
Mówię o moim mistrzu i nauczycielu Tadeuszu Łomnickim, który potrafił mnie czasami okrutnie przeczołgać. W siedemdziesiątym ósmym roku trwały próby Przedstawienia Hamleta we wsi Głucha Dolna w Teatrze na Woli w reżyserii Kazia Kutza. Grałem w nim Hamleta, to była moja pierwsza taka duża rola. Mój dyrektor i nauczyciel Tadeusz Łomnicki grał sekretarza partii Klaudiusza - Bukarę. Było już blisko premiery, a jednocześnie zbliżał się też jakiś zjazd partyjny i Łomnicki, członek KC, był bardzo napięty. Pewnie domyślał się, że będzie miał kłopoty z tą niecenzuralną sztuką. Któregoś dnia przyszedłem rano na próbę kostiumową z postanowieniem, że tego dnia pokażę Kaziowi, na co mnie stać. Miałem wpaść na scenę, krzycząc: „Gdzie jest Bukara?”, a Łomnicki siedzący na krześle, które stało na stole, miał odpowiedzieć: „Tu jestem, czego chcesz?”. Stałem w kulisach i rozgrzewałem w sobie palenisko, myśląc, jak wstrząsająco zaraz zagram. Kiedy wbiegłem na scenę i zaryczałem: „Gdzie jest Bukara?!” - zapadła cisza, Łomnicki siedział na krześle, patrzył na mnie i milczał. Pomyślałem, że może za wcześnie wbiegłem, ale nie, to był odpowiedni moment. Łomnicki wciąż patrzył mi w oczy, a wokół cisza jak makiem zasiał. Wyciągnął palec i skinął na mnie. Jak zahipnotyzowany poszedłem w jego kierunku... Szedłem wieczność. Kiedy byłem już tak blisko, że bliżej podejść się nie dało, Łomnicki schował rękę, nachylił się do mnie i szeptem, który słychać było w całym teatrze, powiedział: „Kto ci, chuju, dał dyplom?”.
I nagle zaczął mnie opierdalać, ostrymi słowami bijąc w najdelikatniejsze miejsca.
Kazio z góry widowni krzyczał: „Odpierdol się od niego, chuju!”. A Łomnicki nadal rugał mnie jak psa. I nagle zapadła ciemność. Po jakimś czasie zorientowałem się, że siedzę w swoim małym fiacie, w kostiumie scenicznym, a przed sobą mam tablicę z napisem „Sochaczew”.
W bibliotece duszno... Nie, nie umiem niczego przywołać, nie chcę niczego zapisywać. Wszystko jest jedyne i przepada na zawsze. Poeta powiada: „Masz mało czasu, trzeba dać świadectwo”. Jakie świadectwo? I czy rzeczywiście jest ono potrzebne? A czasu istotnie mam mało. Co dzień wsłuchuję się w siebie jak więzień, który o świcie boi się usłyszeć na korytarzu kroki strażników, księdza, prokuratora, naczelnika więzienia... Ale lęk daje się obłaskawić: „Świat jest teatrem - powiada Marek Aureliusz - ludzie aktorami wyznaczonymi do odegrania skromnej zazwyczaj roli. Nie należy buntować się i lękać śmierci, która mieści się w naturalnym porządku świata”.
Czasami - w chwilach przypływu energii – wydaje mi się, że sama obecność w miejscu tylu wspomnień, tylu zachwyceń, wywoła potrzebę utrwalenia czegoś, co za chwilę przeminie, zniknie, jak ślad na wodzie. Że wystarczy przywołać - tak często towarzyszące mi dawniej - uczucie głodu, że wystarczy wsiąść na rower, pojechać do Fourques, do Saint-Gilles, odszukać pod pustym niebem znajomą groblę w Camargue; wystarczy znaleźć słowa, zapisać to, co nagle - w nostalgicznym wspomnieniu, albo po prostu nie wiadomo dlaczego - wydało się godne utrwalenia.
Strzeżcie mnie
strażnicy moi cisi
bo słońce stygnie
a ostatni liść wawrzynu
był zakurzony
i nie nadawał się nawet do garnka
z pieczenią -
strzeżcie mnie przed tą kliszą
za trzy grosze
co wciąż się rozwija
przede mną
i chce mnie wciągnąć
jako aktora albo statystę
którego nie przewidział scenariusz -
Żyję wciąż w przekonaniu
że Szekspir był spółką.
