
Ono mówi o czułości i nadziei. Bóg, przychodząc do nas, mówi dwie rzeczy. Po pierwsze, miejcie nadzieję. Bóg zawsze otwiera drzwi, nigdy ich nie zamyka. Jest ojcem, który otwiera nam drzwi. Po drugie, nie bójcie się czułości. Kiedy chrześcijanie zapominają o nadziei i czułości, stają się Kościołem zimnym, Kościołem, który zbłądził, uwikłany w ideologię i doczesne sprawy, podczas gdy Bóg w swej prostocie mówi ci: idź naprzód, jestem Ojcem, który cię przytuli.
Kiedy chrześcijanie tracą nadzieję, kiedy nie potrafią objąć i przytulić z miłością drugiego człowieka, ogarnia mnie lęk. Może dlatego, myśląc o przyszłości, mówię często o dzieciach i starcach, czyli o najbardziej bezbronnych. Przez całe życie jako ksiądz, ilekroć szedłem do parafii, starałem się zawsze okazywać tę czułość, zwłaszcza dzieciom i ludziom starym.
Franciszek, papież
Zima. Wpis pierwszy: niech to będzie jakiś – zapewne niedoskonały – sposób istnienia i jakaś równie niedoskonała próba porozumienia. Zdaje się, że przytrafiła się prawdziwa zima, sentymentalna i mityczna, miasto jest zasypane, samochody omijają się ostrożnie, jak objuczone słonie na ścieżce w dżungli. Zamarzła rzeka i kanały, w telewizji śnieży. Narzekania na sześciomiesięczną porę zimopodobną i przeciągającą się do kwietnia jesień pełną błota można odłożyć na później, jeszcze przyjdzie na to czas, czas błota jeszcze nadejdzie. Nadejdzie odwilż, stopią się zaspy, zapasy i pokłady, nadejdzie potop. Teraz jednak jest tak, jak być powinno, jak zapisano w Wielkiej Księdze Życzeń: wróciło światło, które odbija się od śniegu i nawet w nocy jest jasno, świątecznie, tak jakby nagle wróciło dzieciństwo i rozglądało się za nami. Gloria. Co prawda w naszym Tomi nikt nie mówi po łacinie, a wino zamarza w butelkach i jedyna czerwona plama na tym białym obrusie może być plamą krwi, ale wszyscy pięknie w swoich dialektach przeklinają zimę, odśnieżają pojazdy i rozmrażają akumulatory. I chociaż sztywne łącze wiąże mnie z Rzymem, na szczęście wszystkie drogi są zasypane.
Tomasz Różycki, Tomi. Notatki z miejsca postoju
Mordercza jest ta nasza cywilizacja, która ma nas chronić przed złem i przed śmiercią. Burzy porządek świata. Kiedyś wyszedłem nocą z domu i poszedłem nad rzekę, żeby posłuchać jej szumu. W kieszeni miałem latarkę. Kucnąłem sobie nad nurtem i zapaliłem elektryczne światełko. Blask padł akurat na rozsnutą na krzaku pajęczynę. W jednej chwili zaroiło się od owadów. Zwabione światłem wpadały w pajęczynę gromadnie i bez opamiętania. Patrzyłem zafascynowany i dopiero po długiej chwili pojąłem sens zdarzenia i wyłączyłem latarkę.
Andrzej Stasiuk, Tygodnik Powszechny Nr 49/2013
DRZEWO
jest drzewem, ono nie
zwołuje
konferencji prasowych, ani
kiedy się chwieje
na wietrze
ani
kiedy pada w burzy. Drzewo
jest drzewem
i jednego
dnia
nim nie jest.
DRZEWO
jako sylwetka
na tle
światła czerwcowego wieczoru
wypuszcza
kosa
w kierunku
niebios
albo nie. Drzewo milczy
podczas gdy
śpiew ciągnie je
od korzeni w górę.
DRZEWO STOI LECZ NIE
czeka aż
ktoś
przyjdzie, czeka aż deszcz
spadnie, aż
chlorofil zrobi
co ma
do zrobienia. Drzewo stoi
i szpera w myślach wiatru
nie
wiedząc
co wiatr przyniesie.
POCHŁONIĘTE
swoim własnym
ciałem, stoi i
obraca
swój cień za
słońcem
i za
wiatrem. Odzwierciedla tykanie
kosmicznego zegara
nie
mówiąc
ani słowa.
DRZEWO I JEGO
brat
nie-drzewo
stoją wycięte z tektury
na gruncie
na którym
żyjemy. Piętro niżej korzenie
wysysają
ciemność. Wiatr to alfabet
który
prze
padł.
NIE-DRZEWO
odpowiada: Ty istniejesz, bo
masz w sobie to
co obiecuje
światło. A cóż ja
mające
tylko
nic? Nie znające różnicy
pomiędzy było a jest?
