Konteksty



Pragnę zastanowić się z Wami nad tą sprawą, gdyż z przykrością widzę, że dyskusja należy do tych zjawisk w kulturze, które na ogół nie przynoszą nam nic prócz upokorzenia, które nazwałbym „dyskwalifikującym”. Pomyślmy, skąd się bierze ten jad hańby, którym nas poi dyskusja. Zabieramy się do niej sądząc, że ma wyświetlić, kto ma rację i jaka jest prawda - wobec czego primo określamy temat, secundo ustalamy pojęcia, tertio dbamy o ścisłość wysłowienia i quarto o logikę wywodu. Po czym wytwarza się wieża Babel, mętlik pojęć, chaos słów i prawda tonie w gadaninie. Lecz jakże długo jeszcze zachowamy ową profesorską naiwność, rodem z zeszłego stulecia, której zdaniem dyskusję można zorganizować? Czy jeszcze nie zrozumieliście pewnych rzeczy? Czy potrzeba wam więcej jeszcze gadaniny w świecie chorym na dyskusję abyście pojęli, że gadanie nie jest żadnym pomostem do prawdy? Chcecie ciemność waszą rozjaśnić tą świeczką, gdy latarnie morskie nie mogą przebić jej muru?

Postępuj inaczej niż wszyscy, więcej czytaj, mniej mów, zapłać rachunki. Jeśli w końcu przyjdą po ciebie, otworzysz im z czystym sumieniem. Amerykanie nie są mądrzejsi od Europejczyków, którzy widzieli, jak demokracja ulegała faszyzmowi, narodowemu socjalizmowi, komunizmowi. Nasza jedyna przewaga polega na tym, że możemy się uczyć na ich doświadczeniach. Oto dwadzieścia przykazań wynikających z XX wieku.


W upalne, sierpniowe rano wysiadam z autobusu na rynku obcego miasta. Pragnę tu spędzić cały dzień aż do zmroku. Słońce jest jeszcze nieśmiałe, lecz już przygotowuje się do orgii, już stroi swe instrumenty. W przeczuciu tej orgii rozglądam się za cieniem. Obiecują mi go hojnie gęsty park, ciemniejący z dala na wzgórzu oraz sczerniałe od starości arkady rynku. Przywodzą one na myśl podcienia miast północnych Włoch. Ale w tej chwili można jeszcze oddychać młodym porankiem i nieograniczoną swobodą. Nikt mi nie towarzyszy, nikt nie przeszkadza, z nikim, prawdopodobnie nie będę rozmawiał przez cały dzień. Nikogo w tym mieście nie znam, nigdy tu jeszcze nie byłem. Przybywam jako turysta, bez wytkniętego celu, żaden mnie tutaj nie sprowadza interes. Ta świadomość napełnia błogością i pozwala cieszyć się wszystkim, co w miejscu stałego zamieszkania jest mi co najmniej obojętne. Choć nigdy nie wiadomo, jakie potrzaski zastawia na nas przeznaczenie za rogatkami obcych miast.



Stopniowe oddalanie się moje od natury, a także od ludzi, w ostatnich latach - proces narastającego wieku mojego - czyni te stany duchowe coraz groźniejszymi. Życie człowieka staje się, z wiekiem, stalową pułapką. Na początku miękkość i giętkość, brnie się w to łatwo - ale teraz miękka dłoń życia staje się żelazna, chłód nieubłagany metalu i straszne okrucieństwo kostniejącej arterii.



Dlaczego śmierć ludzka jest wciąż jeszcze, jak śmierć zwierzęcia? Dlaczego agonie nasze są tak samotne i tak prymitywne? Dlaczego nie zdołaliście ucywilizować śmierci?

