
Człowiek wielkoduszny nie naraża się dla rzeczy małych i w ogóle nie lubi się narażać, bo niewiele rzeczy ceni. Umie zaś stawić czoło grozie, gdy chodzi o rzeczy wielkie, i nie szczędzi wtedy życia, bo nie uważa, jakoby trzeba było żyć za każdą cenę. (...) Jest też znamienne dla człowieka wielkodusznego, że o nic lub niemal o nic nie prosi, natomiast chętny jest do usług. Wyniosły jest wobec ludzi na wysokich stanowiskach, a łagodny wobec ludzi średnich. Przewaga bowiem nad tamtymi jest trudem i godna szacunku, a nad drugimi łatwa, i wynoszenie się nad tamtych nie jest nieszlachetne, a wynoszenie się nad nędzarzy jest czymś prostackim, tak jak przemaganie słabych.
Czytałem gdzieś, że system totalitarny stwarza lepsze warunki do cierpiętnictwa niż do myślenia.
Będąc realistą, daleki jestem od patriotycznego złudzenia, że świat tylko na skutek swej beznadziejnej ignorancji nie zna nadzwyczajnych wytworów myśli, od których roi się u nas na każdym kroku. A jednak buntuje się coś we mnie również przeciw wspomnianemu twierdzeniu, że historia skazała nas na niegodną pozazdroszczenia rolę niemyślących specjalistów od cierpienia, jako jakichś uboższych krewnych ludzi z „wolnego świata”, którzy nie muszą cierpieć i dlatego mają czas na myślenie.
Kim zatem jest półinteligent? Co charakteryzuje postawę półinteligencką?
Przede wszystkim na pewno błędem byłoby sądzić, że półinteligent to po prostu człowiek na poły inteligentny. Doświadczenie uczy, że jego horyzonty co do zakresu wartości, jakie potrafi ogarnąć, nader często bywają szersze niż u wielu innych osób, których nigdy byśmy tak nie nazwali. Półinteligencja jest wszak pochodną - przynajmniej ja to tak rozumiem - nie skali wykształcenia, tylko jego jakości. Wykształcenie półinteligenta ma bowiem swą specyficzną strukturę wynikającą z pewnego - charakterystycznego dla postawy półinteligenckiej - stosunku do wartości kulturalnych. Półinteligencję należy zatem postrzegać nie pod kątem zakresu przyswojonych wartości, lecz wyłącznie zasady ich przyswajania.
Czy jesteś wrażliwy na piękno natury? Chyba tak, lubisz góry, morze. Zachwycałeś się widokiem z Poronina i Bukowiny podczas naszego cudownego zimowego spaceru, widok pełnego morza z Batorego robił na Tobie duże wrażenie. Ale chodzi mi o inne sprawy, o naturę, że tak powiem w miniaturze, o uroki kwiatów (które lubisz, wiem), drzew, ogrodów. W tym samym rodzaju jest umiejętność spostrzegania piękna w różnych, pozornie pozbawionych uroku miejscach. Na przykład zapuszczony staw u nas, z Twojego mostku widok na strugę, jakieś kępy olch czy wierzb - ileż to ma piękna i wdzięku, kiedy się umie na nie patrzeć. Przypuszczam, że i sosny w Gostyninie mogą się wydać piękne. Szczególnie takie mikropejzaże działają na nas, gdy są połączone ze wspomnieniami drogich osób lub chociażby ze wspomnieniami przelotnych, ale intensywnych, przeżyć. Wtedy nabierają jakby wewnętrznego życia, już nie widzi się olchy, dębu czy wierzby, ale widzi się je tak, jak się je widziało podczas rozmowy z tym a tym czy podczas schadzki. U nas w alei jest taki duży kamień kształtu ławki, można na nim siedzieć we dwie osoby. Skąd się tam wziął, nie wiem. Ale dawniej go nie było. Teraz, ile razy widzę ten kamień, przypominam sobie, że kiedyś w jesiennym, przykrym zmroku siedziałem na nim z kimś bardzo drogim. Siedziałem krótko, rozmawiałem o sprawach bardzo codziennych i zwyczajnych, pod baldachimami liści opadających, pożółkłych, w woalu mgły, ale tej jednej krótkiej rozmowy wystarczyło, aby ten kamień stał się pełen jakiejś wewnętrznej treści.
Wiele razy mnie spowiadano i ja sam spowiadałem się przed przypadkowym rozmówcą albo przed wami, których się nazywa opinią publiczną. Wyznam teraz, może zbyt późno, że moja spowiedź była trochę prawdziwa, ale też mocno nieprawdziwa. Mówiłem o sobie i o swoim życiu odrobinę tak, jak oczekiwali moi rozmówcy. Oceniałem siebie i swój los w ten sposób, jakiego wy pragnęliście. Posługiwałem się kategoriami socjologicznymi, historycznymi czy psychologicznymi przez was ustanowionymi.
Ale teraz, pod koniec życia, myślę, że moje życie i mój los podlegały trochę innym regułom. Że robiłem to wszystko, co wy, ale myślami byłem gdzie indziej. Że mówiłem to wszystko, co mówiłem, i sam słuchałem ze zdziwieniem swego mówienia.
Ja nie jestem wdzięczny za swoje życie i nie byłbym wdzięczny za każde inne. Mnie się życie, nasz byt na tej małej planecie, zupełnie nie podoba. Mnie to życie nawet w jakiś sposób rani. Właściwie rani nie mnie, ale moją świadomość, która wysnuła się, wydęła się, wyrosła nie wiadomo z czego. Z drobin kodu genetycznego, z powietrza, wody, albo z kotletów schabowych.
A największą karą: dostać się pod rządy człowieka gorszego, jeśliby ktoś nie chciał rządzić sam. Mam wrażenie, że z obawy przed tą karą rządzą ludzie przyzwoici, kiedykolwiek rządzą. Wtedy idą do rządów nie jak do jakiegoś dobra i nie dlatego, żeby tam mieli opływać, tylko jak do czegoś, co robić muszą, bo nie mają komu lepszemu lub równemu zdać tego ciężaru. I bodajże, gdyby istniało państwo ludzi dobrych, to by w nim walczono o to, żeby móc nie rządzić – tak jak teraz się walczy o rządy. Tam by się pokazało, że istotnie, kto rządzi prawdziwie, ten nie ma tego w naturze, żeby własnego interesu patrzał, tylko pilnuje interesów poddanego. Dlatego każdy człowiek myślący woli raczej, żeby ktoś inny dbał o jego pożytek, niż żeby sam miał kłopot dbając o drugiego.
Platon, Państwo
Odwiedza nas 212 gości oraz 0 użytkowników.