
Patrice de La Tour du Pin
AWANTURNIK
I
Aby gry tych wieczorów piękniejsze się stały,
czyż nie postanowiłem o zmierzchu porzucić
głuchej latarni, w tłumie kruków pociemniałej,
do gwiazdy, przypadkowej gwiazdy znów powrócić,
tej, co własny swój połysk na puszcze rozsiewa?
Jakie szaleństwo, jeżeli idzie przez wąwozy
nocy, jeżeli stąpa wśród milczącej grozy
nocy, jeżeli ktoś go oprócz mnie spostrzega,
jeżeli woła...
Ktoś schodził przełęczą,
jakbym czyjś oddech ciężki i osłabły poczuł,
tuż obok zgadywałem jego głowę wdzięczną,
od wysp kraju ciemności powabniejsze oczy:
I skoro tylko w wichrze drzewa zakrzyczały,
uciekłem, jego oczy obiegły mnie kołem
i znów przyszły, i znowu z drzew szron padał biały...
„To jest dziwna gra, ja tej gry pojąć nie zdołam”,
powiedział, „ale żeby znać awanturnika
swojej rozkoszy, dosyć jednego zawrotu,
ten przechodzień nie zawsze ukazać się gotów,
jeżeli jest jak ptak, co niesie ogień, znika”.
Nic nie odrzekłem, bo i cóż bym mógł? Jakże poniechać
tych oczu, twarzy w dziwnych stopniałej uśmiechach,
trzeba by całych godzin zwierzeń, całych godzin,
aby przeniknąć, odkryć ich ukryte niebo
i nie zgubić się; czysta głębia tak uwodzi...
„Naucz mnie swoich zabaw, lubię je, już czuję,
obaj będziemy grać, a każdy spróbuje
grać w sobie samym, niechże będą tajemnicze”.
I poszliśmy tak obaj ku innym przygodom,
przez drogi, co na inne, ciemne zbocza wiodą,
a przez bory - w tych oczu pustkowia dziewicze.
II
„Ach, jak na serce dziecka, gorące jest twoje!
Czyżbyś już poznał miłość?”
„Oszalałeś chyba!
Czy chcesz wierzyć, że łatwo tobie się odkrywa
serce tak oddalone, tak cierpkie napoje
znające, serce dziecka, co błądzi?”
„Nam trzeba
szukać złota, bo wody podmyły równiny,
podziemne rzeki złoto falą przewoziły,
słychać jeszcze, jak nisko ich szum się rozlewa:
Tak ubogim nie wolno ruszać w kraje obce,
trzeba ryć przez noc całą, ryć, drążyć z rozpaczą
ku złotu”.
Coraz ciemniej, mrok już gęstnieć zaczął,
więc rzędem obnażaliśmy białe grobowce
zgubione dawno, dawno, w zapomnienia pyle
(zapewne przypominasz dziwaczne nazwiska
na ostatnim i króla zatarte profile),
na nich złota moneta samotników błyska,
z napisem, co jest jakby modlitwa scytyjska,
a zaklęć w jednym słowie, któż odgadnie ile...
III
Mieliśmy nad głowami wysokie ogrody,
strumieniami spływały śniegi topniejące:
To ja odkrywam w sobie czas mojej pogody,
jeżeli ty nie jesteś tylko sennym gońcem
moich marzeń, przechodniem, co stąpa po cieniach.
Ale wędrując ciemną chmurą moich źrenic,
widziałeś może gwiazdę, obok ptaka śpiącą,
gwiazdę łagodnych toni, podwodnych ramienic,
niech będzie twoim światłem, jeżeli ją trącisz,
przechodząc moim śladem, śladem mego cienia.
IV
„Chory jestem i czuję wielki zawrót ciała,
może to księżycowa febra się zaczyna,
przez to, że pełna marzeń była noc dziecinna,
o mało nie umarłem...”
O świcie huczała
zawieja, trzeba było, ażebym go niósł,
abym kradzione złoto wydał na lekarstwa,
bo blade niebo taki budziło w nim mróz
jak księżyce, niebieskie nieodkryte miasta...
Mówią mu: „Ty masz wielką gorączkę, ten płynny
żar źrenice ci objął od niedawna chyba,
to jest dziwna choroba, co u dzieci bywa,
w twoich oczach zmienionych prześwieca świat inny
niż w jego, niż w ich...” I wytężałem oczy,
i odsłaniałem dziwy z głębi moich oczu,
wiedząc, że tam odnaleźć można krwawy wieniec,
ten sam, co jego kruche powieki wypełnia,
żar tej samej gorączki w głębi moich źrenic,
a ona nie jest nigdy u dzieci śmiertelna.
Uciekliśmy i odtąd szliśmy coraz wyżej,
do tych ostępów lasu, gdzie można się schować,
on, zaciskając usta, szeptał do mnie „prowadź”,
bo już wiedział niejasno, że śmierć się przybliża.
Tkliwa śmierć, która kropla po kropli upadnie,
którą kropla po kropli jego wzrok pochłonie,
i na trudniejszych zboczach opierał się o mnie,
i niosłem go, i chwile to byty ostatnie...
V
Zapragnął nagle usnąć i umierać we śnie.
