
1. Świat jest zbyt piękny, żebym nie odczuwał potrzeby uchwycenia go bezpośrednio, bez uciekania się do podstępów pisarstwa. Co roku myślę, że następnego roku znajdę sposób, i jestem zawiedziony. Ta tęsknota do wyjścia poza wymogi gatunków literackich jest może śmieszna, ale wydaje mi się czasem, że tylko ona potrafi zburzyć przegrody, zza których przez sekundę rzucamy spojrzenie na to, co nam ucieka. Każdy czuje dzisiaj, że literatura współczesna to nie jest to. Sukces książek popularyzujących fizykę, biologię, botanikę jest usprawiedliwiony, bo nie głosząc, że wprowadzają czytelnika wewnątrz stawania się, rozpętują marzenie, które wprowadza tam rzeczywiście.
- Ogromna to dla mnie korzyść - ciągnął dalej - że urodziłem się w epoce, kiedy na porządku dziennym były największe wydarzenia dziejowe trwające przez całe moje długie życie, tak że byłem żywym świadkiem zarówno wojny siedmioletniej, odłączenia się Ameryki od Anglii, rewolucji francuskiej, jak i wreszcie całej epoki napoleońskiej aż do katastrofy bohatera i następujących potem wypadków. Dzięki temu mogłem dojść do całkiem innych wniosków i poglądów niż wszyscy ci, co teraz się rodzą i będą musieli przyswajać sobie wiadomości o tych wielkich wydarzeniach jedynie z książek, których nie będą rozumieli.
Na pewno nie da się dziś przewidzieć, co przyniosą nam najbliższe lata. Obawiam się jednak, że nie tak prędko nastanie spokój. Nie dane jest bowiem światu osiągnąć zadowolenia: możnym dlatego, że nigdy nie ustanie chęć nadużywania władzy, szerokim masom zaś dlatego, że w oczekiwaniu na stopniową poprawę doli nie potrafią zadowolić się miernym bytowaniem. Gdyby można było ludzkość udoskonalić, to i doskonałe jej bytowanie byłoby do pomyślenia. Tak jednak wszystko będzie się wiecznie wahać, jedna część ludzkości będzie cierpiała, podczas gdy druga będzie żyła w dobrobycie, a egoizm i zawiść będą jak złe demony prowadzić ciągle swoją grę i nigdy nie będzie końca walce między obu stronami.
Johann Peter Eckermann; Rozmowy z Goethem
„Dr Tadeusz Żeleński, 26 lat liczący, syn Władysława i Wandy, rodem z Warszawy, lekarz, zamieszkały w szpitalu św. Łazarza na ulicy Kopernika, doprowadzony przez c.k. ajenta cyw. pol. Nykulacza oraz c. i k. kaprala policyjnego Golenia dnia 8 XI 19.. o godzinie 1/2 1 rano, z powodu, iż tenże, idąc chodnikiem od ulicy Siennej ku głównej poczcie, nie wymawiając żadnych wyrazów, krzyczał w okropny sposób, tak iż się ludzie mogli przerazić nawet w odleglejszych ulicach.
Doprowadzony, zupełnie trzeźwy, przyznaje, że krzyczał, bo jest cierpiący na nerwy. Po stwierdzeniu tożsamości, puszczony wolno.
Podpis nieczytelny”.
Tadeusz Boy-Żeleński; Mity i zgrzyty
Teatr Polski - w podziemiu / Polski Theatre in the underground
Premiera: 06.01.2017, godz. 22.00, Wrocław (hol Capitolu)
Część 1 >>> Część 2 >>>
Tak się robi teatr w podziemiu. Wspierają Kulesza, Buzek...

CZESŁAW MIŁOSZ
Stanisław Ignacy Witkiewicz
Ogień, piołun i kurz.
Oto stoję w obliczu niepodzielnej rzeczy.
Ogień, piołun i dzika czereśnia
Na płaskim rumowisku nietrwałych państw.
Po raz ostatni wiatr unosi chmurę,
Mówię głośno, co widzę ostatni raz
W bijącym blasku niepodzielnej rzeczy:
Nad niebo, nad krzyk gęsi w rozlewisku rzek
Pająk mały wchodzi po brylancie w górę,
Niżej piołun, pokrzywy i dzika czereśnia
Na sennych polach nieobeszłych państw.
Otom jest zwyciężony,
Ginę zgubą wszelkiego żywego stworzenia.
A jednak wiem, że to mój, niczyj więcej los.
Otom jest zwyciężony, odbiega mnie ziemia,
A kruchy kształt pamięci topi się jak wosk.
Wszystkie stukoty kołysek, matek śpiewy, gdy dzieci kołyszą,
Wszystkie dyszenia kochanków z oczami nabiegłymi krwią,
Wszystkie śniegi pomarańczowych górskich świtów,
Mam jeszcze w sobie. Jeszcze chwilę - są,
Zanim upadną w otchłań czarnego zenitu.
