
(…) Mgły opadły, dzień rozlewał się pogodny i rzeźwy, moczary zadymiły, jak trybularze, bór zaszemrał porannym pacierzem do nadchodzącego słońca, i głośniej zaśpiewały ptaki, a w modrawem, zimnem świetle wyraźnie było widać gęstwę niezliczoną głów, zatopionych w żarliwej modlitwie, wzniesione w zachwyceniu ręce, anielskie uśmiechy, twarze wniebowzięte, oczy, pełne niezgłębionego uniesienia, rozchylone i oniemiałe w ekstazie usta, że już wszystkie dusze zdawały się omdlewać z nadmiaru czucia i płynąć jakby w jakieś raje niewysłowionej szczęśliwości.
TADEUSZ DĄBROWSKI
Nic się nie stało
Tu, gdzie sarny, niedźwiedzie, wiewiórki i dziki pełne
oczu z przodu i z tyłu przebiegają ci przez
pościel, gdzie bezsennie przemierzasz supermarkety,
które czekają na ciebie przez całą dobę,
by sprzedać ci pięć galonów piwa, kilogramową
"paczkę chipsów dla dwojga", "party box" prezerwatyw
w największym rozmiarze, iluzorycznie podobny
do oryginału strój Batmana, a nawet koszulę
nocną w kształcie plastra bekonu; gdzie samochody
wielkości kombajnów koszą twój sen o ucieczce
w głuszę, wraz z dzikimi zwierzętami i zdziczałymi
ludźmi; gdzie skacząc po kanałach, przemierzasz czas,
kolejne wzwody i zachody słońca, poznajesz kobiety
o wytatuowanych tęczówkach i duszach jak Nagasaki
(po kontakcie z Fat Manem) albo najnowszy iPhone;
tutaj, w połowie swojego życia - bo zawsze jesteś
w połowie - słyszysz nagle, jak zamarzają ceny,
lodówkom i bezdomnym przestaje burczeć w brzuchach,
nowotworom i politykom nie chce się więcej mnożyć
oczywistości, zmarli nie boją się o stan konta
w kolejce do kasy, tatuaże wybuchają na niebie,
które przymyka swoje ślepe oko na wybryki
chmur i nastolatków w akademikach, kula
zamachowca zawisa w powietrzu i jeszcze nie jest
śmiertelna, myśl zastyga między synapsami. I oto
zjawia się poezja, i pcha do ucieczki jelenia
tuż przed maską twojego auta, jabłku każe zerwać
się z gałęzi, światłu zakiełkować i rozsadzić łupinę
nocy, mężowi pomyśleć o żonie w trakcie
masturbacji, samolotom dolecieć, a pieszym dojść do celu,
Bogu uczynić kilka cudów, kłamcy ponownie wygrać
wybory, poecie religijnemu napisać dobry
wiersz. Nikt jej nie widział. Lecz bez niej nic się nie stało,
co się stało.
Hudson, 2013
Tadeusz Dąbrowski
Niczego nie dokażemy babrząc się wzajemnie i wymyślając sobie od hipokrytów, głupców i niedołęgów. Natomiast dążyć trzeba do tego, aby w tych Polakach obudziła się świadomość ich nierealności, tej fikcji, jaką żyją, i aby ta świadomość stała się w nich decydująca. Trzeba im powtarzać: ty nie jesteś taki, ty naprawdę już wyrosłeś z tego co mówisz, ty zachowujesz się tak bo dostrajasz się do innych, celebrujesz, bo wszyscy celebrują, kłamiesz, bo wszyscy kłamią, ale i ty i my wszyscy jesteśmy lepsi od farsy w której występujemy - to im trzeba mówić póki ta myśl nie stanie się dla nich deską ratunku. Ten rodzaj Ketmanu jest nam koniecznie potrzebny. Musimy poczuć się jak aktorzy złej sztuki, którzy w swych ciasnych i banalnych rolach nie mogą się wygrać. Ta świadomość pozwoli nam przynajmniej przechować naszą dojrzałość do czasów, w których będziemy mogli stać się bardziej rzeczywiści.
Dziennik 1959-1969, Witold Gombrowicz
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013

Oto wysypał się cieniów tłum i pędził ku brzegom,
Matki, mężowie, szlachetni herosi, co śmierć ich dosięgła,
Małe dzieci i hoże dziewczęta, zmarłe w panieństwie,
Dusze młodzieńców spalone na stosie na oczach rodziców
Niczym te roje liści, co z pierwszym chłodem jesieni
Z drzew opadają wiatrem niesione [...]
