
To nieprawda, że literatura współczesna może się wykręcać od odpowiedzialności. Z próżności, chciwości i pychy zaniedbała to, co jest jej najważniejszym obowiązkiem, a jest nim wychowanie społeczeństwa, nieubłagane oczyszczanie pojęć. Ta niemoralna ludzka wspólnota ma teraz prawo mówić, że jej najważniejsi mentorzy nie wychowali jej, tylko zawstydzali ją lub dostarczali jej „rozrywki”; ale jeśli chodzi o wartość najważniejszych - bo najprostszych - pojęć, pozostawili ją w niewiedzy.
Falstaff po francusku. Czy Falstaff jest „niemoralny”? Nie, tylko nie posiada moralności. A to nie to samo.
„Zmianę” większość wyobraża sobie tak, że któregoś wieczoru, o siódmej czterdzieści radio ogłosi... co takiego? Koniec wojny? Wieczny pokój? To niezbyt prawdopodobne. Zmiana pewnie już tu jest, już zachodzi, niezauważalnie i uparcie, każdego dnia, kiedy myślimy, że oś świata przestała się obracać i nic się nie dzieje.
19 marca coś się we mnie złamało. Nie słyszę własnego głosu, jakby instrument ogłuchł; podobno instrumentom drewnianym to się zdarza.
Nie możemy usprawiedliwić, wytłumaczyć tego, co się stało; ale możemy to wyznać i opowiedzieć. To będzie zadaniem obecnego pokolenia. „Kto chce być dudziarzem, musi przejść przez piekło”. Przeszliśmy przez piekło. Niech dudziarze się odezwą.
Czytaj więcej: To nieprawda, że literatura współczesna może się wykręcać od odpowiedzialności
Dniem i nocą czytam Italienische Reise Goethego. Może ta lektura jest ostatnią podróżą mojego życia?
Po raz ostatni - i pierwszy - czytałem tę książkę w czerwcu 1919, w miesiącach węgierskiego komunistycznego eksperymentu, w małym kąpielisku nad Balatonem. Te dwa momenty mego życia prywatnego i sytuacji światowej wykazują przerażające podobieństwo.
Najbardziej obciąża Węgry nie to, co uczyniły, tylko to, co zaniedbały uczynić. I wreszcie, nade wszystko: na co się godziły.
Spotkanie z pisarzem. Jaki fałszywy! I jaki tchórzliwy - bardziej się boi o własną skórę niż o los swych książek.
Epigoni są niebezpieczni; ale nie przez to, że naśladują, tylko dlatego, że w ich naśladownictwie jak w krzywym zwierciadle widzę, jak fałszywe, groźne, kalekie jest to, co w pierwszym odruchu uznałem za szczere i dobre.
Znajoma lekarka, która zajmuje się leczeniem niespokojnych dzieci, opowiada, że istnieje pewien typ nerwowego - na ogół uzdolnionego - dziecka, które charakteryzuje nieumiejętność przewidywania dalszych, pośrednich konsekwencji swoich uczynków. Jego rozsądek jest w stanie rozważyć tylko bezpośrednie skutki, ale wykazuje niezdolność do przemyślenia, co może nastąpić później.
Węgrzy też cierpią na ten rodzaj choroby. W chwili działania Węgier na ogół jest w stanie przewidzieć tylko pierwszą reakcję. Często sprowadza to na niego klęskę, jak teraz.
Anglik w chwili działania rozważa już drugo- i trzeciorzędne skutki swojego uczynku. Dlatego to dorosły naród.
To społeczeństwo przyjmuje możliwość okupacji jak mieszkańcy Bizancjum - opuszcza głowę przed przeznaczeniem i w kamiennej ciszy czeka, by dopełnił się jego los.
„Najwyżej umrę” - mówią. Ale to „najwyżej” - to najwięcej. Nie oszukujmy się.
Dzienniki 1944, Sandor Márai
Zeszyty Literackie Nr 133
Tomasz Różycki
LUSTRO
Bo rzut kośćmi z łatwością obali przypadek,
wystarczy rzucać odpowiednio długo, przecież
wiesz o tym dobrze, prawda? Może dłużej nawet
niż przez całą epokę, niż przez jedno życie,
żeby się wyłonił z cyfr wzór oraz porządek.
Z daleka widać lepiej. Tu wciąż pojedyncze
odłamki świata po wielkim wybuchu w czwartek,
kiedy stara rama pękła już ostatecznie
i lustro rozbiło się na tyle fragmentów,
że twarz nie chce się złożyć w tę samą sieć zmarszczek
i grymasów czułości. Do tej układanki
z czterech przesączył się też piąty żywioł, ciemność.
