
Jako metoda filozoficzna dialektyka objaśnia bieg świata, gdyż bieg świata jest dialektyczny; lecz właśnie dlatego, że bieg świata jest taki, również dialektyka może świat kompletnie zataić, zagłuszyć i zakwestionować - wystarczy, by zanegowała siebie poprzez wewnętrzne przejście do metafizyczności.
Václav Havel, Obywatel kultury
Wydawnictwo Agora; Warszawa, 2016
Do dziś nie rozumiemy, jak wielki i cywilizowany naród - lub przynajmniej znaczna jego część - mógł ulec w XX wieku fascynacji pewnym śmiesznym i zakompleksionym drobnomieszczuchem, uwierzyć w jego pseudonaukowe teorie i w jego imieniu niszczyć narody, zdobywać kontynenty i dopuszczać się niewiarygodnych okrucieństw. Nauka pozytywistyczna, z marksistowską włącznie, podsuwa rozmaite naukowe wyjaśnienia tego zagadkowego zjawiska. Wyjaśnienia te jednak jego niewytłumaczalność raczej uwypuklają, niż rozpraszają. Gdyż „obiektywny” chłodny rozum, który przemawia do nas z tych wyjaśnień, w istocie podkreśla tylko zadziwiającą dysproporcję między sobą samym – jako siłą w tej cywilizacji rzekomo decydującą - a owym szaleństwem mas, z żadnym rozumem nic niemającym wspólnego.
Jako metoda filozoficzna dialektyka objaśnia bieg świata, gdyż bieg świata jest dialektyczny; lecz właśnie dlatego, że bieg świata jest taki, również dialektyka może świat kompletnie zataić, zagłuszyć i zakwestionować - wystarczy, by zanegowała siebie poprzez wewnętrzne przejście do metafizyczności.
(...)
Trudno i darmo: każdy wartościowy pogląd (który z samego założenia jest czymś, co powstaje przez ogląd), jeśli rzeczywiście niesie jakiś przekaz, musi być jednostronny. Pogląd wszechstronny to nonsens w rodzaju „walka o wszystko”: walka o wszystko jest bowiem nieodzownie walką przeciw wszystkiemu i nie może się skończyć inaczej jak tym, że wcześniej czy później wszyscy wytłuką się nawzajem - ostatecznie zostanie „NIC”, zatem coś, co już raz zidentyfikowaliśmy na dnie owej wszechstronności. I właśnie dialektyka potwierdza nam, że „wszystko” oraz „nic” są blisko siebie. Obowiązuje zasada, że mniejsze „wszystko” bywa większym „czymś”.
Jak u Sartre'a - całe życie trzeba wybierać, chociaż nie wiadomo, co okaże się słuszne.
Kolejne zwroty w biografii Starzyńskiego chaotycznie zaprowadziły go ku męczeńskiej śmierci w grudniu 1939 roku. Ta śmierć zapewniła mu poczesne miejsce w pamięci zbiorowej, poezji patriotycznej i na raczej nieudanych pomnikach. Wystarczyłoby jednak, by spośród otwierających się codziennie możliwości Starzyński raz czy drugi wybrał - albo żeby wybrano za niego - inną, a zostałby zapomniany albo zapamiętany zupełnie inaczej. Prawdopodobnie przeszedłby do historii jako jeden z wielu polityków sanacyjnych - mężczyzn pełniących mniej lub bardziej sumiennie, ale raczej lojalnie, wysokie funkcje w ministerstwach, zarządach przedsiębiorstw państwowych, ligach i komitetach propagandy tego czy poparcia owego, którymi autorytarny reżim coraz szczelniej obudowywał się po przewrocie majowym.
Czytaj więcej: Demokracja miała więc powrócić, gdy mieszkańcy stolicy trochę zmądrzeją
Tandem Rowicki & Ratajczak wystawili w Teatrze Kochanowskiego spektakl „Bez znieczulenia” inspirowany scenariuszem filmowym Agnieszki Holland i Andrzeja Wajdy. Twórcy, w nieco ponad godzinę, przeprowadzają widzów w dobrym, reporterskim stylu, przez meandry życia publicznego ostatnich miesięcy, opartych na kanwie osobistych doświadczeń popularnego dziennikarza wracającego z zagranicznej podróży. Widownia, w znaczącej większości przytłoczona i wbita w fotel, zaś ja nie potrafiłem opanować śmiechu. Był nerwowy i z Wodociągową w tle.
(…) I on, i byt pokoleń całych od prapradziadów, co wznieśli te zręby, aż do gospodarzy naszych, wszystko to stoi morzem i na morzu. Życie ludzkie zarzuciło tu kotwicę tak samo, jak ją nieco dalej zarzucają barki i łodzie, i tak jak one kołysze się z falą i na fali. Jego radości i nadzieje, jego klęski i żałoby kołyszą się z nim razem.
Coś z płynności żywiołu weszło tu w dusze ludzkie. Każdy przypływ wypełnia je otuchą i wzmaga; każdy odpływ zabiera coś z nich i unosi z sobą. Oczy tak samo osychają z łez jak nadbrzeżne piaski, a żagiel, wzdęty świeżym tchem morza, pędzi nie tylko barkę, ale i krew w żyłach. (…)
Na normandzkim brzegu, Maria Konopnicka
Znalezione w: „100/XX Antologia polskiego reportażu XX wieku” pod redakcją Mariusza Szczygła
Dziwne - jej myśli owiewają całą okolicę. Wiatr - mówi jakiś głos w jej głowie, zapewne własny. Wiatr to jest wzrok umarłych, kiedy patrzą na świat stamtąd, gdzie są. Widziałaś kiedy pole traw, jak się kłania i słania, zapewne patrzy na nie właśnie któryś z umarłych - chciałaby powiedzieć do Chai. Bo gdyby zliczyć wszystkich umarłych, to okazałoby się, że jest ich dużo więcej niż żywych na ziemi. Ich dusze już się oczyściły wędrowaniem w wielu żywotach i teraz czekają na Mesjasza, który przyjdzie dokończyć dzieła. I patrzą na wszystko. Dlatego na ziemi wieje wiatr. Wiatr to jest ich baczny wzrok.
Po chwili spłoszonego wahania i ona dołącza do tego wiatru, który przelatuje nad domami Rohatyna i małych, skarlałych osad, nad furmanami, co przycupnęli na rynku w nadziei, że zdarzy się im klient, nad trzema cmentarzami, nad kościołami, synagogą i cerkwią, nad rohatyńskim gościńcem - i pomyka dalej, poruszając pożółkłe trawy na wzgórzach, najpierw chaotycznie, bez ładu i składu, a potem, jakby uczył się kroków tańca, gnawzdłuż koryt rzek aż do Dniestru. Tam zatrzymuje się, bo Jentę zdumiewa maestria krętej linii rzeki, jej esy-floresy, jakby zarysy liter gimmel i lamed. I potem zawraca, choć wcale nie z powodu granicy, która zmówiła się z rzeką i oddziela od siebie dwa wielkie państwa. Bo przecież wzrok Jenty ma za nic takie granice.
Księgi Jakubowe, Olga Tokarczuk
Odwiedza nas 77 gości oraz 0 użytkowników.