„Będę czuwał”, szeptałem, „będę czekał zorzy,
jeszcze tędy z podróżnych ktoś przechodzić może,
mam nadzieję, nadzieję ubogich”.
Pośpiesznie
listopadowa noc na niedosiężne parła
wyżyny ciszy, a jego oddech słabł.
Oddychał prawie we mnie, w cieple mego gardła.
Już nie wezwę pomocy, nie chcę ludzkich rad.
„Czymże ja jestem”, pyta, „człowiekiem, lecz i nie
człowiekiem nawet, bo ptak już nie zdoła
posłyszeć mnie, na takiej nie bywa wyżynie!
Choćbym wierzył, że skrzydłem dotknie mego czoła,
jakim szaleństwem było przyjmować nie swoje
cierpienia i umierać z urojonych ran!”
Już spał i w życia swego wracał kraj daleki,
i o napój prosiły przymknięte powieki:
nic nie mówił, więc mogłem odejść. Został sam.
Zbrodnia? Ku wielkiej rzece schodziłem w spokoju,
jej białość moje nogi do kolan obmyła,
lecz aby znaleźć źródło, z którego wypływa
woda czystsza, pod księżyc, do jasnego zdroju
biegłem, po smudze cienia wznosząc się powoli
tam, gdzie nad towarzyszem moim ciche stoi
światło, i czuwa blask u śmierci bram.
Awanturnik, Patrice de La Tour du Pin
tłumaczył: Czesław Miłosz
lata 30-te XX wieku
Znalezione w: Czesław Miłosz, "Przekłady poetyckie wszystkie", Wyd. Znak, 2015 rok
Oto nasze doroczne Dziady. Kończąc te kilkadziesiąt lat, już za- półmetkowe, pośród pamięci o duszy ledwie kilka godzin temu zgasłej, a z którą wiele było bycia w codzienności, pozostaje rozdźwięk pomiędzy potrzebą oddychania, a poddania się prawidłom losu. Ten, nie wyznając nijakich uczuć, co zostaje zarezerwowane dla jestestwa człowieczego bytu, może i wyznacza gwiezdne szlaki, może jest stworzycielem dnia, nocy; może prorokuje w zakryciu siebie samego, a może go nie ma, będąc ułudy rojeniem. Oto obchodzimy Dziady. Pośród letniej altany, rozmów zwyczajności codziennej, istotnej, a znaczącej, uczuciowej, prostej, przyziemnej – najważniejszej. Liście jeszcze nie myślą o opadaniu, gdy dojrzewa wino. Sfermentowało nie jeden raz zboże, a rozmowa nie znała granic nocy, płonącego żarem drzewnego węgla, przypalonej potrawy na nim, smakowanej, ziemnej, kociej muzyki miauków niepozbawionej pulsu ciepłej, letniej nocy. I przeminęło. Wino dojrzało. Wypił, kto potrafił. Oto obchodzimy Dziady.
Jestem wytworem kultury, która każdy dramat uważa za coś w najwyższej mierze nieprzyzwoitego. Rola tragicznego bohatera wydaje się i mnie, i temu kręgowi ludzi, w którym wyrosłem, rolą cokolwiek nieprzyzwoitą – nawet jeżeli jest to tragedia. Ostatecznie bowiem człowiek z kulturą, człowiek wykształcony (czy na pół wykształcony), człowiek, który zajmuje się literaturą, mniej więcej zawsze znajduje jakieś usprawiedliwienie dla tego, co się z nim dzieje.
Josif Brodski
Jako metoda filozoficzna dialektyka objaśnia bieg świata, gdyż bieg świata jest dialektyczny; lecz właśnie dlatego, że bieg świata jest taki, również dialektyka może świat kompletnie zataić, zagłuszyć i zakwestionować - wystarczy, by zanegowała siebie poprzez wewnętrzne przejście do metafizyczności.
Václav Havel, Obywatel kultury
Wydawnictwo Agora; Warszawa, 2016
Zmiana powszechnego smaku jest ważniejsza niż zmiana poglądów; poglądy, ze wszystkimi dowodami, kontrargumentami i całą intelektualną maskaradą, są tylko objawami zmiany smaku, a na pewno nie tym, za co się je wciąż często uważa, przyczynami. Jak zmienia się powszechny smak? Wskutek tego, że jednostki, możne, wpływowe i nieznające wstydu, wydadzą wyrok: hoc est ridiculum, hoc est absurdum - czyli sąd smaku i odrazy - i po tyrańsku ten wyrok przeforsują; licznym ludziom narzucają w ten sposób przymus, który stopniowo staje się nawykiem jeszcze liczniejszych, a ostatecznie potrzebą wszystkich. Jeżeli zaś owe jednostki inaczej czują i „smakują", wynika to zazwyczaj z ich szczególnego sposobu życia, pożywienia, trawienia, może z większej albo mniejszej zawartości nieorganicznych soli w ich krwi i mózgu, krótko mówiąc, z ich physis; mają jednak odwagę przyznawać się do swej physis i wsłuchiwać się w jej żądania, nawet najbardziej subtelne - ich sądy estetyczne i moralne to właśnie owe „najbardziej subtelne odgłosy" physis.
Fryderyk Nietzsche, Radosna wiedza
tłum. Małgorzata Łukasiewicz
Odwiedza nas 20 gości oraz 0 użytkowników.