
Zadzwonili do mnie z pewnej gazety codziennej. Z pewnej, czyli wiadomo jakiej. Miała się odbyć akcja, że oto twórcy kultury, pisarze, muzycy i kto tam jeszcze powinni napisać list do polityków, żeby się nareszcie ogarnęli i pomyśleli o narodzie oraz ojczyźnie. Bo jak na razie to się nie zanosi i nic tylko plują sobie nawzajem do zupy, leją się łopatkami w piaskownicy, aż wstyd patrzeć.
Rzeczywiście wstyd jest, ale zawsze można sobie zrobić przerwę w oglądaniu. Ale z drugiej strony, pomyślałem sobie, że fajnie by było na żywo wziąć udział w czymś w rodzaju „Zaporożcy piszą list do sułtana” Ilji Riepina. Oto siedzimy sobie w jakimś porządnym i modnym lokalu, np. przy placu Zbawiciela albo w Krakowie na Kazimierzu, siedzi, powiedzmy, Stefan Chwin z Krystyną Lars, siedzi Masłowska sceptycznie z Witkowskim, Miko Trzaska i Krzysztof Penderecki siedzą, Lonik Tarasewicz z Walił przyjechał i z Mirkiem Bałką się rozsiedli, Smarzowski z Jakubikiem dyskretnie piwko pociągają, obok Varga yerba mate ostentacyjnie grzmoci, Waglewscy we trzech się trzymają. Świetlicki sam siedzi. Młódź artystyczna i literacka, żeńska i męska nieco z tyłu się trzyma, ale lokal jednak spory i wszyscy się mieszczą, rachunek otwarty, więc macchiato i prosecco skolko ugodno.
Europa tak dosięgła mnie nowością swojej fazy, spostrzeżonej nagle, że ze sprzecznych uczuć, z gniewu na jej zadowoloną z siebie łapczywość, z żalu nad rosnącym dystansem pomiędzy jej bogactwem i ubóstwem krajów niedorozwiniętych czy zahamowanych, z odrazy i przywiązania i podziwu, zostało tylko przyznanie się do nierozumienia. W czym nie byłem wyjątkiem, bo każdy z moich zachodnio-europejskich przyjaciół też przyznaje się, że nie rozumie, jakby wszystkie definicje których nauczyliśmy się pękały, rozsypywały się i czas przyśpieszony ukazywał ich staroświeckość. A co jeżeli Europa, żrąc, pijąc, rozmnażając się, wyładowując swoją brutalność na szosach, raz jeszcze wyobraża nie co innego jak ludzkość, skoro upadły wszelkie ideologiczne alibi, i buntując się przeciwko niej zdradzamy się z tym po prostu, że to ludzkość nam nie odpowiada? Stawia się datę i widzi się, że wszystko co się dzieje powinno być zatytułowane: dwadzieścia lat później. Protestuje się: nie chcę zapomnieć. Ale zaraz nawiedza nas myśl, że jest to poszukiwanie jeszcze jednego alibi.
Zbliżały się dwudzieste urodziny Isidory, która nie znosiła sztampy i nie chciała typowej imprezy z kanapkami, alkoholem i seksem w łazience. Uznała, że najlepszy będzie artystyczny performance. Wahała się pomiędzy „fourierystyczną orgią” (ja popierałem ten pomysł) a nazistowskim cocktail party opartym na wzorcach podsuwanych przez patriotyczne i prawomyślne filmy kręcone w socjalistycznej Jugosławii: naziści, aroganckie, dekadenckie dranie w nieskazitelnych mundurach, gdzieś koło 1943 roku urządzają ostrą imprezę, na której zabawiają się z liżącymi ich oficerki miejscowymi kurwami i kolaborantami. Ale pewien młody komunistyczny szpieg przeniknął do ich wewnętrznego kręgu i na koniec ze wszystkimi się policzy. Z jakiegoś niefortunnego dla mnie powodu Isidora wybrała nazistowską imprezę, a nie orgię.
Naród nasz składa się z dwu narodów, które język ust mają wspólny, ale nie język ducha
Maria Dąbrowska
Tej nocy doświadczyłem pierwszego nalotu bombowego w Moskwie oraz zobaczyłem najbardziej elegancki nightclub w Związku Radzieckim. Nie mam żadnych wątpliwości co do tego, które z tych dwóch wydarzeń wydałoby się bardziej ekscytujące przeciętnemu obywatelowi ZSRR, który odbiera opowieści z Moskwy z nabożnym skupieniem wiernego wsłuchującego się w słowa płynące z Mekki. Dla stu sześćdziesięciu milionów mieszkańców ZSRR stolica ich jest jakby skrzyżowaniem Mekki, Paryża i Nowego Jorku, jest to święte miasto światłości i stolica postępu. [...]
Jedna jest Partia, jeden Kreml, jeden grób Lenina i jeden Stalin. Ta nowa religia jest zdecydowanie monoteistyczna. Zasada ta jest stosowana nawet na mniejszą skalę. W jednej Moskwie jest tylko jeden Park Kultury i Wypoczynku, tak słynny w sowieckiej ziemi, jak ogrody Semiramidy w starożytnym świecie. W tym jednym mieście jest tylko jeden nightclub, w jedynym hotelu-Moskwa [...].
Pierwszy dzień w Moskwie w Nocy na Kremlu, Ksawery Pruszyński
Znalezione w: „100/XX Antologia polskiego reportażu XX wieku” pod redakcją Mariusza Szczygła
Nie sposób sobie zupełnie wyobrazić, co się stanie ze światem, z europejską formą życia, z nami. Już nawet się nad tym nie zastanawiam, nie planuję niczego. Zrozumiałem, że sens tej wojny jest następujący: spotężniałe tłumy poszukują innych form życia. Urodziłem się na przełomie epok, trzeba to znieść z pokorą. Już sam fakt, że wiem o tym, wiele znaczy.
Dziennik 1943-1948, Sándor Márai
Odwiedza nas 63 gości oraz 0 użytkowników.