Korzenie
dłubią
w kałamarzu ciemności.
Jan Erik Vold, Dwanaście medytacji, Biblioteka „Toposu”, T. 90
Z medytacji IV pt.: DRZEWO I NIE-DRZEWO
Tego zimowego poranka
obudził mnie zapach morza
i zanuciłem pieśń dla nicości
bo nicość przyszła po mnie
Śniłem, że jadę konno
pędzę wzdłuż pustej plaży
galopowaliśmy bez końca
aż nikt nas nie mógł zobaczyć.
Minęliśmy latarnię morską
porzuconą w wydmach
i zatrzymaliśmy się przy stajni
przy małej stajence w ruinie.
Tego zimowego poranka
obudził mnie zapach morza
wtedy powstała pieśń dla nicości
bo nicość przyszła do mnie.
Dotarliśmy do kresu, do krawędzi
nigdzie, nad brzegiem morza
z wszystkiego czym kiedyś chciałem być
tylko koń mi pozostał.
Do zobaczenia nic więcej już nie było
chcieliśmy odpocząć, gdzieś głęboko
dlatego na cmentarz
zawiodły nas nasze kroki.
Tego zimowego poranka
obudził mnie zapach morza
i zaśpiewałem pieśń dla nicości
bo nicość przyszła do mnie.
Pieśń trubadura, Edward Hirsch
Zeszyty Literackie Nr 123
Potocki wędruje po Konstantynopolu bez żadnego planu ani celu, ale zawsze pełen gotowości. Dostrzega to wszystko, co każdy przechodzień: nieustającą zachętę do czerpania rozkoszy, chłód kiosków, szaleństwo krążących derwiszów, niezwykłość palarni opium, urok i ożywienie kawiarni, rytuały religii Proroka, wrzawę bazarów. Ale owo pocztówkowe decorum, którym karmią się szablony podróżnych, mu nie wystarcza: on chce poznawać. Odznacza się ogładą i zręcznością, toteż zyskuje przychylność kacyków, dla których wydaje ucztę i przyjmuje ich zaproszenia, ogląda, słucha opowieści i objaśnień.
Urządza się tak, żeby rozumieć, co się dokoła niego mówi, i nadstawia ciekawie ucha. Szybko pojmuje, że łagodna gnuśność obyczajów, która w sposób całkiem naturalny zdaje się odpowiadać nielitościwej srogości władzy i dokuczliwości klimatu, odnajduje się w literaturze już mu znajomej, ale jeszcze dotychczas niesmakowanej w jej kontekstach. Są to opowiastki, których hrabia nieznużenie wysłuchuje w kioskach, na bazarach, a zwłaszcza w kawiarniach. I jakkolwiek wydaje się, że krajczyc nie zamierza zasmakować w przyjemnościach cokolwiek podejrzanych, takich jak opium czy wdzięki pusztów („młodych i pięknych chłopców, których zachowanie się i zajęcie nie są bynajmniej dwuznaczne”), chętnie oddaje się sztuce układania opowiastek wschodnich.
Tym oto sposobem listowne relacje z podróży przyjmują nową formę: w ton zwierzenia, w opis postrzeganego i smakowanego świata włącza się opowiastka na modłę literackiej fikcji. Zupełnie jakby raport z doświadczania świata, przywoływanie rzeczywistości teraźniejszej lub przeszłej były niewystarczające bez tego metaforycznego odbicia, jakie stwarza wymyślony świat. Można już teraz dostrzec, dlaczego ogromne, erudycyjne dzieła Potockiego okażą się niczym bez Rękopisu znalezionego w Saragossie i dlaczego sama powieść nie zdoła wypowiedzieć tego wszystkiego, co jej autor miał do powiedzenia na temat ludzi i świata oraz ich przedstawienia. Z drugiej strony widać także kunszt, estetykę tych opowiastek układanych na modłę Wschodu i wplatanych w listy z podróży: jest to sztuka pastiszu, zapożyczenia i syntezy. Są to elementy, które Potocki rozróżnia i odtwarza z wielką finezją w duchu wschodniej tradycji, gdzie splatają się źródła indyjskie, perskie i arabskie, przyswojone przez świat turecki, jak niezbicie wykazuje ksiądz Toderini w swoim dziele i jak to sugeruje spójność „mitu wschodniego”, na który składają się bardzo różnorodne elementy. W tych opowiastkach Potocki ujawnia całą głębię doznań, jaką skrycie wyznawał na początku podróży: jest nie tylko mierniczym stojącym na czatach, zestawia także swoje doświadczenie z rozległą wiedzą zaczerpniętą z książek; jego ciekawość, jak sam mówi, „wykarmiła się badaniem historii i literatury ludów wschodu”.
Znalezione w: Jan Potocki. Biografia, François Rosset, Dominique Triaire
Odwiedza nas 18 gości oraz 0 użytkowników.