
Wstaję, gdy jeszcze noc, o pierwszym świcie wychodzę z domu, lecz na polu pracuję tak samo, jak w pokoju, myślę, czytam, piszę. Sen, ile tylko możliwe, odpędzam od swych oczu, ciała strzegę przed gnuśnością, ducha przed rozkoszami, zawsze czynny, nie pozwalam sobie na odrętwienie. Całymi dniami chodzę po spiekłych górach i rosistych dolinach, zaglądam do pieczar, przemierzam oba brzegi Sorgii nie spotykając natrętów, obywając się bez towarzysza ni przewodnika, a moje troski z każdym dniem stają się mniej ostre i uciążliwe... Tu Rzym, tu Ateny, tu nawet ojczyznę buduję sobie z własnych myśli, a otaczają mnie przyjaciele, na których się nigdy nie zawiodę. Żyli oni wiele wieków temu i tylko mnie są znani przez podziw, jaki mam dla ich czynów i ducha, dla ich obyczajów i życia albo dla ich języka i talentu. Ze wszystkich miejsc i ze wszystkich czasów ściągam ich do tej doliny. I tak sobie chadzam w ich towarzystwie, wolny i bezpieczny.
Petrarka, Jan Parandowski
Wyd. Czytelnik; Warszawa, 1975

Wie pan co, ja panu coś powiem, skromni mają czasem prawo do bezczelności. Panie Przemku kochany, pan mnie zmusza do tego, że ja, będąc człowiekiem bardzo wstydliwym i delikatnym, po prostu robię strip-tease.
Ja nie byłem w życiu pazerny. Ożywiłem się i miałem gwałtowne chęci, żeby dostać się do partyzantki, trafić w świat bohaterstwa, do tego się strasznie rwałem, za wszelką cenę. I później, w dorosłym życiu, pamiętam, straszne mnie chucie, namiętności ogarnęły, żeby mieć samochód - ale bardzo szybko zaspokoiłem te swoje pragnienia, zaraz mi się znudził. To znaczy, nie miałem jakichś wyrazistych zapotrzebowań, które są bardzo często przyczyną intensywnej działalności, chęci przebicia się, zdobycia czegoś, osiągnięcia.
Czytaj więcej: Zaraz zobaczymy, ile zostało czasu. Jeśli zbliża się piąta...
„Chcesz znać moją chorobę? - zwierza się raz. - Oto ksiąg jestem niesyty. I mam ich więcej, niż trzeba, lecz jak z innymi rzeczami, tak i z księgami: każda zdobycz jest ostrogą chciwości. Tylko że w książkach jest coś szczególnego: złoto, srebro, klejnoty, purpura, marmurowe domy, uprawne pola, malowane obrazy, koń z rzędem i tym podobne rzeczy dają niemą i powierzchowną rozkosz, książki natomiast przenikają nas do głębi, mówią z nami, radzą i łączą się z nami żywą i serdeczną zażyłością, a żadna nie przychodzi samotnie, ale wprowadza imiona innych i jedna każe łaknąć drugiej.”
Petrarka, Jan Parandowski
Wyd. Czytelnik; Warszawa, 1975
Jakiś czas temu, jak pamiętamy, z pewnego domu przy ulicy Vodićkovej oberwał się gzyms i zabił przechodzącą kobietę. Krótko potem w „Literarnich novinach” ukazał się artykuł komentujący wypadek, a ściślej mówiąc, spontaniczną falę oburzenia, jaka rozlała się w społeczeństwie po tym wypadku. Autor rozpoczął od stwierdzenia, że gzymsy nie powinny spadać z domów, więc słusznie zdarzenie to spowodowało krytykę, a w dodatku to wspaniale, że dziś możemy takie sytuacje otwarcie krytykować. Następnie pisał o tym, jaki wielki kawał drogi pokonało nasze społeczeństwo, co zilustrował na kilku przykładach - choćby takim, że dawniej dziewczyny nosiły kufajki, a dziś stroją się według mody paryskiej. Zaprezentowane w ten sposób osiągnięcia naszych czasów doprowadziły autora do postawienia pytania, czy przypadkiem nie jest dziś już trochę zbyt dużo tej krytyki i czy zamiast - jak to nazwał - nieustannie się zajmować krytyką „lokalnych epizodów”, nie powinniśmy się zająć sprawami bardziej godnymi społecznej misji i humanistycznych treści pojęcia człowieka. Tekst kończył się apelem do literatury, aby ona także oderwała się wreszcie od nieistotnych, lokalnych przypadków i zaczęła się zajmować człowiekiem oraz jego perspektywami.
Odwiedza nas 126 gości oraz 0 użytkowników.