Pomyśleć, że ta rzecz przerażająca, agonia, grasuje wśród nas równie dzika, jak za pierwszych dni stworzenia. Niczego nie dokonano z tym w ciągu tysiącleci, nie tknięto tego dzikiego tabu! Uprawiamy telewizję i używamy kołder elektrycznych, ale umieramy dziko. Zdarza się, że nieśmiała strzykawka lekarza po kryjomu skróci męki zwiększonymi dawkami morfiny. Wstydliwy zabieg, zbyt drobny jak na olbrzymią powszechność umierania. Domagam się Domów Śmierci, gdzie każdy miałby do dyspozycji nowoczesne środki lekkiego zgonu. Gdzie można by umrzeć gładko, nie zaś rzucając się pod pociąg, lub wieszając na klamce. Gdzie człowiek znużony, zniszczony, skończony, mógłby oddać się przyjaznym ramionom specjalisty, aby mu zapewniona została śmierć bez tortury i hańby.


Zbliżały się dwudzieste urodziny Isidory, która nie znosiła sztampy i nie chciała typowej imprezy z kanapkami, alkoholem i seksem w łazience. Uznała, że najlepszy będzie artystyczny performance. Wahała się pomiędzy „fourierystyczną orgią” (ja popierałem ten pomysł) a nazistowskim cocktail party opartym na wzorcach podsuwanych przez patriotyczne i prawomyślne filmy kręcone w socjalistycznej Jugosławii: naziści, aroganckie, dekadenckie dranie w nieskazitelnych mundurach, gdzieś koło 1943 roku urządzają ostrą imprezę, na której zabawiają się z liżącymi ich oficerki miejscowymi kurwami i kolaborantami. Ale pewien młody komunistyczny szpieg przeniknął do ich wewnętrznego kręgu i na koniec ze wszystkimi się policzy. Z jakiegoś niefortunnego dla mnie powodu Isidora wybrała nazistowską imprezę, a nie orgię.

Chmury

Opuściliśmy w grudniu wybrzeże królestwa Walencji, lekki wiatr co chwila zmieniał kierunek. Niebo było czyste, ale północno-zachodnia część horyzontu stała w płomieniach: kłębowisko ciemnych chmur, wynurzając się gwałtownie zza widnokręgu, zdawało się zbliżać ku nam, grożąc nawałnicą. Wszyscy utkwiliśmy w nim oczy: zwały chmur, uniósłszy się na pewną wysokość, po chwili opadły zupełnie nisko i zbliżały się ku nam, ślizgając się po powierzchni morza. Skutkiem tarcia o wodę kłębiły się potężnie.

Chmury z dolnych warstw unosiły się do góry, a potem parły naprzód, jak gdyby chcąc inne prześcignąć, ale te, które pozostały w tyle, rychło je wyprzedzały. Kłębowisko zachowywało niezmiennie kształt gładkiej, pionowej, ogromnej ściany i zdawało się zachowywać ten kształt nawet wtedy, gdy spowiło już cały przód naszego okrętu.
Widziałem podczas moich podróży wiele wspaniałych zjawisk natury, ale zapewniam, że żadne z nich nie pozostawiło mi tak trwałego wspomnienia. Raz tylko byłem jego świadkiem, dziesięć lat zbiegło od tego czasu, a wrażenie, jakie mi po nim pozostało, jest tak silne, że mógłbym owe chmury jeszcze dziś narysować, gdyby tylko dały odtworzyć się na rysunku.


Jan Potocki, Podróże
Znalezione w: Jan Potocki. Biografia, François Rosset, Dominique Triaire

Antidotum na obojętność

Każda władza, szczególnie, choć nie tylko, totalitarna, każda cywilizacja, każdy system wartości i obyczajów uważają się za ostateczne; skłonni jesteśmy brać czas teraźniejszy, porządek otaczającej nas rzeczywistości za wieczność, coś, czego nie można zmienić. W tym sensie wszyscy jesteśmy ślepymi konserwatystami, niedopuszczającymi do siebie myśli, że nasz świat – polityka, społeczne hierarchie, zwyczaje, zasady – może ulec zmianie.

Antidotum na obojętność, Claudio Margis
Zeszyty Literackie Nr 125

Odwiedza nas 78 gości oraz 0 użytkowników.

Szukaj

Początek strony