Stały te dusze błagając by przewieźć je zaraz przez rzekę,
Ręce wraz wyciągały za tamtym brzegiem
Wergiliusz, Tendebantque manus ripae ulterioris amore

Artyści opowiadający o śmierci odsyłają nas do refleksji nad doczesnością, uwikłaniem w materializm, w grę pozorów próbującą w imię śmiertelności lub nieśmiertelności uczynić nas pokornymi konsumentami idei wiecznego piękna i zdrowia. Narracje opowiadające o śmierci są więc w szczególny sposób antysystemowe. Podważają zasadność konsumpcyjnego pędu, marność gromadzonych dóbr. Są antysystemowe również w odniesieniu do wizji pozaświatowej szczęśliwości, wykazują ich raczej niepewny status. Sąd, raj i piekło mają miejsce tu i teraz, w codzienności, w biografii, na strzałce czasu. Wraz z artystami podróżujemy: od świadomości ciała przechodzimy do świadomości uwikłania ciała w system, w konsumowanie (również martwych ciał) i stajemy w obliczu rozpadu form, postulatów, definicji wartościowego życia i szczęścia, normalności i aberracji. Śmierć nie jest ze sfery sacrum, umieramy w profanum.
Sztuka współczesna, w swojej wielości form oraz złożoności, w obliczu ciągłej reinterpretacji znaczeń oraz ich negocjowania, jest dobrym materiałem dla medytacji o niestałości i nietrwałości. Śmierć i sztuka pobudzają wyobraźnię, stawiają jednostkę w kontekście pewnej społeczności, jej wyobrażeń o tym, co jest słuszne, akceptowalne, w kontekście pytań o dobro i zło. Wbrew pozorom doświadczenie estetyczne nigdy nie jest przeżywane w samotności, lecz odbywa się w obrębie kodów i symboli danej kultury. Również umieranie jest faktem społecznym. Formy (również artystyczne) dezaktualizują się, stają się niezrozumiałe, przemijają. Śmierć nie umiera nigdy.
Przemysław Chodań
(fragment z dodatku Ars Moriendi do Tygodnika Powszechnego Nr 13/2015)
Życie krótkie, tępość umysłu, odrętwiałe niedbalstwo i zbyteczne zajęcia nie pozwalają nam wiele wiedzieć. A to, co wiedzieliśmy tylokrotnie, z biegiem czasu wydziera z umysłu – kradnąc wiedzę; wrogie i przepastne – zapomnienie.
Mikołaj Kopernik
Co prawda, zdjęcia nie zastąpią słów, lecz ratują przed ich brakiem. Powiedziałbym wbrew sobie, bo nie znoszę oglądania zdjęć. W ogóle nie rozumiem tej pasji, żeby tak rzec, pstrykania, która stała się dzisiaj tak powszechna, że zakrawa na coś w rodzaju epidemii. Człowiek, który nie ma aparatu fotograficznego i nie pstryka bezustannie, wydaje się nie z tej epoki. Gdziekolwiek się pojedzie ma się wrażenie, że te nieprzebrane tłumy przewalają się z miejsca na miejsce, żeby tylko pstrykać. Na wszelkich szlakach, w miastach i miasteczkach, w górach i dolinach, na lądzie, morzu, w powietrzu, na ślubach, pogrzebach, w chorobie i zdrowiu pstrykają i pstrykają. Nawet w ustronnym miejscu nie spotka się człowieka, który by nie miał aparatu fotograficznego. A potem godzinami oglądają jakby nie dość mieli siebie. Gorzej, zanudzają i innych. A czasu i tak nie da się zatrzymać, czas ma za nic nasze zdjęcia. Czas wręcz drwi z naszych zdjęć.
Może to odwieczny lęk człowieka, że w ogóle jest na świecie, legł u podstaw wynalezienia aparatu fotograficznego. W każdym razie doczekał się człowiek wreszcie wynalazku, który zaszczepił w nim wiarę, że istniał, istnieje i będzie istniał. Wielka to przewaga zdjęć nad życiem. Zastanawiam się tylko, dlaczego człowiek jest tak nienasycony sobą.
Ostatnie rozdanie, Wiesław Myśliwski
Odwiedza nas 54 gości oraz 0 użytkowników.