

fot. R.P. - Gdzieś pomiędzy Urk a Lemmer...
STANISŁAW BARAŃCZAK
Płynąc na Sutton Island
Jak co roku, wydaje mi się niemożliwe,
żeby czas mnie przekręcił
naprawdę przez maszynkę dwunastu miesięcy,
odkąd tu byłem ostatnio. Na szkliwie
zatoki wzrok nie naciął na pamiątkę karbu,
a jednak Northeast Harbor
trwa w jeżących się jachtach i jarzących szybach
zaparkowanych wozów. Łopot, sól, igliwie -
bez zmian. Więc albo byłem tu wciąż, albo
jakiś miejscowy rybak
dorabia sobie tym, że specjalnie na nasz
przyjazd, w przeddzień, pociąga każdy dach i maszt
świeżą olejną farbą,
albo sęk w tym, że coraz szybciej się starzeję.
Tak, pewnie w tym - po prostu -
jak sęk w desce siwego od słońca pomostu,
przy którym stoi ten sam jacht "MARZENIE"
co przed rokiem. Poznaję inne łodzie; każda
"GRACJA", "PIĘKNOŚĆ" czy "GWIAZDA"
wypina zeszłoroczną rufę - na mnie? ku mnie? -
nie, nie z pogardą, raczej chcąc zrobić wrażenie
szykiem nowego bocianiego gniazda.
(Znów wspominam rysunek
z "New Yorkera": jegomość, przechylony ufnie
przez reling, precyzyjnie maluje na rufie
"MÓJ PIERWSZY JACHT". Żelazna
konsekwencja kotwicy pamięci, co roku
wznoszącej się znajomą
rdzą żartu, na złość lśniącym mosiądzom i chromom,
z demokratycznie słonego półmroku
wód zatoki!) Dopływa właśnie do przystani
z kilkoma turystami
znajomy tramwaj wodny, łódź KRÓLOWA MÓRZ,
wbrew nazwie bliższa raczej typowi uroku,
jaki roztacza brzuchaty i stary
bosman, od dawna już
widziany tylko w knajpach w swej koszulce w paski.
Wrzucając, jak co roku, bagaże na płaski
dach kutra, korzystamy
może więcej z pomocy dwóch młodych drągali
z obsługi, ale wszystko
inne jest, jakie było: nie zdążyły wyschnąć
na drewnie ławki ślady tamtej fali
(pamiętasz, jak rok temu zbryzgała nas pianą?);
tę samą nakrapianą
parę dalmatyńczyków wprowadza na pokład
(lub jest przez nie wciągana) podobna do Ali
McGraw starszawa brunetka; z tą samą
mocą uderza mokra
bryza i to, że wszyscy się mylą: że można
samą siłą kochania, jak wyspę wśród morza,
uchować coś przed zmianą.
Płynąc na Sutton Island, Stanisław Barańczak, z tomu Chirurgiczna precyzja
...razy powtarzać? Nie mogę tego jeść. Chcę, ale nie mogę. Te puszki z pasztetem doprowadzają mnie do szału. Ostatnio dają mi je bez przerwy, myślą, że to zęby. Fakt, z zębami nie jest dobrze. Dwa mi wyrwali już jakiś czas temu, bo tak rozbolały, że wyłem pół nocy i w końcu zawieźli mnie rano do tego miejsca, którego nienawidzę od tamtego czasu, to znaczy od dwunastu albo trzynastu lat, dokładnie nie pamiętam, gdy cztery razy zakładali mi tam gips na złamaną tylną łapę.
Konkretnie gips zakładali tylko trzy razy, bo za każdym razem w nocy go zrywałem, ciężki był strasznie i bolało jeszcze bardziej z gipsem niż bez. Na szczęście za czwartym razem połapali się i założyli mi lekki sztywny opatrunek z jakiegoś plastiku czy czegoś tam, co za różnica, grunt że było do zniesienia. Łapa się zrosła, to najważniejsze, choć czasem mnie rwie na zmianę pogody.

Na wrocławskiej scenie Teatru Polskiego wybrzmiała z wielkim łoskotem Burza Williama Shakespeare'a w reż. Krzysztofa Garbaczewskiego. Bez wątpienia, było to zaburzenie zarówno czasu jak i przestrzeni. Oko emocjonalnego cyklonu zaprezentowanego na scenie, szeroko rozlało się po premierowej publiczności unoszonej frenetyczną ekstazą co i rusz jeszcze w trakcie trwania przepełnionej okultyzmem podróży na dziką wyspę, którą naznaczono odwróconym wulkanicznym stożkiem - godzącym w piersi umęczonej Prospery wykreowanej z fantazją godną podziwu przez Ewę Skibińską.
A przemóc zmęczenie nigdy nie było mi łatwo, nie pomagał nawet sen, jeśli naturalnie po wzięciu proszków zasnąłem. Budziłem się rano po takiej nocy równie zmęczony, jak kładłem się spać. Takie nieustanne poczucie zmęczenia powoduje, że poddaje się człowiek zniechęceniu i mało co jest w stanie go poderwać. Nawet wyobraźnia karleje, jakby przymierała, i czasem nie chce się człowiekowi niczego wyobrażać.
Ktoś mógłby mi poradzić, abym wziął dłuższy urlop, gdzieś wyjechał, i to jak najdalej, oderwał się od wszystkiego, zmienił kraj, klimat, może i kontynent, a na pewno oderwałbym się i od siebie. Ale to trzeba umieć odpoczywać. A mnie wszystkie sposoby odpoczywania, jakie się uprawia, jeszcze bardziej męczyły, jakby jakieś ustanowione nie wiadomo przez kogo rytuały czy wręcz trudne do zniesienia obowiązki, o wiele trudniejsze niż codzienna praca, chociażby do nocy. Takie zmęczenie to nie tylko stan fizyczny, jak się sądzi, objaw wyczerpania, to przede wszystkim narastająca w człowieku świadomość brzemienia samego siebie. Kto wie, może to świat staje się z latami taki ciężki dla nas, zwłaszcza gdy sobie zaczynamy uprzytamniać, że przecież nie z własnego wyboru na nim jesteśmy. Jedynie w dzieciństwie mamy tę zdolność wchłaniania świata. Z czasem jednak ta zdolność, można by rzec, przechodzi mutację, jako że świat wokół nas nieustannie olbrzymieje, a nasze możliwości wchłaniania go nie są nieskończone.
Ostatnie rozdanie, Wiesław Myśliwski
Nauka nigdy nie prowadzi do niedowiarstwa, ciemnota nas tylko w nim pogrąża. Człowiek ciemny, aby tylko co dzień widział jaką rzecz, wnet mniema, ze ją rozumie. Prawdziwy badacz natury wiecznie postępuje pośród zagadek; ciągle zajęty zgłębianiem, pojmuje zawsze przez pół, uczy się wierzyć w to, czego nie rozumie i tak zbliża się do świątyni wiary
Jan Potocki, Rękopis znaleziony w Saragossie
Odwiedza nas 16 gości oraz 0 użytkowników.