I siedziałem długo w noc, mając za oknami
śpiewanie samochodów, lecz zanim ułożyłem
z kurzu, błysków, z drobiazgów na nowo odbicie,
czas zdążył już rozsypać rysy oryginału.
Tomasz Różycki
Zeszyty Literackie Nr 133
wiosna, 2016
Chciałoby się rzec, że teatr jest sztuką pierwotną, że każdy rodzaj sztuki, także rzeźba i muzyka, to wcielanie się, wkraczanie w fikcję, nakładanie maski, odgrywanie roli, stawanie na scenie przed innymi, kiedy przyjmuje się świat taki, jaki jest, usiłując jednak przekonać widzów o jakiejś prawdzie za pośrednictwem udawania.
A raczej: muzyka do zagrania. Suma ulotnych sygnałów, za których pomocą trzeba próbować dotrzeć do trwałego obrazu.
Wszystko zależy od „wykonywania muzyki”, od ukształtowania tego trwałego obrazu świata, a przynajmniej od przebiegu przeżyć, dzięki któremu spostrzega się, że prawda nie zawiera się w takich ulotnych sygnałach, ale w esencjach: jeśli nie ma esencji (idei), są tylko fakty - a jeśli nie ma faktów, nie ma również żadnego sensu (XXXVI, 25).
Notatki, Nicola Chiaromonte
Fundacja Terytoria Książki, Gdańsk 2015
Skąd bierze się moja pokora? A stąd, że zasiadam do stawiania znaczków na papierze w nadziei, że coś wyrażę, umiem na tym spędzać całe dnie, ale kiedy postawię kropkę, widzę, że nie wyraziłem nic. Chciałbym siebie uważać za geniusza, to jednak niezbyt się udaje. Co prawda nie wiem, gdzie są geniusze literatury, którym mógłbym zazdrościć. Ci dawni są schwytani przez obyczaj i styl swoich czasów, ci nowi poruszają się z trudem w przezroczystej patoce, która już zastyga. A ja ciągle z moim nienasyceniem, jak w tej chwili, kiedy podchodzę do okna, widzę wieżę z zegarem, w dole śnieg na trawnikach campusu Ann Arbor, przechodzącą po ścieżce dziewczynę i samo już to, bycie tu, przy tym oknie, w chwili takiej jak każda inna, to znaczy niepowtarzalnej, z bielą śniegu i ruchem nóg oglądanym z wysoka, wystarcza, żeby mnie wpędzić w lament nad niewystarczalnością języka.
Z tomu „Nieobjęta ziemia” Czesława Miłosza
Dziwne - jej myśli owiewają całą okolicę. Wiatr - mówi jakiś głos w jej głowie, zapewne własny. Wiatr to jest wzrok umarłych, kiedy patrzą na świat stamtąd, gdzie są. Widziałaś kiedy pole traw, jak się kłania i słania, zapewne patrzy na nie właśnie któryś z umarłych - chciałaby powiedzieć do Chai. Bo gdyby zliczyć wszystkich umarłych, to okazałoby się, że jest ich dużo więcej niż żywych na ziemi. Ich dusze już się oczyściły wędrowaniem w wielu żywotach i teraz czekają na Mesjasza, który przyjdzie dokończyć dzieła. I patrzą na wszystko. Dlatego na ziemi wieje wiatr. Wiatr to jest ich baczny wzrok.
Po chwili spłoszonego wahania i ona dołącza do tego wiatru, który przelatuje nad domami Rohatyna i małych, skarlałych osad, nad furmanami, co przycupnęli na rynku w nadziei, że zdarzy się im klient, nad trzema cmentarzami, nad kościołami, synagogą i cerkwią, nad rohatyńskim gościńcem - i pomyka dalej, poruszając pożółkłe trawy na wzgórzach, najpierw chaotycznie, bez ładu i składu, a potem, jakby uczył się kroków tańca, gnawzdłuż koryt rzek aż do Dniestru. Tam zatrzymuje się, bo Jentę zdumiewa maestria krętej linii rzeki, jej esy-floresy, jakby zarysy liter gimmel i lamed. I potem zawraca, choć wcale nie z powodu granicy, która zmówiła się z rzeką i oddziela od siebie dwa wielkie państwa. Bo przecież wzrok Jenty ma za nic takie granice.
Księgi Jakubowe, Olga Tokarczuk
Odwiedza nas 23 gości oraz 0 użytkowników.