
„Zdziwisz się zapewne, że piszę do Ciebie, a nie zaszedłem po prostu, jak to się często zdarza, do Twojej pracowni przed zapadnięciem zmroku. Myślę jednak, że nie mam odwagi, nie potrafię powiedzieć Tobie w oczy tego, co za chwilę przeczytasz.
Wolałbym nie pisać tego listu. Wahałem się długo, bo naprawdę nie chciałbym narażać naszej długiej przyjaźni na szwank. W końcu zdecydowałem się. Są przecież sprawy ważniejsze od tego, co nas łączy, ważniejsze od Leeuwenhoeka, ważniejsze od Vermeera.
Przed kilkoma dniami pokazałeś mi przez swój nowy mikroskop kroplę wody. Myślałem zawsze, że jest czysta jak szkło, a tymczasem kłębią się w niej dziwne stwory, jak w przezroczystym piekle Boscha. W czasie tej demonstracji śledziłeś badawczo i, jak mi się zdaje, z zadowoleniem moją konsternację. Było między nami milczenie. A potem powiedziałeś bardzo wolno i dobitnie: 'Taka jest woda, mój drogi, taka, a nie inna'.
Czytaj więcej: Johannes Vermeer do Antoniego van Leeuwenhoeka
Codziennie około piątej - lato było pogodne, bardzo ciepłe - przychodził stary przyjaciel Troosta, Abraham Anslo, niegdyś sławny na całą Holandię kaznodzieja, dziś milczący staruszek z siwą, rzadką brodą i wiecznie załzawionymi oczami. Siadał w nogach łóżka; uśmiechali się do siebie; ich dialog toczył się po za słowami i czasem. Chory miał ogromną potrzebę zwierzyć się ze swoich wątpliwości, duchowych rozterek i niepokojów. Nie mógł zupełnie pojąć Tamtego Świata. Puste błękity napawały go przerażeniem. Była to zapewne bezbożna rewolta wyobraźni, a nade wszystko pogańskich zmysłów. Absolutnie nie był w stanie zrozumieć, jak można istnieć bez domu, bez skrzypiących schodów i poręczy, bez zasłon i świeczników. A także bez tkanin, wśród których spędził całe życie. Jaka nieubłagana siła zabiera nam chłód szorstkiego jedwabiu, czarną wełnę przelewającą się przez ręce jak łagodna fala, płótno przypominające tafle stawu ściętego lodem, welur łaskoczący jak mech, koronki, które zdają się szeptać kobiece sekrety?
Anslo odchodził przed zapadnięciem zmroku i na pożegnanie dotykał zimnymi palcami ręki przyjaciela.
To nieprawda, że przed śmiercią jawi się nam całe życie. Wielka rekapitulacja istnienia jest wymysłem poetów. W istocie zapadamy w chaos. Cornelis Troost ma w sobie zamęt dni i nocy, nie odróżnia już poniedziałku od niedzieli, godzina trzecia po południu miesza mu się z czwartą nad ranem, kiedy czuwa, nasłuchując własnego oddechu i serca. Kazał sobie postawić na stoliku przed łóżkiem zegar, jakby w nadziei, że dozna łaski kosmicznego porządku. Ale czymże jest godzina dziewiąta, jeśli nie oznacza zasiadania do biurka w kantorze, południe bez giełdy, czwarta, której zabrano obiad, szósta bez kawy i fajki, ósma, którą pozbawiono wszelkiego sensu, bowiem usunięto stół, kolację, bliskich i przyjaciół. O święty rytuale codzienności, bez ciebie czas jest pusty jak sfałszowany inwentarz, któremu nie odpowiada żaden przedmiot realny.
Martwa natura z wędzidłem, Zbigniew Herbert
KONSTANDINOS KAWAFIS
MIASTO
Powiedziałeś: „Pójdę do innej ziemi, wypłynę na inne morze.
Znajdzie się inne miasto lepsze od tego.
Każdy mój wysiłek skazany jest na klęskę;
a moje serce - jak trup - leży pogrzebane.
Jak długo mój rozum trwać może w takim marazmie?
Gdzie bym nie rzucił okiem, gdzie bym nie spojrzał,
czarne ruiny mojego życia widzę tam,
gdzie przez tyle lat żyłem i trwoniłem i marnowałem”.
Ale nowych miejsc nie znajdziesz, nie wypłyniesz na inne morza.
Miasto podąży za tobą. Ulice będziesz przemierzał
te same. W tych samych dzielnicach będziesz dojrzewał;
i w tych samych domach posiwiejesz.
Zawsze przybędziesz do tego miasta. Do innego - nie miej nadziei -
nie ma statku dla ciebie, nie ma drogi.
Tak jak swoje życie roztrwoniłeś tutaj,
w tym małym zakątku, na całej ziemi je zmarnowałeś.
KONSTANDINOS KAWAFIS
tłum. JACEK HAJDUK
Zeszyty Literackie Nr 128

ALISSA VALLES
WIERSZE
Człowiek od ran
Bandażowałem go; Bóg go uleczył.
Ambroise Paré (XVI-wieczny chirurg połowy)
Tak: wierzyłem Bogu i mym rękom.
Wierzyłem Bogu, mym rękom i oczom.
Wierzyłem moim oczom, niezgojonym ranom
zadanym mi przez Boga, który żyje wiecznie.
Wierzyłem w widok na polach bitewnych:
w co strzał z muszkietu robi z ciałem,
w pręt rozżarzony, co zabliźnia kikut
kończyn tuż przedtem amputowanych.
Wierzyłem w mękę, która mąci wzrok
leczonych wrzącym olejem żołnierzy,
ja leczyłem ich sokiem z cebuli & solą,
żółtkiem, olejkiem z róży, terpentyną.
Walczyłem, by tamować strumień krwi
szczypcami w kształcie dzioba i jedwabną nicią,
i w każdym z nich, zaciężny, czy też pan
widziałem obraz mego ginącego Boga.
Człowiek od ran, Alissa Valles
Zeszyty Literackie Nr 128

„Walka jest wieczna; my zaś przeżywamy jeden jej określony moment. Ponieważ jednak my, kobiety, idziemy z falą, z potężną falą dynamiki życia, wy zaś, szanowni panowie, bronicie słabej już grobli – zwycięstwo nie przy was się ostanie. Wy – już jesteście. Jesteście, jako kształt, ustrój, system, jako wytwór czasu, który przemija. I to jest słabością waszą. My – stajemy się dopiero. I to jest naszą siłą” – przekonuje Konopnicka.
Karolina Dzimira-Zarzycka, Samotnica. Dwa życia Marii Dulębianki
Wydawnictwo Marginesy, 2022
Szczęście stało się dziś obowiązkiem. Ludzie smutni czy melancholijni postrzegani są jako nieudacznicy. Tymczasem w życiu jednostki i w życiu zbiorowości dzieją się rzeczy bolesne, przerażające, okropne. I może warto się z nimi zmierzyć inaczej niż przez optymistyczne machnięcie ręką? Mamy prawo do rozpaczy. Rozpacz bywa sensowna. Jest przyznaniem, że życie nie jest sprawiedliwe i czasem musimy przegrać. A wtedy potrzebujemy innych ludzi, którzy z nami tę rozpacz podzielą.
Agnieszka Graff
Odwiedza nas 77 gości oraz 0 użytkowników.