielbiciel Mickiewicza, nie tylko jako genialnego poety, ale i jako zacnego człowieka, jak mógł, tak mu na każdym kroku starał się okazać swoje uwielbienie dla niego. Toteż gdy dnia 24 grudnia w Klubie Polskim miała się odbyć składkowa wieczerza wigilijna, głównie ku uczczeniu Mickiewicza, a później, dla najbliższych przyjaciół poety, proszony wieczór u Eustachego Januszkiewicza, Chopin obiecał swą bytność, choć niezdrów (tak dalece, że dzień 15 grudnia, dzień pogrzebu Napoleona, przesiedział w domu, nieciekawy tego widowiska). „We czwartek - pisał Januszkiewicz w swym dzienniku pod datą 19 grudnia - mamy kucję w Klubie, a później będzie u mnie herbata, na którą zaproszę Adama, jako w dzień jego imienin. Mają być: Chopin, Kątski, Szczepanowski z gitarą, będzie i septuor wokalny. Górecki zapowiedział, że z jakimś wierszem wystąpi." Stało się zupełnie tak, jak to początkowo projektował Januszkiewicz, albowiem po wigilii w Klubie, do której zasiadło przeszło 60 osób, a podczas której pięknie przemawiał Julian Ursyn Niemcewicz, część uczestników „dużą bandą" przeszła na wieczór do Mickiewicza, wieczór zaś zapowiedziany przez Januszkiewicza odbył się nazajutrz dopiero, dnia 25 grudnia. Chopin, choć przyrzekł swój współudział, choć nawet wyraził gotowość grania na fortepianie, który też dlań przygotowano umyślnie w ostatniej chwili, prawdopodobnie wskutek złego stanu zdrowia musiał uczynić zawód Januszkiewiczowi, czego z pewnością później sam najbardziej żałował, albowiem na uczcie tej - jak to zaraz nazajutrz doszło do jego wiadomości - zaszedł fakt, który poruszył całą emigrację. Mianowicie w czasie wieczerzy przyszło do improwizacji Słowackiego i Mickiewicza, w których ten ostatni w przystępie wyjątkowego natchnienia nie tylko porwał i zachwycił całe zgromadzenie, ale je po prostu wprawił w rodzaj ekstazy, w jakiś stan ekstatycznego oszołomienia, któremu ulegli nie tylko wszyscy obecni, ale i ci także, którym o tym opowiadano nazajutrz.
Wsiadam do birlocho, wehikułu czysto miejscowego; trzęsę się po opustoszałych ulicach. Wreszcie oto wieś. Nieprzyjemna linia fortyfikacji Palmy zapada w ziemię. Droga wznosi się ciężko w górę, pomiędzy pagórki. Potem napotykając wąwóz stworzony przez potok górski, mknie wzdłuż niego. Ten potok to pierwsza woda na swobodzie, którą spotykam. Dawniej biegła wolna w głębi wąwozu, którego pochyłości porosłe są zielonymi dębami. Gdzieniegdzie wąwóz się rozszerza. Oto na szczycie ferma otoczona sosnami; kaktusy jeżą swe liście kolczaste, a niekiedy wkoło warzywnego ogródka czerwienią się jaskrawię pyszne kwiaty granatu. Wzgórze jest łagodne, spokojne, przyjemne, bon enfant, i tak dojeżdżam aż do klasztoru w Valdemosa, doliny, która je zamyka długim tarasem. Wyprostowane, niby żołnierze na paradzie, stoją tam u wejścia rzędem cyprysy. Pomiędzy nimi widoczne są stopnie z kamienia, które prowadzą do galerii nakrytej łukiem.
Co prawda, zdjęcia nie zastąpią słów, lecz ratują przed ich brakiem. Powiedziałbym wbrew sobie, bo nie znoszę oglądania zdjęć. W ogóle nie rozumiem tej pasji, żeby tak rzec, pstrykania, która stała się dzisiaj tak powszechna, że zakrawa na coś w rodzaju epidemii. Człowiek, który nie ma aparatu fotograficznego i nie pstryka bezustannie, wydaje się nie z tej epoki. Gdziekolwiek się pojedzie ma się wrażenie, że te nieprzebrane tłumy przewalają się z miejsca na miejsce, żeby tylko pstrykać. Na wszelkich szlakach, w miastach i miasteczkach, w górach i dolinach, na lądzie, morzu, w powietrzu, na ślubach, pogrzebach, w chorobie i zdrowiu pstrykają i pstrykają. Nawet w ustronnym miejscu nie spotka się człowieka, który by nie miał aparatu fotograficznego. A potem godzinami oglądają jakby nie dość mieli siebie. Gorzej, zanudzają i innych. A czasu i tak nie da się zatrzymać, czas ma za nic nasze zdjęcia. Czas wręcz drwi z naszych zdjęć.
Może to odwieczny lęk człowieka, że w ogóle jest na świecie, legł u podstaw wynalezienia aparatu fotograficznego. W każdym razie doczekał się człowiek wreszcie wynalazku, który zaszczepił w nim wiarę, że istniał, istnieje i będzie istniał. Wielka to przewaga zdjęć nad życiem. Zastanawiam się tylko, dlaczego człowiek jest tak nienasycony sobą.
Ostatnie rozdanie, Wiesław Myśliwski
Odwiedza nas 133 gości oraz 0 użytkowników.