Konteksty



Jeśli przyjrzymy się innym naszym cechom narodowym (jak miłość ojczyzny, wiara, zacność, honor...) to w nich wszystkich dostrzeżemy ów przerost, wynikający stąd, że typ Polaka, jaki sobie urobiliśmy, musi tłumić i niszczyć typ, jakim moglibyśmy być, istniejący w nas jako antynomia. Ale stąd wynika, że Polak jest zubożony ściśle o połowę siebie samego, przy czym nawet ta połowa, której przyznaje się prawo głosu, nie może się ujawnić w sposób naturalny. Mniemam, że dziś właśnie nadszedł moment aby uruchomić tę drugą naszą osobowość - dzisiaj, nie tylko dlatego że musimy koniecznie stać się luźniejsi, giętsi wobec świata - także dlatego że ta operacja wymaga niezmiernej swobody duchowej, która stała się dla nas, poza granicami kraju, możliwa - ale przede wszystkim dlatego, że to jedyny zabieg zdolny naprawdę natchnąć nas nową żywotnością, otworzyć przed nami nowe tereny.

Z pewnością wiedział, że od lat jestem przyjacielem, więcej: członkiem rodziny jednego z jego kolegów dyplomatów, że zarówno pan, jak i pani domu darzą mnie sympatią i zaufaniem. W małym światku, gdzie toczy się życie tego rodzaju ludzi, gdzie istnieje jakieś życie towarzyskie, każdy wiedział, każdy skłonny był przyjąć za prawdę to, co w potocznej rozmowie brzmiało nader pospolicie, że mianowicie jestem przyjacielem pani domu, a jej mąż milczy i obojętnie, a może nawet z ulgą toleruje ten trójkąt. Naturalnie, E., jej mąż i ja nigdy nie rozmawialiśmy o tym wszystkim, sądzę jednak, że wszyscy troje znaliśmy tę grubiańską, lecz jakoś tam wiarygodną plotkę: pogodziliśmy się z nią, bezsilni cierpliwie ją znosiliśmy, jedno, ponieważ było to poniżej jego godności protestować przeciw podejrzliwości świata, drugie, bo nie miało ani siły, ani nie znało metody wyrażenia owego sprzeciwu.

Widziałem wiele rzeczy, które są niezgodne z dobrym obyczajem. Sam nie jestem bez winy i wiele grzechów ciąży na moim sumieniu. Na ogół jednak nie należą one do strefy, którą w języku potocznym określa się mianem „nieprzyzwoitej". Zresztą żałuję tego.
 
Wszystko wydaje się sprawą proporcji i perspektywy. Punktu widzenia. Większość z nas rozgrzesza przyjaciół z występków, których cząstka wystarczałaby do potępienia wrogów. Przyboś tolerował ze spokojem rzeczy, od których włos jeży się na głowie (albo też - jak wielu z nas - usiłował ich nie widzieć), dla tyranów uprzejmy, nie zawahałby się był przed ucięciem głowy przeciwnikom w Estetyce, gdyby mu dano do ręki topór.
 
A jak przedstawia się sprawa z nieobyczajnością, która obyczaju nie obraża, a po prostu jest i tylko jest niezgodna z przyjętymi ogólnie obyczajami? Brązowe buty do granatowego garnituru, niestosowny krawat, starsza dama w dziewczęcej sukni, brak brody albo broda niesłuszna i niepotrzebna, bo i tak bywa. Błahe? Czy ja wiem...


Jako metoda filozoficzna dialektyka objaśnia bieg świata, gdyż bieg świata jest dialektyczny; lecz właśnie dlatego, że bieg świata jest taki, również dialektyka może świat kompletnie zataić, zagłuszyć i zakwestionować - wystarczy, by zanegowała siebie poprzez wewnętrzne przejście do metafizyczności.
(...)
Trudno i darmo: każdy wartościowy pogląd (który z samego założenia jest czymś, co powstaje przez ogląd), jeśli rzeczywiście niesie jakiś przekaz, musi być jednostronny. Pogląd wszechstronny to nonsens w rodzaju „walka o wszystko”: walka o wszystko jest bowiem nieodzownie walką przeciw wszystkiemu i nie może się skończyć inaczej jak tym, że wcześniej czy później wszyscy wytłuką się nawzajem - ostatecznie zostanie „NIC”, zatem coś, co już raz zidentyfikowaliśmy na dnie owej wszechstronności. I właśnie dialektyka potwierdza nam, że „wszystko” oraz „nic” są blisko siebie. Obowiązuje zasada, że mniejsze „wszystko” bywa większym „czymś”.



„Problemem jest nie tyle nikczemność ludzi złych, co letniość ludzi dobrych” - mówi Max Frisch.
To sąd bardzo trafny: problemem być może wcale nie jest nikczemność złych, zwłaszcza jeśli bierze się pod uwagę nikczemność współczesną, powodowaną przez państwo, gdyż wynika ona z sytuacji, dotyczy jednostek, które dają się wciągnąć w określoną sytuację, a potem mogą już w niej czynić tylko zło.
Natomiast problemem prawdziwie poważnym jest mierność tak zwanych ludzi poczciwych, ponieważ są obojętni i na dobro, i na zło.
A przecież z obojętności płynie zło dzisiejsze, z nieuświadamiania sobie, co jest złem, albo z unieważniania zła za pośrednictwem jakiejś wyższej instancji: Państwa, Rewolucji, Ojczyzny i tym podobnych. Złem jest uciskanie słabych, ale przestaje być złem, gdy nie uznaje się różnicy między uciskiem a wolnością, między słabymi a silnymi. Złem jest zadawanie człowiekowi cierpienia, ale złem być przestaje, gdy Wyższe Racje domagają się, żeby cierpiało wielu.
Aby dojść do takich wniosków, trzeba przyjąć mierność za regułę, trzeba uznać siebie i innych „przeciętnych ludzi” za podległych wyższej konieczności - za pozbawionych prawa wydawania własnego sądu o siłach, które niszczą świat (XIII, 8).

Notatki, Nicola Chiaromonte
Fundacja Terytoria Książki, Gdańsk 2015

Uczta

Rozumny tak ma z tego świata schodzić jak z uczty
Pitagoras

Istota świata

To nieprawda, że nie można żyć bez miłości. Pragnienie może się przekształcić w człowieku w harmonię, bezcielesną medytację. Sokratres i Kefalos wiedzieli coś o tym. Eros jest naprawdę boski dopiero wówczas, kiedy jego namiętność kieruje się nie ku ciału, lecz ku istocie świata.

Dziennik 1943-1948, Sándor Márai

Odwiedza nas 77 gości oraz 0 użytkowników.

Szukaj

Początek strony