
Obym ja tu nie był pośród ludzi piątych,
Lecz albo wcześniej umarł, albo urodził się później.
Bo dziś zaiste żelazny jest rodzaj. Nie odpoczną
Ci ludzie za dnia od trudu i jęku, a od zagłady
Nocą. Ciężkich zmartwień bogowie im nie poskąpią.
Wprawdzie i dla nich trochę dobra do zła się domiesza.
Ale Zeus i ten śmiertelnych rodzaj wytraci
Wtedy, gdy będą się rodzić od razu z siwymi skrońmi.
Ani ojciec do dzieci podobny, ni dzieci do ojca,
Ni gospodarzowi gość, ni przyjacielowi
Przyjaciel nie będzie miły, ni bratu brat, jak przedtem.
Rodziców, zaledwie postarzałych, sponiewierają.
Nieraz ich w gniewie obrzucą wrogimi słowami, bez lęku
Przed bogami, okrutni. Tych, którzy ich wykarmili,
Nie zechcą żywić w starości, bo tylko się w pięści dopatrzą
Prawa. Każdy zechce złupić miasto drugiego.
Nikt wierności przysiędze nie uczci, sprawiedliwości,
Dobra. Wychwalą raczej złoczyńcę i jego przemoc.
Goła siła zastąpi sumienność i przyzwoitość.
Podlec zdoła oszukać lepszego męża, słowami
Uwodząc go pokrętnymi, do których dołoży przysięgę.
Za wszystkimi nieszczęsnymi śmiertelnikami
Pójdzie w trop złolubna, skrzecząca, kaprawa zawiść.
Wtedy, na Olimp odchodząc z ziemi, z jej dróg szerokich,
Porzuciwszy ludzi, Ajdos i Nemezis,
Kryjąc piękne ciała pod bielą szat, do grona
Wzniosą się nieśmiertelnych. Okropne jeno uciski
Zostaną ludziom śmiertelnym, a nic ich przed złem nie obroni.
Pięć wieków ludzkości, Hezjod

Pisanie o sobie nie jest rzeczą łatwą. A przecież musi być to tekst o mnie, bo o Nim napisano już tony papieru. Nie prowadziłem badań źródłowych, niewiele więc mógłbym dodać do benedyktyńskiej pracy Poboga-Malinowskiego. Nie piszę też biograficznego eseju - zrobią to pewnie inni, lepiej przygotowani. Cóż to zatem ma być? Ma to być tekst o Nim w mojej duchowej biografii; o tym, dlaczego jest to postać tak ważna - dla mnie. Nie potrafię uogólnić doświadczeń mojej generacji. Nie wiem, jak u innych tradycja rodzinna zderzyła się z przekazem szkolnym, jak u nich opowieści rodziny i przyjaciół korespondowały z propagandą. Dlatego piszę w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Ma to być świadectwo pojedynczego, może nietypowego człowieka.
Takie słowo najpierw rzekły do mnie boginie,
Muzy z Olimpu, córki Zeusa, co trzyma egidę:
„Wiejscy pasterze, marne włóczęgi, same brzuchy,
Umiemy głosić zmyślenia, co zdają się rzeczywiste,
I umiemy, jeżeli zechcemy, oznajmiać prawdę”.
To powiedziały córki wymowne wielkiego Zeusa,
A ułamawszy gałąź z bujnego wawrzynu, ten kostur
Dały mi, godny podziwu. Wieszczą natchnęły mnie pieśnią,
Bym sławił, co będzie i co było. Kazały opiewać
Ród błogosławionych bogów, którzy są zawsze,
A od nich, Muz, zaczynać i na nich każdą pieśń kończyć.
Hezjod

Francesco pozdrawia swego Cycerona. Twoje listy długo i gorliwie poszukiwane, a znalezione tam, gdzie się najmniej ich spodziewałem, przeczytałem chciwie. Usłyszałem, jak wiele mówisz, jak wiele opłakujesz, na jak wiele rzeczy zmieniasz pogląd, Marku Tuliuszu. Już przedtem wiedziałem, jakim byłeś nauczycielem dla innych, ale dopiero teraz pojąłem, jakim byłeś dla siebie. Z kolei więc ty, gdziekolwiek jesteś, posłuchaj nie rady, lecz z prawdziwej miłości pochodzącego lamentu, jaki nie bez łez wypowiada jeden z potomnych, bez miary rozmiłowany w tobie. O niespokojny stale i zatroskany, czy raczej, abyś rozpoznał swoje własne słowa, »porywczy i nieszczęsny starcze«, cóż ty chciałeś osiągnąć tyloma sporami i bezużytecznymi zabiegami? Gdzież się podział spokój godny twoich lat, profesji i fortuny? Jakaż to złuda chwały wplątała starca w boje młodzieńców i poniewieranej wszelkimi przygodami powlokła wreszcie na śmierć niegodną filozofa? Ach, niepomny rad brata i twoich własnych zbawiennych pouczeń, byłeś jak ten nocny wędrowiec, który niosąc w ciemności światło, pokazuje drogę idącym za nim, a sam fatalnie potyka się i upada.
Ziemio, święta bogini, o matko przyrody,
Która dajesz schronienie ludziom i zwierzętom,
Pani nieba i morza, władczyni wszechrzeczy!
Z twojej woli przyroda w sen zapada. Potem
Znowu światło przywodzisz, ciemną noc odpędzasz.
Ty w swoim łonie kryjesz królestwo umarłych
I chaos niezmierzony. Ty wichrami rządzisz,
Deszcz miarkujesz i burze. Kiedy tylko zechcesz,
Fale wzniecasz i koisz. Ty słońce zaćmiewasz
Lub pogodą radosną niebiosa rozjaśniasz.
Ty, zawsze wierna, dajesz nam życie i pokarm.
Gdy w nas dusza omdlewa, do ciebie biegniemy.
Wszystko, czego udzielasz, do ciebie powraca.
Sprawiedliwie się mówi: Wielka Macierz Bogów,
Bo dobrocią przewyższasz wszystkie inne moce.
Ty, Ziemio, jesteś matką dla ludzi i bogów.
Bez ciebie nic nie może zemrzeć ni się zrodzić.
Ty wielka, tyś jest bogów królowa dostojna,
Ciebie, boska, czczę kornie, twego bóstwa wzywam,
Abyś mi udzieliła, o co cię upraszam,
A ja ci, Pani, złożę dzięki, jak należy.
Wysłuchaj mnie i moim błogosław zamysłom,
O co upraszam, racz mi udzielić łaskawie.
Rozliczne zioła, które twój majestat rodzi,
Dla ochrony żywota dajesz wszystkim ludziom.
Pozwól mi, abym z leków twych mogła skorzystać,
Z leków wyposażonych w twoją moc potężną.
Cokolwiek z nich przyrządzę, niech będzie skuteczne,
Komukolwiek dam leki, niechże będzie zdrowy
Z pomocą twojej łaski. Twój majestat, Pani,
Niechże mi błogosławi, kornie ciebie błagam.
Modlitwa zbieraczki ziół
(Dea sancta Tellus, rerum naturae parens)
Z anonimowej poezji łacińskiej

Pierwszy dzień spokojny po kilku dniach niespokojnych. Kiedy są dni niespokojne, marzy się o spokojnym, kiedy spokojny przychodzi, czuje się nieswojo, dopiero drugi, trzeci dzień spokojny przynosi przyzwyczajenie, które sprawia, że walory dni spokojnych nie wydają się więcej uciążliwe.
Sławomir Mrożek
Dziennik, T. I
Odwiedza nas 78 gości oraz 0 użytkowników.