
W upalne, sierpniowe rano wysiadam z autobusu na rynku obcego miasta. Pragnę tu spędzić cały dzień aż do zmroku. Słońce jest jeszcze nieśmiałe, lecz już przygotowuje się do orgii, już stroi swe instrumenty. W przeczuciu tej orgii rozglądam się za cieniem. Obiecują mi go hojnie gęsty park, ciemniejący z dala na wzgórzu oraz sczerniałe od starości arkady rynku. Przywodzą one na myśl podcienia miast północnych Włoch. Ale w tej chwili można jeszcze oddychać młodym porankiem i nieograniczoną swobodą. Nikt mi nie towarzyszy, nikt nie przeszkadza, z nikim, prawdopodobnie nie będę rozmawiał przez cały dzień. Nikogo w tym mieście nie znam, nigdy tu jeszcze nie byłem. Przybywam jako turysta, bez wytkniętego celu, żaden mnie tutaj nie sprowadza interes. Ta świadomość napełnia błogością i pozwala cieszyć się wszystkim, co w miejscu stałego zamieszkania jest mi co najmniej obojętne. Choć nigdy nie wiadomo, jakie potrzaski zastawia na nas przeznaczenie za rogatkami obcych miast.
Akcja bojkotowa, skierowana przeciw hitlerowskim Niemcom za gwałty, jakich na polskich obywatelach Rzeszy dopuszcza się przebudzona dzicz w brunatnych koszulach, ma sens, jeśli chodzi o towary, dające się zastąpić innymi, natomiast pozbawiony sensu wydaje mi się bojkot książek niemieckich, proklamowany przez pewien odłam naszej młodzieży razem z bojkotem gazet i czasopism. Młodzieży, która tak pochopnie garnie się nie tylko do bojkotu, ale i do samowolnych konfiskat słowa drukowanego w języku wroga, nie posądzam o to, że przed dojściem Hitlera do władzy zaczytywała się zbytnio książkami niemieckimi. Chyba że były to powieści kryminalne. Jeśli jednak były to inne książki, młodzież ta przekonałaby się rychło, że prawie cała współczesna literatura niemiecka, zwłaszcza tzw. literatura piękna, jest, jak do tej pory, usposobiona nieprzyjaźnie do wszelkich nacjonalizmów, nie wiele ma wspólnego z butą germańską, i dlatego właśnie, jak również przez swój wysoki poziom intelektualny i etyczny, stanowi dla hitleryzmu kamień obrazy. Wydaje mi się nadto, że żadnej dobrej książki nie można zastąpić inną. Literatury żadnego kraju nie zastąpi literatura innego. To nie pomarańcze, nie chemikalia i nie prezerwatywy, tylko Thomas i Heinrich Mannowie, Alfred Döblin, Hermann Hesse, Kafka, Rilke, Roth i Ringelnatz, których nie da się zastąpić ani Gide’m, ani Duhamelem, ani Mauriac’iem, ani Joyce’em, Virginią Woolf, Huxleyem czy Aldingtoncm. Owszem, można nie dopuścić do Polski takich książek, jak „Das ist Polen” Oertzena, czy ,,O.S.” Bronnena, ale bojkot za to, że Hitler bije Żydów i chciałby Polsce odebrać Pomorze i Gdańsk, nie jest żadnym odwetem.
W ostatnich latach przed wojną popularna była teoria, że sztuka stoi poza wszelką moralnością, a zadanie jej nie ma nic wspólnego z szukaniem prawdy. Osobliwie poezja miała być wolna od wszelkich hamulców etycznych i raczej służyć pięknemu kłamstwu, niż przykrej i nieponętnej prawdzie. Stanowisko to było zrozumiałe czasu pokoju, kiedy to drobne uchybienia przeciw etyce i moralności znajdowały w poetach raczej przyjaciół, niż wrogów i na ogół zbytnio ich nie interesowały. Przeważnie chodziło wówczas o tzw. „mieszczańską moralność”, nudną jak niedzielne popołudnie i pozbawioną przypraw, drażniących nozdrza fantazji.
Kto z umarłymi mak
spożył, z ich plonu,
zachowa najlżejszy takt
i tchnienie tonu.
„Sonety do Orfeusza”, Księga I.9.
WITTLIN DO GIEDROYCIA
(...) Nie chcę Pana zanudzać tymi gorzkimi wspominkami, które przecież nikogo nie mogą interesować i które tu bardzo niechętnie reprodukuję. Dość, że nie uciekłem we wrześniu 1939 przed Niemcami, tylko znacznie wcześniej [w lipcu 1939 r., w obawie przed osadzeniem w obozie w Berezie Kartuskiej] – przed takimi Polakami jak ówczesny Jerzy Pietrkiewicz. Mieli oni spore oparcie w rządzącej nami elicie oraz w szumowinach, które nie krępowały się na ulicach naszych miast. Moi znakomici koledzy, Tuwim i Słonimski, zostali w kraju do września 1939 i odparowywali tzw. ciosy kanalii. Ja do takich sportów nigdy nie miałem drygu i wolałem się „usunąć”.
Właściwie powinienem być Pietrkiewiczowi wdzięczny, bo i sam się uratowałem, i zdążyłem jeszcze na czas sprowadzić spod okupacji niemieckiej żonę i córkę. Co do drugiej, kto wie, czy nie większej, zasługi Pietrkiewicza: że przestałem pisać, nie mnie sądzić, czy tzw. potomność nie wyrazi mu za to wdzięczności. Ale fakt faktem, że po „reperkusjach”, jakie wywołały jego wystąpienia, np. wyrzucenie moich rzeczy z czytanek szkolnych, niedopuszczenie ich do wykonania w radio, zrobiło mi się tak ciężko i głupio na sercu, że straciłem ochotę do pisania, mimo iż w czasie tej pietrkiewicziady moja powieść „Sól ziemi” wychodziła w codziennych odcinkach paryskiego „Le Temps” i ukazywała się w tłumaczeniach w wielu krajach, m.in. w faszystowskich Włoszech.
Co się tyczy Goetla, zawsze utrzymywałem z nim dobre, koleżeńskie stosunki. To on właśnie w r. 1939 tłumaczył mi po przyjacielsku, że w nowej, faszystowskiej Polsce, której był heroldem, nie będzie dla mnie miejsca i powinienem wyemigrować.
Znam historię. Wiem dużo o ewolucji narodów, systemów politycznych, doktryn społecznych, metodach podboju, prześladowań i zagłady, i wiem też, że nigdy w dziejach ludzkości, nigdy w sferze stosunków międzyludzkich nie wydarzyło się nic, co można by przyrównać do tego, co uczyniono z żydowską ludnością Polski.
Odwiedza nas 96 gości oraz 0 użytkowników.