

"Należy odpędzić każdego, kto twierdzi, że jest nosicielem jakiejś prawdy".
Ktoś taki nie zasługuje nawet na to, by wyświadczyć mu tę uprzejmość i z nim porozmawiać, gdyż pojawia się w rynsztunku swego nieprzystępnego języka, a przychodzi po to żeby zaatakować, a nie rozmawiać. W jeszcze mniejszym stopniu zasługuje na uprzejmość, kiedy jego rzekoma prawda wywodzi się z obszaru polityki. Wtedy w gruncie rzeczy nie chodzi już tylko o agresję intelektualną, ale też moralną: ktoś taki zakłada, że siłą rzeczy wnosi dobro, nie tylko prawdę. A ta jego prawda mówi na przykład, że wojna jest złem, czerpanie korzyści z pracy innych - niesprawiedliwością (z tym że to stwierdzenie, które przecież nie jest całkiem banalne przerasta poziom umysłowy współczesnego [fałszywego] fanatyka), pokój - dobrem, a państwo socjalistyczne jest bardziej egalitarne od kapitalistycznego. Wspierając się na podobnych banałach, nasz bohater przybiera wzniosłe pozy, jak przystało na prawdziwego faryzeusza. I cóż można mu na tu odpowiedzieć? Że wolimy zło, masakry wojenne i niesprawiedliwość? Otóż możemy tylko milczeć lub odprowadzić go bardziej lub mniej uprzejmie do drzwi.
Nie istnieje jakaś prawda. Istnieje tylko ta właśnie jedyna prawda, której nikt nie posiada. Kto w tej kwestii zajmuje inną postawę niż postawa przekonanego o swej racji sceptyka, nieufnego wobec proponowanej mu jakiejś prawdy czy wobec poddawanego jego osądowi jakiegoś faktu, ten jest przeciwnikiem uczciwego myślenia, a nawet jest złowrogim siewcą przyszłej przemocy (XLII, 27).
Notatki, Nicola Chiaromonte
Fundacja Terytoria Książki, Gdańsk 2015
***
Całe zło i wszystkie nieszczęścia naszego czasu, niezliczone udręki przecierpiane przez niezmierną liczbę ludzi i przez człowieczeństwo w nich zawarte, a także daremne pasje polityczne (rozbudzone urazy i chęć odwetu, nie zaś dążenie do przywrócenia sprawiedliwości) skłaniają - lub powinny skłaniać - do zbudowania w sobie ufności do tego wszystkiego, co tkwi poza biegiem dni, poza nurtem czasu, poza ciągiem przyjemności i przykrości, poza uwikłaniem w fakty, materię czy w doznania zmysłowe.
Ale ludzi zdolnych odczuć w sobie tego rodzaju ufność jest nieuchronnie niewielu. A większość - nawet większość spośród tych, którzy z myślenia uczynili swoje rzemiosło -zdolna jest tylko obwiniać tych niewielu o mglistą i jałową obojętność wobec tego pasma dni i nocy, które wciąż po sobie następują i kolejno nawzajem się unicestwiają. Taką ufność jednak buduje się w sobie nie po to, by uciec (bo wszelka ucieczka to przecież tyle, co dryfowanie z nurtem płynącego czasu), ale żeby dzień po dniu umieć życiu sprostać, żeby je zmieniać w życie zrozumiałe, znośne i znaczące. Słowem, żeby stawiać czoło „złemu duchowi”, a nie biernie mu ulegać (IX, 11).
Notatki, Nicola Chiaromonte
Fundacja Terytoria Książki, Gdańsk 2015

Byłoby niemożliwe znosić życie, to znaczy byłoby niemożliwe, żeby życie oparło się śmierci, gdyby wszystkim, co zostało nam dane, była tylko chwila bieżąca, a bezładne następowanie chwil po sobie było naszą jedyną rzeczywistością.

W końcu nadchodzi pora, gdy śmierć coraz uporczywiej zaczyna nam zaglądać w oczy, a zatem i my jej, i jeśli nie chcemy odwracać wzroku, udając, że wszystko jest jak przedtem i że w tej sprawie nie ma już nic do zrobienia, pierwsze przychodzi nam do głowy następujące pytanie: „Co otrzymałem od życia? Co zdołałem osiągnąć?” Ale w tym pytaniu kryje się w istocie pytanie inne, znacznie poważniejsze i o wiele bardziej gorzkie, pytanie odwrotne: „Czego nie otrzymałem?” Ono z kolei zawiera w sobie pełen prostoty żal rodem z piosenki Combien je regrette...: jakże żałuję tego, co miałem, ale również tego, czego nie przeżyłem. W takiej chwili całe nasze istnienie ujawnia swoją drugą stronę, uzmysławiając nam przy tym, że ominęło nas wszystko to, czego nie otrzymaliśmy, chociaż mieliśmy to, co zostało nam dane. Tak że w końcu całe nasze istnienie, niezależnie od tego, jakie było, jawi się nam bardzo wyraźnie jako pomyłka.

„Istoty Prousta są zatem ofiarami owego wszechwładnego uwarunkowania i okoliczności, jakim jest Czas; tak jak niższe organizmy, świadome zaledwie dwóch wymiarów, postawione nagle wobec zagadki wysokości - są ofiarami i więźniami. Nie ma ucieczki od godzin i dni. Ani od «jutra» i «wczoraj». Nie ma ucieczki od «wczoraj», bo «wczoraj» nas odmieniło albo zostało przez nas zmienione. Kolor chwili nie ma tutaj znaczenia. Dokonała się zmiana. «Wczoraj» nie jest kamieniem milowym, który się minęło, ale kamykiem-dniem na wydeptywanej drodze lat; jest nieodwracalnie naszą cząstką - czymś, co w nas tkwi; co ciąży i przytłacza. Po «wczoraj» nie jesteśmy zaledwie bardziej znużeni; jesteśmy po prostu inni niż przed tym kataklizmem... Sztuka to apoteoza samotności”.
Czy kocham Boga? Czy ją? Czy siebie? Nie umiem rozróżnić i jestem z tego powodu zawstydzony, bo nie tylko trudno się do tego głośno przyznać, ale nawet pomyśleć. Moja pobożność jest być może wdzięcznością pogodnego ciała, za oddech, za rytm krwi, za wszystko.
Z tomu „Nieobjęta ziemia” Czesława Miłosza
Odwiedza nas 20 gości oraz 0 użytkowników.