Która przy błazeństwach wyręczała się
szarlatanami co byli mu równi geniuszem
lecz prócz pieniędzy mieli wszystko w nosie.
Nie może przełknąć zbyt wiele przetrwania.
Czasem trawi pluton, innym razem
destyluje nieliczne sylaby i wyrzuca pomnik
do kubła na śmieci. Wytwarza coś jakby grzyby
możesz ich znaleźć wiele w gromadzie, potem zostajesz
z pustymi rękami na dzień cały
lub na rok albo wiek. Zależy.
Wiersz: Opowieści literackie Eugenio Montale z tomiku 'Zapiski z czterech lat'
Potocki jest człowiekiem swoich czasów, kiedy rozumuje w kategoriach charakteru narodowego, ale tym, co zawsze będzie go wyróżniać, jest odrzucanie stereotypów. Nie pozwala sobie na mówienie o narodzie tureckim, odkładając to do chwili, kiedy uzna, że dostatecznie dobrze go poznał. Przypisuje mu zatem przymioty, które go poruszają i powinny też spodobać się matce, ponieważ to dla niej opisuje łagodność narodu, przepełnionego duchem pokoju, głębią i harmonijnym stosunkiem do natury, który wyraża się szczególną troską o zwierzęta i absolutnym poszanowaniem drzew: „Ściąć je największą jest zbrodnią, przeciwko której szemrze sąsiedztwo, toteż Turcy strzegą się tego usilnie”.
Co się zaś tyczy filozofii życia, głęboka mądrość Turków daje się ująć w taką oto formułę: „Maksymą ich jest, iż trzeba używać, nie zaś pozornie używać”. Ale ta sztuka życia wyraża się najlepiej nie w maksymach, lecz w literaturze:
I stąd ta filozofia tak słodka, we wschodnich tylko spotykana pismach, która nie używa błyskotliwych paradoksów, ale apologów, które zdają się swoje myśli i prawdy raczej udzielać niż narzucać swojej świadomości. Poezja w nich zawarta zbliża człowieka do natury poprzez podobieństwa wybrane w najpiękniejszych jej tworach. Alegoria, wymyślona w państwach wschodnich, żeby nią myśl przed szaleństwem despotyzmu ukryć, ustawnie się w nich odradza z bujnością krzewu zasadzonego na odpowiednim gruncie, a moralność, chroniąc się pod jej zasłonę, zaleca wzgardę wielkości, szczęście życia domowego, nade wszystko zaś bezczynność; apostoł bezczynności pewnym być może, że go na Wschodzie wszyscy usłuchają. Nic tego bardziej nie dowodzi niż okolice Stambułu.
Podróże, Jan Potocki
Znalezione w: Jan Potocki. Biografia, François Rosset, Dominique Triaire
Jeżeli matka była w domu, przygotowywałem się na to, że będzie nieprzyjemnie, bo nie lubiła, kiedy siedziałem z książką; nie cierpiała tego, że czytam. Wyganiała mnie na dwór, bo chciała, żebym z pasją uprawiał sport, żebym był taki jak inni chłopcy i żebym był lubiany. Wściekała się, kiedy ignorowałem jej rady i otwierałem książkę; raz podbiegła do mnie z twarzą zmienioną gniewem, wyrwała mi książkę (była to chyba Duma i uprzedzenie) i szerokim łukiem wyrzuciła ją przez okno. Nie ruszyłem się wtedy z miejsca i starałem się uśmiechać pogardliwie, myśląc, że chyba straciła panowanie nad sobą, że przesadziła z tą furią i że jest niemądra, skoro nie rozumie, że nie mogę być taki, jaki jej zdaniem powinienem być. Teraz jednak myślę, - może nawet z żalem – że była jedynie zdesperowana, bo lęk o to, czy zdoła mnie ocalić, doprowadzał ją do skraju wytrzymałości. Czuła – a właściwie wiedziała, taka jest prawda – że przyjdzie chwila, kiedy, niczym cyrkowy akrobata, będę musiał stanąć na jej barkach i na barkach tego wszystkiego, co dla mnie zrobiła, i skoczyć w życie, którego nie umiała sobie wyobrazić (a które wiodę teraz); jeśli chciała mnie na drogę otulić frazesami, wyposażyć w wysportowane ciało i szacunek dla pieniądza, to dlatego, że jej zdaniem było to najcieplejsze okrycie.
Stan łaski, Harold Brodkey
Zeszyty Literackie Nr 119
Odwiedza nas 42 gości oraz 0 użytkowników.