
Tym, co zrujnowało raj, była pokusa chwały. Ilekroć pragniemy wyjść z bezimienności, tego symbolu szczęścia, ulegamy podszeptom węża.
Emil Cioran, Zeszyty 1957-1972


Cóż można począć ze swym życiem? Jak zagospodarować dany nam - niewiadomej zresztą długości - czas? Mądrze zagospodarować, czyli tak, by wydzielone w nim części i okresy układały się w sensowną i satysfakcjonującą całość? Jaki obrać sposób na przetrwanie, styl, który przetrwanie to uczyniłby gładkim, dobrze naoliwionym, przyjemnym lub w inny sposób cennym? Wydaje się, że dróg jest wiele. Tyle mianowicie, ilu ludzi, którzy podejmując trud codziennego istnienia, kształtują swe ścieżki w seriach wyborów i działań. Liczą oni na to, iż akty przez nich spełniane ułożą się w drogę lub choćby trop, możliwy do spostrzeżenia zawsze wtedy, gdy refleksyjnie obejrzą się za siebie, wstecz. Mają nadzieję, że ujrzą wówczas szlak własnego życia, niezbyt może równy i prosty, ale jednak składający się w spójną i nieprzyprawiającą o poczucie grozy historię, historię także moralnie akceptowalną, ergo przynajmniej nieplugawą. Opowieść, w której nie braknie wprawdzie relacji o błędach, potknięciach, błądzeniach, upadkach, czy w końcu wydarzeniach tragicznych, lecz jednak w egzystencjalnym rozrachunku wypadającą na „plus”, tak iżby można było powiedzieć sobie: musiało być, jak się stało, i w sumie dobrze, że się życie jednak wydarzyło tak właśnie, a nie inaczej.
Powstaliśmy z chaosu i żyjemy w chaosie. Dlatego pewnie stale i zawsze nosimy w sobie tak dramatyczną tęsknotę do hierarchii i porządku. Marzymy, żeby ten świat, do którego zabłąkaliśmy się nie wiadomo skąd, żeby ten niewielki świat jawił się nam jako budowla logiczna, skonstruowana wedle miar wartości. Żeby dobro było u góry, pod samym niebem, a zło na dole, przy bramach piekła. Żeby rozum był wywyższony, a głupota ginęła we wzgardzie. Żeby piękno wypędziło z tej planety brzydotę.
Czytaj więcej: Mądrych linczują, a głupcom nakładają na głowy korony

Ja tu jestem przejazdem, przelotem, przepełzem. Wy to też o sobie powiecie. Ale wy wrośliście tu na amen i kiedy będą was stąd wyrywać, zabierać na zawsze jak krzak kartofli, będziecie wyć i zapierać się ze wszystkich sił. Ja nie zapuściłem żadnego korzonka, ja tylko udaję, że obrosłem jakimś marnym życiem. Ja jestem przechodniem, zrzutkiem spadochronowym, cudzoziemcem, który zapomniał wskutek amnezji swojej pierwotnej ojczyzny.
Tadeusz Konwicki, Zorze wieczorne
Odwiedza nas 130 gości oraz 0 użytkowników.