
Tomi, miasteczko gdzieś w Poncie, do którego pojechał, było według niego koszmarne. Zimno. Wino zamarza i trzeba je jeść kęsami z dzbana, morze zamarza, nic nie rośnie wokół, brak roślinności, po stepie grasują wciąż bandy Sarmatów i Scytów, a w samym mieście nie lepiej – miejscowi Getowie są takimi samymi barbarzyńcami. Niczego tu, oprócz łuku i strzał, nie kupisz (właśnie kołczan wysłał w prezencie swym rzymskim przyjaciołom), nikt, dosłownie nikt, nie mówi po łacinie. Jest kilku Greków, ale to zdziczali handlarze i pogadać można z nimi tylko o morskich rybach.
Nie można wątpić – żyjemy w świecie tępoty, przemocy, ciągłego zanikania najlepszych właściwości człowieka. Nie możemy w to wątpić (…) a jednak nie wolno nam tak myśleć. Dlatego, że sam fakt uznania tępoty, przemocy i poniżenia za to, czym są, świadczy, że nie one wzięły górę, że istnieje coś innego i że liczy się właśnie to inne, to, co stawia opór.
Nicola Chiaromonte
Przepiękne, industrialne drzewo edeńskie, a trupio wisielcze, pozbawione jakiegokolwiek listowia ze strzelistymi łodygami konfesji w oczekiwaniu na życiodajny deszcz czystej wiary. W tle księżyc i jeno wilkołaczego skowytu brak, by dopełnić obrazu scenicznej grozy. Ino dyszenie, sapanie przeokrutne posągowych bóstw kopalń złota Gomelezów; Wielkich Inkwizytorów dogmatycznej, czystej wiary (Grażyna Misiorowska), a prawdziwej, zobrazowanej w wodzonym na pokuszenie, klęczącym przy owej krynicy edeńskiego drzewa Alfonsie van Wordenie Macieja Namysły. Tenże, pomimo rozlicznych kuszeń szatana (dowolnej wiary) nie upada.
Nauka nigdy nie prowadzi do niedowiarstwa, ciemnota nas tylko w nim pogrąża. Człowiek ciemny, aby tylko co dzień widział jaką rzecz, wnet mniema, ze ją rozumie. Prawdziwy badacz natury wiecznie postępuje pośród zagadek; ciągle zajęty zgłębianiem, pojmuje zawsze przez pół, uczy się wierzyć w to, czego nie rozumie i tak zbliża się do świątyni wiary
Jan Potocki, Rękopis znaleziony w Saragossie
Jeżeli matka była w domu, przygotowywałem się na to, że będzie nieprzyjemnie, bo nie lubiła, kiedy siedziałem z książką; nie cierpiała tego, że czytam. Wyganiała mnie na dwór, bo chciała, żebym z pasją uprawiał sport, żebym był taki jak inni chłopcy i żebym był lubiany. Wściekała się, kiedy ignorowałem jej rady i otwierałem książkę; raz podbiegła do mnie z twarzą zmienioną gniewem, wyrwała mi książkę (była to chyba Duma i uprzedzenie) i szerokim łukiem wyrzuciła ją przez okno. Nie ruszyłem się wtedy z miejsca i starałem się uśmiechać pogardliwie, myśląc, że chyba straciła panowanie nad sobą, że przesadziła z tą furią i że jest niemądra, skoro nie rozumie, że nie mogę być taki, jaki jej zdaniem powinienem być. Teraz jednak myślę, - może nawet z żalem – że była jedynie zdesperowana, bo lęk o to, czy zdoła mnie ocalić, doprowadzał ją do skraju wytrzymałości. Czuła – a właściwie wiedziała, taka jest prawda – że przyjdzie chwila, kiedy, niczym cyrkowy akrobata, będę musiał stanąć na jej barkach i na barkach tego wszystkiego, co dla mnie zrobiła, i skoczyć w życie, którego nie umiała sobie wyobrazić (a które wiodę teraz); jeśli chciała mnie na drogę otulić frazesami, wyposażyć w wysportowane ciało i szacunek dla pieniądza, to dlatego, że jej zdaniem było to najcieplejsze okrycie.
Stan łaski, Harold Brodkey
Zeszyty Literackie Nr 119
Odwiedza nas 36 gości oraz 0 użytkowników.