
Wielmożna Pani Dobrodziejko!
Dawno już nie zdarzyło mi się do tego stopnia się zapomnieć przy kieliszku jak w piątek. Przypuszczam, że mogłem powiedzieć jakie głupstwo, i zresztą sam fakt bycia nietrzeźwym jest już dostateczną winą.
Poczuwam się tedy do obowiązku przeproszenia WPanią za tego rodzaju sąsiedztwo i zabawę, jaką Panie siedząc przy mnie mieć mogły. Proszę najuprzejmiej łaskawie mi darować, jeśli co głupiego powiedziałem, bo sam nie bardzo pamiętam, co gadałem. Tak to nie leży w moim usposobieniu i tak się nie zgadza z moim przekonaniem, aby wobec Pań upijać się i puszczać na jakieś dowcipy lub lekkie rozmowy, że czuję się prawdziwym zbrodniarzem i źle wychowanym człowiekiem.
Jeśli to możebne, to proszę o łaskawe przebaczenie; zależy mi bardzo na tym, aby sąd Pani o mnie nie był zbyt surowym.
W nadziei, że uzyskam przebaczenie, rączki WPani całuję i wyrazy najgłębszego szacunku załączam.
Włodzimierz Tetmajer
Znalezione w: Tadeusz Boy-Żeleński; Mity i zgrzyty
Czytaj więcej: Przypuszczam, że mogłem powiedzieć jakie głupstwo

Oto w końcu - apoteoza. Cały naród... z miłością... wieszcz... trumna... prochy... To znaczy, partie strzelają tymi prochami do siebie. Jeden z czytelników nadesłał mi uprzejmie dwa numery prowincjonalnych pisemek. „Wrócił Wielki Polak, Katolik, w przeddzień koronacji Matki Boskiej Ostrobramskiej...”, pisze jeno. „Złożono na Wawelu szczątki wieszcza i apostoła Polski Mesjanicznej, który śmiało i bez ogródek powiedział Polsce: «Polsko, Twa zguba w Rzymie...»”, pisze drugie. A w teatrze na wspaniałym, porywającym Samuelu Zborowskim - pustki. Słowem, wszystko normalnie.
Tadeusz Boy-Żeleński; Mity i zgrzyty
Drugi pogrzeb Juliusza Słowackiego w wybranych utworach poetów polskich >>>
Podobno w przemówieniu pierwsze zdanie jest zawsze najtrudniejsze. A więc mam je już poza sobą ... Ale czuję, że i następne zdania będą trudne, trzecie, szóste, dziesiąte, aż do ostatniego, ponieważ mam mówić o poezji. Na ten temat wypowiadaiam się rzadko, prawie wcale. I zawsze towarzyszyło mi przekonanie, że nie robię tego najlepiej. Dlatego mój odczyt nie będzie zbyt długi. Wszelka niedoskonałość lżejsza jest do zniesienia, jeśli podaje się ją w małych dawkach.
Dzisiejszy poeta jest sceptyczny i podejrzliwy nawet - a może przede wszystkim - wobec samego siebie. Z niechęcią oświadcza publicznie, że jest poetą - jakby się tego trochę wstydził. Ale w naszej krzykliwej epoce dużo łatwiej przyznać się do własnych wad, jeżeli tylko prezentują się efektownie, a dużo trudniej do zalet, bo są głębiej ukryte, i w które samemu nie do końca się wierzy ... W różnych ankietach czy rozmowach z przypadkowymi ludźmi, kiedy poecie już koniecznie wypada określić swoje zajęcie, podaje on ogólnikowe "literat" albo wymienia nazwę dodatkowo wykonywanej pracy. Wiadomość, że mają do czynienia z poetą, przyjmowana jest przez urzędników czy współpasażerów autobusu z lekkim niedowierzaniem i zaniepokojeniem. Przypuszczam, że i filozof budzi podobne zakłopotanie. Jest jednak w lepszym położeniu, bo najczęściej ma możność ozdobienia swojej profesji jakimś tytułem naukowym. Profesor filozofii - to brzmi już dużo poważniej.
W Rzymie na budynkach rządowych i na zwyczajnych domach obok trójkolorowych włoskich flag zawisły żółto-białe papieskie godła. Wcześniej takie połączenie byłoby nie do pomyślenia. Przypadała akurat siódma rocznica papieskiej koronacji i Pius XI miał odprawić z tej okazji uroczystą mszę w bazylice Świętego Piotra. Dwunastu służących w szkarłatnych mundurach wniosło papieża siedzącego na sedia gestatoria, tronie okrytym czerwonym jedwabiem, do ogromnego kościoła. Czekający od wielu godzin zwarty, wielotysięczny tłum wiernych zdołał ujrzeć przez moment białą papieską sutannę. Rzymscy przywódcy partii faszystowskiej wezwali swoich członków i zwolenników, aby dali dowód entuzjazmu dla podpisania traktatów i zebrali się na placu Świętego Piotra. Łącznie w ulewnym deszczu zgromadziło się tam dwieście tysięcy ludzi. Kiedy po mszy papież wyszedł na balkon, by ich pobłogosławić, rozległ się prawdziwy ryk radości. Pius XI spoglądał na przedstawicieli wszystkich jednostek rzymskiej faszystowskiej milicji trzymających dumnie sztandary, na nieprzebrane mrowie ucieszonych katolików wylewających się poza plac. Tego samego popołudnia ludzie zwołani przez oficerów faszystowskiej milicji przybyli fetować pod Pałac Kwirynalski, gdzie z balkonu pozdrowił ich król. Po jego prawicy stała małżonka, po lewicy - sekretarz Narodowej Partii Faszystowskiej.
Nie ma ucieczki od godzin i dni. Ani od ?jutra? i ?wczoraj?. Nie ma ucieczki od ?wczoraj?, bo ?wczoraj? nas odmieniło albo zostało przez nas zmienione. Kolor chwili nie ma tutaj znaczenia. Dokonała się zmiana. ?Wczoraj? nie jest kamieniem milowym, który się minęło, ale kamykiem - dniem na wydeptanej drodze lat; jest nieodwracalnie naszą cząstką - czymś, co w nas tkwi; co ciąży i przytłacza. Po ?wczoraj? nie jesteśmy zaledwie bardziej znużeni; jesteśmy po prostu inni niż przed tym kataklizmem. Przy czym ?kataklizmem? jest sam dzień, bez względu na to, co się w nim wydarzyło.
Samuel Beckett
Odwiedza nas 46 gości oraz 0 użytkowników.