
Ogarnia mnie popłoch wewnętrzny, kiedy wyobrażam sobie, że idę ulicą ateńską w czasach Peryklesa (każdy z nas ma jakąś ulubioną epokę) i napotykam kogo? - oczywiście Sokratesa, który łapie mnie za łokieć i zaczyna w ten oto podstępny sposób:
- Witaj! Dobrze, że cię spotykam. Wczoraj z przyjaciółmi rozmawialiśmy o poezji: jaka jest jej istota i czy mówi prawdę, czy kłamie. Ale żaden z nas, ani Sophron, ani Kriton, ani Platon nawet nie układają wierszy. Ty natomiast to robisz i chwalą cię za to, więc musisz posiadać wiedzę o tym, czym jest poezja.
Wiem teraz dobrze, że sprawa jest dla mnie przegrana. Otacza nas zwarte koło gapiów. Podzielę los generała Lachesa, który nie potrafi dać definicji odwagi, i Polosa - sofisty, który nie zna się na retoryce, a także kapłana Eutyphrona, który o pobożności nie potrafi powiedzieć nic mądrego.
Koniec będzie zapewne taki: zawstydzony będę uchodził, ścigany śmiechem, a za mną będzie dudnił głos dialektyka:
- Jak to, oddalasz się i zostawiasz nas w ciemnej niewiedzy, ty, ty jeden, który mógłbyś ją rozświetlić? Unosisz tajemnicę i czarodziejskim swoim słowem będziesz nas znowu mamił. A my nie wiemy, czy ulec twoim czarom, czy się przed nimi bronić?
Przy całym moim uwielbieniu dla wielkiego ateńczyka wydawało mi się zawsze, że w jego dialogach, w sposobie ich prowadzenia jest pewna doza intelektualnego szantażu; bo przecież można być odważnym, a nie potrafić dać definicji odwagi, a także pisać nie najgorsze wiersze, będąc zgoła mizernym teoretykiem.
Sam język poezji - niedyskursywny tok myślenia, metoda posługiwania się obrazem, przenośnią, parabolą, oscylowanie między tym, co jasne, a tym, co zaledwie intuicyjnie przeczute - dostarczają argumentów obrony.
Mistrz z Delft, Zbigniew Herbert
Rozumny tak ma z tego świata schodzić jak z uczty
Pitagoras

Rzecz zaczyna się jazdą bez trzymanki w Fordzie Probe wyprodukowanym gdzieś w okolicach początku czasu polskiej transformacji ustrojowej niczym w powieści drogi z przystankiem w teraźniejszości. Noc, monotonna jazda, może sen, wypadek, sygnał pikających szpitalnych monitorów. Jest posępny, mafijny Królik stylizowany na Indianina w wykonaniu Andrzeja Jakubczyka. Jest landrynkowa Alicja w wieku średnim Judyty Paradzińskiej. Sytuacja raczej nie pozostawia cienia wątpliwości, że z małą dziewczynką sceniczna Alicja nie ma już nic wspólnego. Doświadczona, racjonalna, odważna, opanowana, konsekwentna oraz co najistotniejsze, po przejściu na ową drugą stronę, w mgnieniu oka odnajduje się w krainie absurdu. Co prawda, jeszcze szuka bielizny po małym tête-à-tête z Królikiem z Forda, co stało się przyczyną wypadku. Jeszcze taszczy walizkę, z której wypadają zdarzenia, słowa, znaczenia. Jeszcze biegnie nie wiedząc, że „tutaj (…) aby się utrzymać w tym samym miejscu, trzeba biec ile sił”.
Ksiądz dziekan Chmielowski zna świat tylko z książek. Za każdym razem, kiedy zasiada w swojej firlejowskiej bibliotece i sięga czy to po pokaźny foliant, czy drobny elzewir, zawsze jest tak, jakby wyruszał w podróż do nieznanego kraju. Ta metafora mu się podoba, uśmiecha się do siebie i już próbuje ją ułożyć w zgrabne zdanie... Łatwiej mu jest pisać o całym świecie niż o sobie samym. Ciągle czymś zaabsorbowany, sobą się nie zajmował, wydarzeń z życia nie spisywał i teraz zdaje mu się, że nie ma żadnej biografii. Gdyby go zapytała ta dama, która pisze tak ponure wiersze, kim on jest, jakże przeżył swoje lata, to co by odpowiedział? I gdyby chciał to spisać, nie byłoby tego wiele więcej niż kilka stron, więc nawet nie książeczka, nawet nie taki mały elzewir, zaledwie tylko broszura, świstek, żywocik nieświętego z obrazkiem. Ani peregrynant, ani lustrator obcych krain.
Księgi Jakubowe, Olga Tokarczuk
Bywa, że Bóg męczy się swoją światłością i ciszą, mdli go od nieskończoności. Wtedy, jak ogromna, wszechwrażliwa ostryga, której ciało, tak nagie i delikatne, czuje najmniejsze drganie cząsteczek światła, kurczy się w sobie i zostaje po nim trochę miejsca, gdzie od razu z zupełnie niczego pojawia się świat. Najpierw świat przypomina pleśń, jest delikatny i biały, ale rośnie szybko, pojedyncze nitki łączą się ze sobą, tworząc mocne poszycie. W końcu twardnieje i odtąd zaczyna nabierać kolorów. Towarzyszy temu niski, ledwie słyszalny dźwięk, ponura wibracja, która wprawia atomy w niespokojne drżenie. Z tego właśnie ruchu powstają cząsteczki, a potem ziarnka piasku i krople wody, które dzielą świat na pól.
Teraz jesteśmy po stronie piasku.
Olga Tokarczuk, Księgi Jakubowe
"Za nieobecnych przyjaciół, stracone miłości, starych bogów i porę mgieł. I niech każdy z nas odda diabłu co jego".
Kain
Szczęście stało się dziś obowiązkiem. Ludzie smutni czy melancholijni postrzegani są jako nieudacznicy. Tymczasem w życiu jednostki i w życiu zbiorowości dzieją się rzeczy bolesne, przerażające, okropne. I może warto się z nimi zmierzyć inaczej niż przez optymistyczne machnięcie ręką? Mamy prawo do rozpaczy. Rozpacz bywa sensowna. Jest przyznaniem, że życie nie jest sprawiedliwe i czasem musimy przegrać. A wtedy potrzebujemy innych ludzi, którzy z nami tę rozpacz podzielą.
Agnieszka Graff
Odwiedza nas 81 gości oraz 0 użytkowników.