
Jeśli zaś nam zdarzyło się coś takiego, co by im wskazywało iż bóg nam obwieszcza że mamy rozstać się z życiem, wysłuchajmy tego z radością i dziękczynieniem i bądźmy przekonani, iż uwalnia się nas z więzienia i oswobadza z więzów, abyśmy albo wrócili do wiecznego i prawdziwego naszego domu, albo wyzwolili się od wszelkiego czucia i przykrości. A jeżeli nic nam nie zostanie obwieszczone, to bądźmy jednak w takim nastroju, abyśmy ów dzień, straszny dla innych, poczytywali za szczęśliwy dla siebie i abyśmy nie uważali za zło niczego, co ustanowili bogowie nieśmiertelni czy też natura rodzicielka. Ani bowiem nie posiano nas lekkomyślnie, ani nie stworzono przypadkiem, lecz na pewno była jakaś moc, która miała w swojej pieczy ludzki rodzaj i nie po to stworzyła go lub żywiła, by wówczas, gdy zniósł cierpliwie wszystkie trudy, wtrącić go w wieczne nieszczęście śmierci; bądźmy raczej przekonani, że przygotowany jest dla nas port i schronienie. Oby dane nam było dotrzeć doń z rozwiniętymi żaglami! Jeżeli nawet przeciwne wiatry oddalą nas, z konieczności rzeczy dobijemy tam nieco później. Czyż może być dla kogoś jednego nieszczęściem to, co jest nieuchronne dla wszystkich?
Cyceron, Rozmowy tuskulańskie
Wielki twórca jest z założenia niepokorny, i jedynym śladem, jaki pozostawia w "poinformowanym" widzu jest stan niepokoju, tymczasowa (krótka) dezinformacja w życiu społecznym, niejasna chęć poczucia się naruszycielami kto wie czego. Tak, sztuka nieprzyjemna komunikuje jedynie niepewność; dziwna wątpliwość napina nerwy fizycznej czujności na widowni.
Nieprzewidywalność wydarzenia na scenie odkrywa swoją przeciwwagę na widowni, w życiu nie do życia.
Zawieszenie tragizmu odnajduje wśród, sparodiowanej, widowni swój najbliższy odpowiednik: strajk "świadomości" (obywatelskiej); zawieszenie nawyków, które sprawia, że publiczność zawiesza swoją rolę widza.
Carmelo Bene
Zdaje się zresztą, że obecnie władza lepiej czuje, co powinna uważać za rzeczywiste zagrożenie, niż niejeden teoretyk sztuki: na setkach przykładów można dowieść, że najenergiczniej prześladuje nie to, co wprawdzie deklaruje się jako jej zagrożenie, ale nie ma większej siły artystycznej, lecz to, co najsilniej oddziałuje artystycznie, nawet jeśli na pozór wcale zbyt „politycznie” nie wygląda: istotą konfliktu nie jest bowiem starcie jakichś dwóch ideologii (na przykład socjalistycznej i liberalnej), ale starcie anonimowej, bezdusznej, nieruchomej i unieruchamiającej („entropijnej”) władzy z życiem, z człowieczeństwem, z bytem i jego tajemniczością. I partnerem władzy w tym konflikcie nie jest jakaś alternatywna idea polityczna, lecz samoistne i swobodne człowieczeństwo, a wraz z nim nieuchronnie też sztuka - właśnie jako sztuka! - mianowicie jako jeden z najdonioślejszych przejawów tego samoistnego człowieczeństwa.
Václav Havel, Obywatel kultury
Wydawnictwo Agora; Warszawa, 2016
Wesele w reż. Jana Klaty, Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie, maj 2017
Być może takimi uwagami narażę się na podejrzenie o instrumentalny stosunek do kultury - że niby życzę artystom możliwości wypowiedzi publicznej przede wszystkim dlatego, że zwiększa to nadzieję na ogólną poprawę sytuacji. Drobne więc uściślenie: każde sensowne poczynanie w sferze kultury - bez względu na miejsce realizacji - jest oczywiście dobre samo przez się i bez dodatkowych warunków już po prostu dlatego, że jest i że coś komuś daje. Lecz czy w ogóle można tę „wartość samą w sobie” oddzielać od „dobra powszechnego”? Czy nie zawiera się ono w niej integralnie od samego początku?

Ci, którzy jedzą grzanki, będą jeść
suchary; nic się nie zmieni; ci wszyscy
poubierani dzisiaj
w skarpetki, w szelki, wyfasują jutro
pas i onuce; i pójdą, nakryci
paradoksalnym parasolem ognia,
co prawda tyralierą,
ale tym samym krokiem
marszowym, którym wczoraj szli spod feretronów
pod transparenty;
niedzielny spacer zmieni się w codzienny marsz.
Ci, którzy liżą kłami, będą gryźć
kraty, lecz nic się nie zmieni, bo wszyscy
przezornie stracą dzisiaj
kły i siekacze, by przeżuwać jutro
tylko jedzenie; siądą, osłonięci
paradoksalnym parawanem murów,
wprawdzie w wieżach strażniczych,
lecz na tym samym stołku,
który stał jeszcze wczoraj przy stole i pryczy
pod ścianą celi;
niedzielna drzemka zmieni się w codzienną straż.
Ci, którzy biją czołem, będą bić
w twarz, ale nic się nie zmieni; ci wszyscy,
co nie umieją dzisiaj
spoglądać w oczy, będą strzelać jutro
pomiędzy oczy; pójdą, zagarnięci
paradoksalną paradą pobitych,
wprawdzie unosząc ramię,
ale tym samym ruchem,
którym umieli wczoraj wznieść ręcę do góry
lub złożyć dłonie;
niedzielna msza przemieni się w codzienną kaźń.
STANISŁAW BARAŃCZAK
To nieprawda, że nie można żyć bez miłości. Pragnienie może się przekształcić w człowieku w harmonię, bezcielesną medytację. Sokratres i Kefalos wiedzieli coś o tym. Eros jest naprawdę boski dopiero wówczas, kiedy jego namiętność kieruje się nie ku ciału, lecz ku istocie świata.
Dziennik 1943-1948, Sándor Márai
Odwiedza nas 94 gości oraz 0 użytkowników.