
Wiele, wiele lat temu przyjechałem pierwszy raz do Austrii. Oczywiście do Wiednia. Mieszkam na południu polski, w dawnej Galicji, więc próbowałem się poczuć w dawnej Cesarsko-Królewskiej stolicy tak, jakby to była moja stolica. Leczyłem w ten sposób kompleksy prowincjusza. Niemniej jednak miałem poczucie, że wszystkie te wspaniałości wybudowano i urządzono w sporej części za pieniądze galicyjskich chłopów, których nędza w tamtych czasach była wręcz przysłowiowa. Krążyłem zachwycony między Heldenplatz i Stephanplatz i podziwiałem. Imperialność mieszała się ze swojskością, bo wokół słyszałem oprócz niemieckiego wszystkie słowiańskie języki plus oczywiście węgierski. Podobało mi się to. Nocą stawałem w kolejce po gorącą kiełbasę pomiędzy Chorwatami i Rosjanami. Taksówkami na ogół jeździli wąsaci Polacy. Rano na chodnikach leżało mnóstwo psich kup i ten widok również wzmacniał poczucie swojskości. No ale jak już powiedziałem, było to wiele, wiele lat temu…
Czytaj więcej: Im bardziej się boimy, tym większych tchórzy wybieramy
„Problemem jest nie tyle nikczemność ludzi złych, co letniość ludzi dobrych” - mówi Max Frisch.
To sąd bardzo trafny: problemem być może wcale nie jest nikczemność złych, zwłaszcza jeśli bierze się pod uwagę nikczemność współczesną, powodowaną przez państwo, gdyż wynika ona z sytuacji, dotyczy jednostek, które dają się wciągnąć w określoną sytuację, a potem mogą już w niej czynić tylko zło.
Natomiast problemem prawdziwie poważnym jest mierność tak zwanych ludzi poczciwych, ponieważ są obojętni i na dobro, i na zło.
A przecież z obojętności płynie zło dzisiejsze, z nieuświadamiania sobie, co jest złem, albo z unieważniania zła za pośrednictwem jakiejś wyższej instancji: Państwa, Rewolucji, Ojczyzny i tym podobnych. Złem jest uciskanie słabych, ale przestaje być złem, gdy nie uznaje się różnicy między uciskiem a wolnością, między słabymi a silnymi. Złem jest zadawanie człowiekowi cierpienia, ale złem być przestaje, gdy Wyższe Racje domagają się, żeby cierpiało wielu.
Aby dojść do takich wniosków, trzeba przyjąć mierność za regułę, trzeba uznać siebie i innych „przeciętnych ludzi” za podległych wyższej konieczności - za pozbawionych prawa wydawania własnego sądu o siłach, które niszczą świat (XIII, 8).
Notatki, Nicola Chiaromonte
Fundacja Terytoria Książki, Gdańsk 2015
Odkrycie dokonane przez Prousta sprowadza się, ściśle mówiąc, do tego, że wszechświat „naturalny” nie działa jak należy: że między pragnieniem a jego zaspokojeniem istnieje realność nieprzewidziana, migotliwa, odmienna, że czas nie jest dopełnieniem, ale destrukcją, że miłość jest mitem budowanym przez pragnienia, że ludzie widziani z zewnątrz, zgodnie z porządkiem czasu, to maski lub żyjący umarli, że w sensie subiektywnym trwanie - duree - nie jest strumieniem, ale nieciągłością, nierównym biciem serca.
Z tej perspektywy psychofizyczny paralelizm naturalizmu zostaje anulowany raz na zawsze (XII, 4).
Notatki, Nicola Chiaromonte
Fundacja Terytoria Książki, Gdańsk 2015
Kiedy pojawił się „człowiek”? Odpowiem tautologicznie: wówczas, gdy uznał się za „coś innego” od świata, który go otaczał. Pytanie: „kim jestem?” zakłada różnicę między „mną” a storczykiem czy pszczołą. Szukając odpowiedzi w obrębie doświadczenia, człowiek mógł formułować swą odrębność przy pomocy rozróżnień, które określiłbym jako klasyfikację gatunkową. Dwunożność, brak piór, duży mózg, marne zęby i jeszcze słabsze pazury - ta charakterystyka wystarczająco precyzyjnie sytuuje człowieka w gromadzie innych stworzeń zamieszkujących ziemię. Tak opisany człowiek staje w szeregu istot obdarzonych śmiertelnym i ograniczonym swą cielesną formą bytem - rozpoznaje się jako twór, którego istnienie jest skończone i przypadkowe.
Jacek Podsiadło
DRUGI WIERSZ PRZECIW PAŃSTWU
Zawsze nienawidziłem wszystkich narodów,profesji
i społeczeństw, a cała moja miłość skierowana jest
ku pewnym jednostkom.
Jonathan Swift
Demon demokracji, maszkara racji stanu,
twarda wola większości, zbiorowe widzimisię,
wszyscy do urn wyborczych, do urynałów, na łów
dzikiego zwierza władzy, krzyczmy, kołaczmy, huczmy,
bijmy pałką o pałkę, wymachujmy szmatami.
Wczoraj imieniny Jurka. Byłem na cmentarzu, złożyłem parę różowych lewkonii, jak wtedy do trumny. I to wszystko. Uczucie bezsilnej wściekłości, że to wszystko tak przemija, że już nic z tego nie ma, ani z mego uczucia, ani z jego osobowości. Złość, gniew na przemijanie świata, na ten proch, w który się bezustannie obracamy, na tę straszną robotę czasu i śmierci. Bezradność wobec samego siebie – wstrząsająca i irytująca. Samemu sobie nie można nakazać, aby być, aby trwać. I że to wszystko, co chwilami wydaje się ważne, wobec wieczności nie ma żadnego znaczenia. Pod tym kamieniem, na którym leżały kwiaty, wyobraziłem sobie już szkielet, już resztki drewnianej trumny, już nic – jak w tym grobie, gdzie pochowano starego Piotrowskiego na miejscu jego małej córeczki – i w którym nie było już nic prócz ziemi. I ta myśl, że żaden bunt już tutaj nic nie pomoże – i że to wszystko w bezładzie świata nie ma żadnego znaczenia. O, jakże bym chciał to widzieć zupełnie inaczej. Ale nie mogę. „Rozpacz” zamknięta we mnie. I czy na całą wieczność?
24.02.1966
Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki, T. III
Odwiedza nas 41 gości oraz 0 użytkowników.