Oto zwycięża ludzkość, zacięta i płodna,
Która nie pragnąc tajemnicy mnoży się i trwa.
Ja, wbrew jej woli, chciałem sięgnąć do dna,
Chociaż ona ma słuszność - bo t a k tylko
dosięga się dna.
Czesław Miłosz
(z tomu "Ocalenie", 1945)
Czytałem świeżo nowe studium o Baudelairze, kończące się słowami: „Jeden z największych poetów wszystkich wieków...”. Przesada? Zapewne. Ale czytajcie, co o nim piszą dziś krytycy, artyści; z jakim wzruszeniem mówi o nim taki Paul Valéry; ba, jak się ten Baudelaire rozpiera coraz szerzej w podręcznikach! Ojciec nowej poezji francuskiej, klasyk... Szczególne mam uczucie, kiedy czytam to wszystko; tak jak gdybym słuchał o kimś, kogo znałem młodym człowiekiem z prowincji, a który potem zrobił wielką karierę na szerokim świecie. No, no, taki sobie dekadent krakowski!
Bo dla mnie w podświadomym irracjonalizmie pamięci Baudelaire pozostał poetą krakowskim. Jak Wyspiański widział Hamleta w krużgankach wawelskich, tak Baudelaire w dżdżystą, jesienną noc snuje mi się po śródmieściu Krakowa, może Rynkiem, może gdzieś ulicą św. Marka...
Poznałem go bardzo wcześnie. Wcześnie... jak na mój wiek, nie jego, bo do Krakowa doszedł gdzieś około r. 1890. Długa droga dla poety, który umarł w r. 1867, a którego jedyny tom wierszy dziesięć lat wprzódy - w r. 1857 - dostąpił glorii procesu i konfiskaty, do dziś dnia, co najzabawniejsze, niezdjętej. Ale wówczas, pod koniec XIX w., Baudelaire wszędzie niemal był tylko „kapliczką”.
„Ciągle mam wątpliwości – ta dawna twarda rzeczywistość nie była wcale taka świetna. Miała swoje cholernie ujemne strony, ale to były inne ujemne strony niż dziś.
Jak byłem smarkaczem, zaczytywałem się Sartre’em. On powiadał, że trzeba ułożyć sobie projekt życia, a do projektu dołączyć zespół recept. A potem realizować receptę po recepcie. Niech pani to powie dzisiejszym studentom, a będą się śmiali w kułak. Projekt na życie? Niejeden z nich byłby szczęśliwy, gdyby miał projekt na przyszły rok.
Wie pani, jaka jest moja jedyna pewność? Że niepewność jest jedyną pewnością. Ja w to naprawdę wierzę. Jak się patrzy na ten świat, taki rozsypany, rozmamłany, egocentryczny, tak to wygląda”.
Zygmunt Bauman
A przemóc zmęczenie nigdy nie było mi łatwo, nie pomagał nawet sen, jeśli naturalnie po wzięciu proszków zasnąłem. Budziłem się rano po takiej nocy równie zmęczony, jak kładłem się spać. Takie nieustanne poczucie zmęczenia powoduje, że poddaje się człowiek zniechęceniu i mało co jest w stanie go poderwać. Nawet wyobraźnia karleje, jakby przymierała, i czasem nie chce się człowiekowi niczego wyobrażać.
Ktoś mógłby mi poradzić, abym wziął dłuższy urlop, gdzieś wyjechał, i to jak najdalej, oderwał się od wszystkiego, zmienił kraj, klimat, może i kontynent, a na pewno oderwałbym się i od siebie. Ale to trzeba umieć odpoczywać. A mnie wszystkie sposoby odpoczywania, jakie się uprawia, jeszcze bardziej męczyły, jakby jakieś ustanowione nie wiadomo przez kogo rytuały czy wręcz trudne do zniesienia obowiązki, o wiele trudniejsze niż codzienna praca, chociażby do nocy. Takie zmęczenie to nie tylko stan fizyczny, jak się sądzi, objaw wyczerpania, to przede wszystkim narastająca w człowieku świadomość brzemienia samego siebie. Kto wie, może to świat staje się z latami taki ciężki dla nas, zwłaszcza gdy sobie zaczynamy uprzytamniać, że przecież nie z własnego wyboru na nim jesteśmy. Jedynie w dzieciństwie mamy tę zdolność wchłaniania świata. Z czasem jednak ta zdolność, można by rzec, przechodzi mutację, jako że świat wokół nas nieustannie olbrzymieje, a nasze możliwości wchłaniania go nie są nieskończone.
Ostatnie rozdanie, Wiesław Myśliwski
Odwiedza nas 51 gości oraz 0 użytkowników.