
Potocki zawsze uważał się za uczonego; swoim pracom historycznym poświęcił najwięcej energii i myślał, że świat za pośrednictwem władców i ludzi nauki okaże mu uznanie, na które, jak mniemał, zasłużył. Srogo się mylił! Oczywiście, uznanie miało nadejść, ale nie za sprawą owego nagromadzenia dzieł, które miały wyczerpać ogół ludzkiej wiedzy na temat przeszłości, lecz jakby z ukosa, dzięki powieści, którą pisał i wciąż przetwarzał na nowo przez dwadzieścia lat: Rękopisowi znalezionemu w Saragossie, książce, która dzięki możliwościom odzwierciedlenia, zobrazowania i syntezy właściwych fikcji odpowiada zwycięsko, lecz nie bez ironii, na uogólniające ambicje uczonego. Jakkolwiek globalne ujęcie historii powszechnej okazuje się niemożliwe do urzeczywistnienia w traktatach, możliwa jest powiść-summa: suma wiedzy, języków użytych do opisania tej wiedzy, form, figur i motywów, które nadają kształt literaturze światowej.
Szczęście stało się dziś obowiązkiem. Ludzie smutni czy melancholijni postrzegani są jako nieudacznicy. Tymczasem w życiu jednostki i w życiu zbiorowości dzieją się rzeczy bolesne, przerażające, okropne. I może warto się z nimi zmierzyć inaczej niż przez optymistyczne machnięcie ręką? Mamy prawo do rozpaczy. Rozpacz bywa sensowna. Jest przyznaniem, że życie nie jest sprawiedliwe i czasem musimy przegrać. A wtedy potrzebujemy innych ludzi, którzy z nami tę rozpacz podzielą.
Agnieszka Graff
Wielkość jest zawsze dotknięta koniecznością kompromisu. Wolność absolutna, która jednocześnie godzi obie strony, jest niemożliwa. Granice są przedmiotem nieustannych sporów. Ciągle będziemy negocjować, kłócić się. Każde rozwiązanie będzie zadowalało kogoś, a wściekało kogoś innego. Każde rozwiązanie będzie wystawione na falę zmiennych mód. Raz to będzie najlepsze rozwiązanie z możliwych, za chwilę pojawi się następne, lepsze. Ten spór o granice między dozwolonym i niedozwolonym, moralnym i niemoralnym będzie trwał, bo tych granic nie da się ustalić raz na zawsze, a ludzie nigdy nie przestaną tego robić.
Zygmunt Bauman
Martwi ludzie są wydrążeni, skorupki takie z chińskiego plastiku. Te wszystkie wypindrzone dupki podobne do siebie, jakby je w jednej fabryce robili, Warszawa, Kraków czy Poznań, korporacja, mieszkanko na strzyżonym osiedlu, pierdolony kotek i jego kuweta, bo na dzieci jeszcze „się nie zdecydowały”, wydaje im się, że o wszystkim decydują, takie pewne siebie, samorealizacja, samodoskonalenie i inwestowanie w siebie, a do tego ci ich, kurwa, „partnerzy”, bo to przecież nie chodzi o żaden romans, tylko właśnie „partnerzy”, wykastrowane toto zupełnie, bo się baby własnej boją nawet bardziej niż szefa w robocie – czy oni w ogóle sypiają ze sobą? Jak można sypiać z kimś, z kim zasady pożycia negocjuje się jak kontrakt? W tym jest tyle seksu co w umowie o dzieło. Jakby to spółka była, nie coś, co się dzieje między dwojgiem ludzi w łóżku i potem przy stole, i w życiu w ogóle. Przecież nawet licealne „mój chłopak” czy „moja dziewczyna” albo seryjny i niedokonany „narzeczony” jest lepszy od tego pierdolonego „partnera” czy „partnerki” rodem z kodeksu handlowego. I potem czarna rozpacz, jak te biesiadne laski patrzą nagle w lustro po czterdziestce, partner poszedł w cholerę razem z ich młodością, kotek zdechł, tylko kuweta zasrana została i nagle – przepraszam – gdzie się podziało nasze życie?
Szczepan Twardoch
Odwiedza nas 22 gości oraz 0 użytkowników.