
Biolog Stroński przyniósł w 1939 roku do klasy przewiązaną recepturką wiązkę patyczków:
- Zajączyński! (to był jeden z najsilniejszych z nas), złamiesz to?
Pokłada się ze śmiechu, patrząc na fioletowego z wysiłku i ze złości Jasia.
- A ty, Michotek?
-Ta, nieee, no, panie psooorze, jak ten byk nie dał rady...
- A to takie łatwe. - Wyjmując kolejno patyczek za patyczkiem łamał je i rzucał na podłogę. - I tak jest - powiedział (...) - i tak właśnie jest z narodem; każdego z nas oddzielnie można uo-tak! uo-tak! uo-tak! - z niezrozumiałym dla nas zapamiętaniem łamał Bogu ducha winne patyczki, stosik rósł - ali naród... to jest... to jest... - (czemuż on się u diabła tak zacietrzewił?) podniósł wiązkę, rzucił ją na katedrę, był blady - żadna franca mu ni pudoła...!
J. Michotek, „Tylko we Lwowie”. Znalezione w: Andrzej Franaszek, Herbert i niepokój. Biografia I; Wydawnictwo Znak, Kraków 2018

Na zdjęciu: wiec antyfaszystowski. Gdańsk, 21.04.2018.
Jeśli autor Napisu będzie w przyszłości wielokrotnie podkreślał, że słowo, język mogą służyć jako narzędzie zniewolenia, to jednym ze źródeł tej wiedzy były obserwacje nastolatka osaczonego sloganami, agitacją, monotonnie i nieustannie powtarzanym kłamstwem sączącym się z gazet i ulicznych szczekaczek. Sowieckie władze zresztą nie dbały o to, czy nowych poddanych uda się rzeczywiście przekonać lub chociaż oszukać, ważne było wyrzeczenie się wszelkiego oporu, powszechne uczestnictwo w rytuale, oficjalna fasada, tak więc wznoszone wtedy w błyskawicznym tempie rozmaite pomniki czy statuy w dosłowny sposób przypominały słynne potiomkinowskie wsie.
Refleks tego dziecięcego punktu widzenia dostrzec można w późnym wierszu, jak wiele utworów powstających w ostatnich latach życia Zbigniewa Herberta - nieukończonym. Podczas lektury starszym z nas przypominają się jeśli nie dziewiętnastowieczne oleodruki, to w każdym razie nieco kiczowate wizerunki Anioła Stróża strzegącego dziatwę przed upadkiem w rwący strumień z chybotliwego mostku, obrazek, który mogliśmy otrzymać na pamiątkę Pierwszej Komunii i który ręka ojca przy mocowała nad naszym łóżkiem. Mając lat kilka, trudno było nie czuć się w takim towarzystwie bezpiecznie... „Mój Boże, / jak ja go strasznie kochałem / bardziej niż ojca i mamę / bardziej niż Wojsko Polskie i lody waniliowe / szedł zawsze / pół kroku za mną / czułem na plecach jego ciepły oddech / słyszałem jak jego skrzydła ocierają się o siebie / delikatnie i cicho” - pisze Herbert, podkreślając pewność dziecka, któremu urządzenie świata jawiło się jako niezmienne: „wierzyłem mocno że będziemy razem / całe życie od krzyku narodzin / do nagłej i niespodziewanej".
„Urodziłem się w mieście leżącym na wielkim dziale wód, w połowie drogi między Morzem Bałtyckim a Morzem Czarnym. (...) Opuściłem je przeszło ćwierć wieku temu, aby tam nigdy nie wrócić. Był to exodus raczej niż duchowy wyjazd i chociaż pogodziłem się z historyczną koniecznością, pamiętam jednak dobrze moje rodzinne miasto i nade wszystko lekcję, jakiej mi udzieliło. (...) Ona ukształtowała moją pierwszą wizję Europy” (MD, 127) - opowiadał radiosłuchaczom we Frankfurcie nad Menem na początku lat siedemdziesiątych. Obraz był nieco wyidealizowany, ale zarazem ujmujący i wyrazisty. Miasto bowiem „leżało na wielkim skrzyżowaniu dróg z zachodu na wschód i z południa na północ.
Czytaj więcej: Poszukiwałem instynktownie takich miast i krajów

Mam okno na tamtą stronę,
bezczelne żydowskie okno
na piękny park Krasińskiego,
gdzie liście jesienne mokną...
Pod wieczór szaroliliowy
składają gałęzie pokłon
i patrzą się drzewa aryjskie
w to moje żydowskie okno...
A mnie w oknie stanąć nie wolno
(bardzo to słuszny przepis),
żydowskie robaki... krety...
powinni i muszą być ślepi.
Niech siedzą w barłogach, norach
w robotę z utkwionym okiem
i wara im od patrzenia
i od żydowskich okien...
A ja... kiedy noc zapada...
by wszystko wyrównać i zatrzeć,
dopadam do okna w ciemności
i patrzę... żarłocznie patrzę...
i kradnę zgaszoną Warszawę,
szumy i gwizdy dalekie,
zarysy domów i ulic,
kikuty wieżyc kalekie...
Kradnę sylwetkę Ratusza,
u stóp mam plac Teatralny,
pozwala księżyc Wachmeister
na szmugiel sentymentalny...
Wbijają się oczy żarłocznie,
jak ostrza w pierś nocy utkwione,
w warszawski wieczór milczący,
w miasto me zaciemnione...
A kiedy mam dosyć zapasu
na jutro, a może i więcej...
żegnam milczące miasto,
magicznie podnoszę ręce...
zamykam oczy i szepcę:
– Warszawo... odezwij się... czekam...
Niczego nie dokażemy babrząc się wzajemnie i wymyślając sobie od hipokrytów, głupców i niedołęgów. Natomiast dążyć trzeba do tego, aby w tych Polakach obudziła się świadomość ich nierealności, tej fikcji, jaką żyją, i aby ta świadomość stała się w nich decydująca. Trzeba im powtarzać: ty nie jesteś taki, ty naprawdę już wyrosłeś z tego co mówisz, ty zachowujesz się tak bo dostrajasz się do innych, celebrujesz, bo wszyscy celebrują, kłamiesz, bo wszyscy kłamią, ale i ty i my wszyscy jesteśmy lepsi od farsy w której występujemy - to im trzeba mówić póki ta myśl nie stanie się dla nich deską ratunku. Ten rodzaj Ketmanu jest nam koniecznie potrzebny. Musimy poczuć się jak aktorzy złej sztuki, którzy w swych ciasnych i banalnych rolach nie mogą się wygrać. Ta świadomość pozwoli nam przynajmniej przechować naszą dojrzałość do czasów, w których będziemy mogli stać się bardziej rzeczywiści.
Dziennik 1959-1969, Witold Gombrowicz
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013
Zastanów się więc, czy nie byłoby pożyteczne zalecenie następujące: żyj z ludźmi tak, jakby widział to Bóg; rozmawiaj z Bogiem tak, jakby słuchali tego ludzie.
Odwiedza nas 62 gości oraz 0 użytkowników.