

[...] Sam nie wiem po co - może dlatego, że, bojąc się, jednocześnie bawiłem się moim strachem. [...] Wtedy burza zatrzymała się. Deszcz, wiatr, grzmot, blask - wszystko skończone. Cisza. [...]
Ja, rzecz jasna, nie zwariowałem na tyle abym sądził, że to mój ruch wstrzymał burzę. Ale - przez ciekawość - znów wyciągnąłem rękę w zupełnie ciemnym teraz pokoju - i co? - wicher, deszcz, grzmoty, znów się zaczęło!
Wraz z zakończeniem I wojny światowej Polacy wreszcie doczekują się niepodległości i Piłsudski powraca z Niemiec w listopadzie 1918 roku jako zwycięzca. To jego wizja aliansu z Austrią pomogła w wyzwoleniu. Wprawdzie oferują mu nieśmiało stanowisko króla Polski, ale stary socjalista właśnie wysiada z czerwonego tramwaju na przystanku niepodległość i nie jest mu po drodze. Wraz z nim całe miasto oddaje się wielkiemu świętowaniu. Nawet czternastoletni pacyfista Itek Gombrowicz nie oprze się tej orgii radości.
W stosunku do poczynań władzy w sferze kultury, a więc do tzw. polityki kulturalnej, niewątpliwie stale obowiązuje: wciąż się czegoś gdzieś zakazuje, wciąż niemal nic nie wolno, zlikwidowane czasopisma nadal pozostają zlikwidowane, poddane manipulacji instytucje ciągle są jej obiektami itd., itd. Władza naprawdę zachowuje się jak grabarz i niemal wszystko z tego, co pozostaje przy życiu, a co w dodatku wymagało jakiegokolwiek zezwolenia, żyje niemal wyłącznie przez pomyłkę, niemal wyłącznie na słowo honoru, zawsze i nieuchronnie wśród mnóstwa komplikacji i nie mając pewności jutra.
Co jednak słuszne jest w odniesieniu do woli władzy, nie musi być słuszne, jeśli chodzi o realny potencjał duchowy społeczeństwa. Chociaż zepchnięty pod powierzchnię spraw publicznych, choć pozbawiony głosu i mniej lub bardziej sfrustrowany, mimo wszystko ciągle jeszcze jakoś istnieje. Jakoś gdzieś żyje. I z pewnością nie zasługuje na to, żeby uznawać go za trupa.
Krótko mówiąc, nie wydaje mi się, że wszyscy umarliśmy. I wcale nie jest tak, żebym widział dokoła same tylko krzyże i groby.

„Niczego o nas nie ma w Konstytucji” - Marcin Świetlicki w wierszu Pod wulkanem gniewną frazą ogłasza gorycz obywatelskiego odrzucenia.
Ale Konstytucja czasem więcej znaczy, niż mówi. I dlatego jeżeli Konstytucja o czymś milczy, to nie zawsze to oznacza odrzucenie - jak myśli Świetlicki. Dlaczego zatem Świetlicki - a raczej bohater, w imieniu którego Świetlicki przemawia - nie ma racji i co spowodowało, że miał podstawy omylić się co do swej obecności w Konstytucji - to temat dwóch pierwszych części odczytu.
Trzecia i ostatnia część będzie o tym, co się stało i co się dzieje z naszą Konstytucją.
Solon, Cyceron, François Rabelais, Mikołaj Rej, Jan Kochanowski, Gustave Flaubert, Franz Kafka, Bolesław Leśmian, Witold Gombrowicz, Czesław Miłosz - oto kilku tylko pisarzy, którzy stanowili prawo - jak Solon - lub je praktykowali albo tylko studiowali. W naszych czasach pisarze, którzy wybierali studia prawnicze, czynili tak niekiedy - podejrzewam - w przekonaniu, że najmniej ryzykują, najmniej muszą się nauczyć (tu się chyba mylili), najmniej też wystawiają się na groźbę, że społeczeństwo pochwyci ich i wykorzysta tak, że nie zostawi im ani jednej wolnej chwili. Wybór studiów prawniczych wydaje się czymś neutralnym; najmniej angażuje (tak przynajmniej sądzą lub sądzili utalentowani maturzyści). Przestrogą dla kandydatów na pisarzy prawników stało się życie Franza Kafki. Kafka, jak pamiętamy, nie tylko studiował, ale i przez wiele lat praktykował prawo w praskim zakładzie ubezpieczeń, którego domeną były wypadki przy pracy, w tartakach i innych zakładach przemysłowych. W jego prozie dominuje konflikt wyobraźni, ludzkiej swobody, z Prawem, pisanym dużą literą, z Prawem despotycznego Ojca. Witold Gombrowicz studiował prawo, a potem stworzył filozofię Formy, która nas zniewala. Ciekawe, gdzie się tej Formy napatrzył.
Czytaj więcej: ADAM ZAGAJEWSKI, Laudacja dla prof. Ewy Łętowskiej
Odwiedza nas 178 gości oraz 0 użytkowników.